воскресенье, 2 февраля 2014 г.

Адам Шиманский. Якутские зарисовки. Ч. 2. Койданава. "Кальвіна". 2012.



 
                                                           UROCZYSTA WIGILJA
    Na kilka dni przed wigilją, w czwartym roku mego pobytu w stolicy mrozów syberyjskich, przyszedł do nas kolega nasz, Małorus, eks-student kijowskiego uniwersytetu, aby podzielić się z nami wielce dla nas ciekawą nowiną: kolega jego bliższy, również student jakiegoś rosyjskiego uniwersytetu, a nasz — wspólnej niedoli, w powrocie z dalekiego jakuckiego ułusu, w którym przemieszkał trzy lata, w sam dzień wigilijny miał przyjechać do naszego grodu.
    Ludzi, obznajomionych z życiem ułusów bliżej leżących, widywaliśmy często, widywaliśmy również mieszkańców czasowych i stałych, t. zw. miast jakuckich: Wierchojańska, Wilujska i Kałymska; jednakże i ułusy bliższe i owe nibyto miasta były to środowiska ludzkie zbyt dobrze zaludnione, aby w porównaniu z pustynnością ułusów odległych, o życiu tych pustyń północy mogły dać jakie takie pojęcie. Fakt, że najwięksi zbrodniarze, niekiedy w ułusach dalszych osiedlani, jednomyślnie przenosili powrót na katorgę nad pozostawanie tam na wolnej stopie, ilustrując powaby owego życia, nie dawał jednak o niem żadnych pozytywnych danych. Było tam źle, było bardzo źle; ale, jak źle, w jakiej mierze? o tem z tego nawet, cośmy już wiedzieli o życiu w miejscowościach mniej odległych, ogromnie trudno było cokolwiek bądź wnioskować.
    Któż np. z tego, co nam wiadomem było, mógłby ośmielić się uprzytomnić sobie, odtworzyć, zrozumieć i odczuć całkowicie te tysiące powszednich, codziennych szczegółów, z których szare monotonne życie się składa, a które dopiero samo życie, sama praktyka z przerażającą nagością odsłania i uwydatnia. Ze wszystkiego jasnem i pewnem dla nas było jedno tylko, że życie ludzkie, w miarę rzednienia ludności i posuwania się w kierunku odśrodkowym od naszego grodu, stawało się coraz cięższem, coraz smutniejszem.
    Na południu, na dzikich płaskowzgórzach Ałdanu, na wschodzie, na stokach gór Stanowych, gdzie jedna rodzina tunguska dostatecznie zaludnia cały zlew rzeki, 300 wiorst długiej, na zachodzie — w dzikich wierzchowiskach Wiluja, około wielkiego jeziora Zerseja, na północy w tajemniczych zlewach Anabary, pustynnych obszarach Olenioka, Indygirki i Kołymy, stawało się ono jakiemś piekłem dantejskiem, żakietem w śniegi, lody i zamiecie, krwawemi światłami zorzy północnej groźnie oświetlone.
    Poprawiam się jednak: owe ziemie pustynne, wielkością przeszło pół Europy obejmujące, to jeszcze — nie samo piekło Sybiru — to przedpiekle dopiero, tam są jeszcze lasy; rzadkie, ubogie, karłowate, aleć zawsze lasy, a gdzie one „rodzime”, jak je pieszczotliwie zowie posieleniec ruski, tam jest ogień, jest — życie.
    Piekło niedoli człowieczej — poza lasów granicą.
    Tam już tylko — lody i śniegi — lody, nawet latem na równinach nie wszędzie znikające i wśród tej strasznej pustyni — gdzie niegdzie ludzie ubodzy, siłą wroga zagnani.
                                                                        *
                                                       *                                *
    Dopóki żyć będę, nigdy nie zapomnę wrażenia, jakiego nieraz doznawałem, gdy mi o rysach znamiennych, o tych napozór drobnych, a przerażających szczegółach owego życia dowiadywać się wypadało. Nawet bardzo określone pojęcia, terminy ścisłe, Jakżeż inaczej się przedstawiają we właściwem oświetleniu niezwykłych warunków miejscowych.
    Do dziś dźwięczy mi w uszach opowiadanie jakiegoś eks-urzędnika o tem, jak w czasie sprawowania przezeń obowiązków isprawnika1) przysłano doń „jakiegoś jegomościa” z rozkazem osiedlenia go w Zaszywersku.
    ...Miasto Zaszywersk, braciszku mój, — mówił eks-isprawnik — istnieje. Nawet na bardzo małych mapach Syberji, na wielkiej, białej szmacie z prawej strony każdy z łatwością odnajdzie Zaszywersk, a jeżeli pamięta geografję szkolną, to przypomni sobie, że zowie się ono „zasztatnyj gorod Zaszywersk”. Zostać za sztatem znaczy: spaść z etatu, dostać dymisję; względem miast jednak oznacza, że jest to miasto niepowiatowe, pobytem władz administracyjnych niezaszczycane, jednem słowem, jak gdyby w pełnieniu swych funkcyj należytego miasta częściowo zawieszone. W danym właśnie razie nazwa ta była odpowiednią, gdyż miasto Zaszywersk istnieje, ale tylko w fantazji kartografów i podręczników, w rzeczywistości zaś nie istnieje ono wcale, nie istnieje tak dalece, że na miejscu, gdzie na mapie oznaczają Zaszywersk, niema ani jednego domu, ani jednej jurty, ani jednego mieszkańca.
    Kiedym przeczytał rozkaz, oczom wierzyć nie chciałem i chociaż byłem na czczo, myślałem, że mi się w oczach mieni.
    Zawołałem drugiego urzędnika i owo dziwne rozporządzenie dałem mu do przeczytania. Stary to był wyga kancelaryjny, ale gdy przeczytał, papier wypadł mu z ręki.
    — Dokąd? — pytałem go tedy.
    — Do Zaszywerska.
    Spojrzeliśmy po sobie. Przeskrobał, widać, paniczyk niemało! A on stoi, patrzy i słucha i naturalnie nic nie rozumie. Chłop ładny, ale ponury i hardy widać.
    Pytam się go o to i owo, czy mu czego nie potrzeba i jeszcze tam o coś, ale on tylko „tak — nie, tak — nie” wkółko mi powtarza. Ehe, bratku, poczekajże trochę, wkrótce zaśpiewasz mi inaczej!
    Żywo kazałem podać trzy trójki. Na jednej on z kozakami, na drugiej ja ze starym kozakiem, pamiętającym, gdzie to miał być ów Zaszywersk, na trzeciej prowizja i w drogę! Pierwszego dnia jechaliśmy, nie nocując, dobę całą, bo były jeszcze stacje i zmieniając konie, ujechaliśmy wiorst przeszło 200. Na drugi i trzeci dzień jechaliśmy, mając z sobą dwie trójki zapasowe, z noclegami w pustych powarniach2) i przez dwie doby ujechaliśmy też wiorst więcej niż półtorasta, ale już nigdzie duszy ludzkiej nie spotykając.
    Ckliwo mu się widać zrobiło, bo i zagadywać mnie zaczął potrochu, na ostatnim noclegu zaczął nawet wypytywać o życie w Zaszywersku: ile tam mieszkańców, jak miasto wygląda, czy znajdzie tam jakie zajęcie, może lekcje u kogo, ale teraz ja na jego nutę śpiewać musiałem: „tak? — tak; nie? — nie" — odpowiadając.
    Na czwarty dzień nad rankiem wjechaliśmy na polelodowe, a właściwie na lodowiec na rozległej równinie, gdyż i latem lód tu nigdy całkowicie nie ginie. Ujechaliśmy wiorst z dziesięć po owym lodzie i stary kozak wskazał mi wreszcie miejsce, gdzie kiedyś, przed laty sześćdziesięciu, znajdowało się pięć jurt, które zasztatnem miastem Zaszywerskiem komuś nazwać się spodobało.
    — Stój! — zawołałem. — Zdejmujcie rzeczy, a pan niech wysiada. Przyjechaliśmy na miejsce... Tu jest miasto Zaszywersk...
    Naturalnie nie odrazu zrozumiał; wytrzeszczył oczy: myślał, że to żarty, albo, żem zwarjował wreszcie; musiałem tłumaczyć, objaśniać... zrozumiał... eks-isprawnik zaśmiał się sucho. — — —
    ...Dasz mi wiarę, czy nie, — ciągnął on znowu dalej — ale, ot: krzyż święty ci kładę, — i żegnał się sążniście, chyląc się ku obrazom — oczy słupem mu stanęły... a szczęki załatały, jak ci w febrze nie załatają... historja!...
    I tu dopiero ja, stary służaka, uderzyłem się w czoło: i dureńże ja, dureń! Wtedy dopiero zrozumiałem wszystko. Z hardego panicza i śladu nie zostało; zmiękł mi jak wosk, a spokorniał ?.. Jedwabny!
    — Na rany Chrystusa! — woła, ręca do mnie wyciągając — jeżeli Boga masz w sercu... przecieżem nie na śmierć skazany, boć i wina moja niewielka; tylko stawiłem się hardo...
    — Aaa — powiadam — hardość jest grzechem wielkim.
    I uwierzysz, czy nie uwierzysz, — ciągnął dalej eks-isprawnik — ale krzyż ci święty po raz drugi kładę, zapłakał, jak dziecko, gdym mu powiedział, że go do najbliższej jurty jakuckiej, 30 wiorst od zasztatnego miasta Zaszy werska odległej, odwiozę i klnę ci się po raz trzeci — płakał z radości... Chociaż i w tej jurcie nie o wiele lepiej było... I nie upłynęło pół roku, gdym odebrał wiadomość o jego śmierci...
                                                                        *
                                                       *                                *
    Zrozumiecie teraz łatwo, szanowni czytelnicy, jak gorączkowo uchwyciliśmy wiadomość o przyjeździe człowieka, który gdzieś, na skraju świata, ale w warunkach zupełnie go od tego świata odcinających, całe trzy długie lata musiał wyżyć i jak wieść niosła, zdrów na ciele i duszy, znowu do świata tego powracał. My wszyscy, mieszkańcy w X., częściowo w warunkach podobnych znajdowaliśmy się, wszyscy jednak wiedzieliśmy, że warunki naszego życia były o całe niebo lepsze od tych, w których mogliśmy się znaleźć.
    Poznać więc, poznać to życie, w całej jego niczem nieokraszonej nagocie, w całej jego grozie — stało się niejako żądzą naszą. Podtrzymywały zaś ją nietylko ciasny instynkt samozachowawczy, ale i szersze zasady.
    Możność wytrwania tam, daleko, dobrze świadczyłaby o mocy i sile ducha ludzkiego wogóle; hart i energia jednego krzepiła i dwoiła wszystkich siły.
    Posiadane przez nas dotychczasowe wiadomości o losach ludzi, borykających się na krańcach świata ze swą dolą, zbyt pocieszającemi nie były. Ponieważ i nauka i dotychczasowa praktyka ludzi prostych, zdaje się, zgodnie wskazywały, że życie na tych krańcach siedzib ludzkich jest niemożebnem, gdyż zahartowany, do życia arcytwardego przyzwyczajony chłop russki, idąc z katorgi na osiedlenie do ułusów jakuckich, z trudnością znosił życie tylko w ułusach najbliższych, najgęściej zaludnionych, najbogatszych, to zrozumie każdy, jak ważnem, pałacem stawało się dla nas rozwiązanie pytania, czy ostatecznie można tam wyżyć, czy można wytrwać.
    I oto raptem otrzymaliśmy wieść, że człowiek, pokrewny nam rozwojem umysłowym i całą sumą przyzwyczajeń i nałogów życiowych, wyżył i wytrwał całe trzy lata gdzieś w jurcie, położonej nie lepiej, niż owa jurta samotna, znajdująca się pod nieistniejącem miastem. Ten młodzieniec, którego nie znaliśmy, student obcego nam uniwersytetu, stał się dla nas wszystkich bliskim i drogim. My wszyscy, wspólną niedolą złączeni, Polacy i Rosjanie, postanowiliśmy uczcić jego powrót, a ponieważ przyjeżdżał on w samą wigilję, więc uczcić przedewszystkiem wigilją — wigilją uroczystą.
    Jako w sprawach kulinarnych najbieglejszy, z pomocą studenta i przy współudziale całej naszej kolonji, miałem zająć się przygotowaniem owej wigilji. Zapewne, nigdy w życiu, ani ja, ani mój miły kuchta, nie przepracowaliśmy tak sumiennie bitych dwóch dni w kuchni, jak wówczas.
    Student był jednym z najgorliwszych zbieraczy wszystkiego, co nietylko z naszem życiem związek miało, ale był i głębszym znawcą życia jakuckiego wogóle. Smażąc więc i gotując, opowiadaliśmy sobie nawzajem rzeczy ciekawsze i tak podniecaliśmy się wzajemnie, że uczta nasza, pierwotnie dość skromnie zakreślona, przybierać zaczęła lukullusowe rozmiary.
    Obaj dokładnie wiedzieliśmy, jak nędznem jest życie w bliższych, zasobnych jurtach jakuckich; wiedzieliśmy, że brak najprostszych potraw kuchni, nie mówię europejskiej, ale ludu rolniczego wogóle, szczególniej zaś brak chleba zwykłego, powszedniego, najsilniej odczuwać się dawał nawet prostym, ubogim ludziom. Nic więc dziwnego, że przejęci swą rolą, rozgorączkowani wznawianemi w pamięci, coraz to bardziej ponuremi obrazami, któreśmy przed sobą roztaczali, obaj wpadliśmy w jakiś szał kucharski. Jak matka, przypominająca sobie potrawy dziecięcia dawno niewidzianego, którego powrotu w dzień zapowiedziany oczekuje, tak i my przemyśliwaliśmy, czemby mu najlepiej dogodzić. Co chwila jeden z nas zapytywał:
    — A jak myślicie, kolego, czy nie zjadłby on tego?
    — Ee? naturalnie, zjadłby i ze smakiem, boć pewno, licząc ze wszystkiem i z podróżą, z pięć lat strawy ludzkiej nie oglądał...
    — Więc zróbmy mu ? — Zrobimy! — I biegł jeden na rynek i do sklepów po zapasy, drugi po naczynia niezbędne i wkrótce nowa potrawa zwiększała naszą ucztę obfitą. I tylko brak naczyń, czasu i zupełne wyczerpanie fizyczne położyły kres naszym zabiegom. Zapał nasz, ze względu na grunt podatny, udzielał się wszystkim, mającym uczestniczyć w wigłlji i wszyscy szczerze byli zachwyceni naszą pomysłowością i energją. My zaś obaj ze studentem wprost byliśmy dumni ze swego dzieła.
    Szczególniej chełpiliśmy się szczytem swej sztuki i pracy, olbrzymim 20- sto funtowym łajmeniem 3), którego z wielkim wysiłkiem udało się nam ugotować w całości. Przypuszczaliśmy, że ten tajmeń wspaniały, jakimś haniebnie ostrj'm i słonym sosem musztardowym przyprawiony, czule przemówi do serc najtwardszych. Nie zapomnieliśmy i o małej choince, którą też dla gościa, najpiękniej jak się dało, ubraliśmy i przystroili.
                                                                        *
                                                       *                                *
    Nadszedł nareszcie dzień oczekiwany. Student skoro świt wyjechał na stację najbliższą, aby tam oczekiwać powracającego i przywieźć go wprost do nas. Przed 2-gą, gdy się ściemniać zaczęło, zebrali się wszyscy i wkrótce po 2-ej odległy jęk dzwonków, zdała słyszalnych na mrozie wielkim, zawiadomił nas o przyjeździe studentów. Ubrawszy się co prędzej, wyszliśmy. Sanie i podróżni, zupełaie śniegiem zasypani, konie z długiemi soplami lodu u nozdrzy, całe szronem zlodowaciałym okryte, wpadały na podwórze; chwila — i już są przed domem. Cała gromadka nasza, w której znajdowali się ludzie w niedoli osiwiali, obnażyła głowy.
                                                                        *
                                                       *                                *
    Nie opisuję i choćbym chciał, nie byłbym w stanie opisać pierwszego przywitania naszego! Nie znaliśmy się i jakżeż bliscy byliśmy zarazem. Wątpię, czy gdziekolwiek i kiedykolwiek uda mi się być wśród gromadki ludzi, tak obcych pochodzeniem i tak zespolonych ze sobą, jak wówczas, gdyśmy gościa swojego witali !..
    Mały on był i chudy, bardzo chudy... żółtszy i czarniejszy, niż my, cerą ziemistą, jak pręgierzem, na zawsze naznaczony i tylko oczy jego zapadłe, wyraziste i rozumne blaskiem fosforycznym gorzały.
    Już było zupełnie ciemno, gdyśmy go ogrzanego i przebranego do uczty przygotowanej zasadzili; gwarno i szumno było w naszej chacie i radosny nastrój, jak fala wezbrana, zmywał wszelkie przejawy smutku i goryczy.
    — Weselmy się ! — coraz częściej rozlega się to stąd, to zowąd, a gdy gość nasz podchwycił ten okrzyk, uczucie radości rozjaśniło i najchmurniejsze oblicza. Dzielimy się opłatkiem. Wychylamy pierwsze kielichy. Mói kuchcik gorliwy, wielce rozczulony cudną pieśnią ukraińską, przenikającą do głębi uczuć, poetyczną bogactwem i prostotą swych przenośni, wita gościa ukochanego i zachęcony jego łzą radości, opanowywa go niepodzielnie. Opowiada mu, jak to my obaj dwie dobybez odpoczynku pracowaliśmy w pocie czoła, aby po tylu dniach głodu i postu godnie go teraz nakarmić ; wylicza mu tradycyjne potrawy, swoją kutję ukochaną wysuwając na czoło, tuli się doń, obejmując go za szyję, śmiejąc się radośnie; i gość nasz śmieje się z nim razem, aż do łez radości, jak sądzimy.
    I rośnie i wzrasta nasz nastrój weselny. Burza oklasków wita pierwszą potrawę. Student napełnia talerz gościa po brzegi. Śmiech i hałas ustępują wreszcie zgodnemu brzękowi łyżek, wybuchając na chwilę po pierwszej próbie w ogólnym wy krzyku: — Wyśmienite!
    Oczarowany kuchcik szumnie wyraża swą radość, milknie wreszcie i on — zajadamy!
    Ale cóż to u Boga? Jedzą wszyscy, tylko nasz gość, chociaż trzyma łyżkę i obraca ją w ręku, przelewa pokarm w talerzu, nie je wcale i śmiechem wprawdzie tłumionym, śmieje się dotąd?..
    — Co u Boga? Czemuż nie jecie, kolego? — odzywa się odrazu głosów kilka.
    — To kuchta go rozstroił, precz ze studentem. Niech siądą obok ludzie poważni!
    Student przesiada się potulnie ; próbujemy jeść, ale gość nasz nie je znowu.
    Co u Boga? Wszyscy jeść przestajemy i oczy wszystkie pytająco zwracają się ku niemu. Nasz niemy niepokój jest zbyt wyraz'nym, widzi on to, czuje i tak mówi:
    — Ja... darujcie... ja... z radości... ale jest mi bardzo przykro... ja nie chciałem przerywać... boję się popsuć ucztę waszą... i bardzo... bardzo proszę, bracia kochani, nie zwracajcie na mnie uwagi... to nic... to przejdzie — i wybucha śmiechem i płaczem jakimś.
    — Jezus, Marja! — wykrzykujemy zgodnie.
    Widzimy teraz wszyscy, że śmiech jego nie jest naturalny; nikt z nas nie myśli o jedzeniu i on, widząc niepokój ogólny, krzepi się, aby zapanować nad sobą, wstaje i wśród ciszy zupełnej mówi gorączkowo:
    — Myślałem, że znacie życie, którem mi żyć trzy lata wypadło; widzę, że tak nie jest. Kiedym to spostrzegł, próbowałem, kiedyście pili i jeść zaczęli... próbowałem... przełknąć chleba kawałek... ale... teraz nie mogę... Nie mogę, bo widzicie... trzy lata... trzy lata nie widziałem soli... trzy lata jadłem bez soli... a ten chleb jest... bardzo słony, jest nadzwyczaj słony, wprost pali mnie i piecze i zapewne wszystkie potrawy są solone?
    — Tak, solone, a niektóre i przesolone w gorączce i pośpiechu — odpowiadamy obaj z kuchtą moim.
    — Więc jedzcież, bracia drodzy, ale ja nic jeść nie mogę, ja przecież z radością patrzeć będę, jedzcie, proszę was bardzo — i upadł na krzesełko, śmiejąc się i płacząc zarazem.
    I teraz dopiero zrozumieliśmy, że to śmiech spazmatyczny, kurczowy...
    I nie było nikogo między nami, ktoby po tych słowach, pokarm już w ustach trzymany, przełknąć zdołał.
    Nędza istnienia, którą tak gorąco poznać pragnęliśmy, uchylała nam jedną ze swych osłon tajemniczych...
    Wszyscy położyli łyżki, ponuro zwieszając głowy.
    Jakże marnemi i uędznemi wydały się nam teraz nasze zabiegi niedawne około potraw wymyślnych !..
    Jakże dzikiem — nasze wesele dziecinne!...
    I patrząc na tę twarz znędzniałą brata swego, śmiechem i płaczem spazmatycznym targaną, straszno nam się stało...
    I zdało się nam, że z jurty samotnej, gdzieś pod zatraconem miastem Zaszywerskiem znajdującej się, widmo śmierci patrzy na nas swem okiem szklannem, lodowem...
    Cisza grobowa zapanowała w gromadzie przerażonej.
    Zakopane.

-----------------------------------------


    1) Isprawnik, to samo, co dawniej w Królestwie naczelnik powiatu.
    2) Powarnie — budynki w rodzaju stodoły bez okien i komina, tylko z paleniskiem wewnątrz do rozkładania ognia.
    3) Tajmeń — ryba poławiana w Lenie, duża i smaczna.


   /Adam Szymański. Szkice. Lwów. 1921. S. 331-341./






                                                         НЕУДАВШИЙСЯ  ПИР
                                                       Рассказ Адама Шиманского



     Это было за три дня до сочельника; шел уже четвертый год моего пребывания на берегах Лены, куда наш товарищ X., бывший студент киевского университета, которого почему-то в колонии звали хохлом, сообщил нам волнующее известие, что как раз в сочельник приедет в наш город, возвращаясь из далекого якутского улуса, где он проживал три года, его близкий приятель и наш собрат по общей подневольной жизни. Товарищей, знавших по горькому опыту жизни в ближайших улусах, мы видали часто. Часто посещали нас временные и постоянные жители так называемых якутских «городов»: Верхоянска, Вилюйска и Колымска. Но ближайшие улусы и эти якобы «города» сравнительно с безлюдьем отдаленных улусов казались еще местами слишком населенными, чтобы по ним можно было составить хоть приблизительное понятие о жизни в этих пустынях Севера. Уже самый факт, что тяжкие преступники, поселенные в этих улусах, единодушно предпочитали лучше возвращение на каторгу со всеми ее ужасами, чем подобную свободу, говорил о прелести этой жизни, хотя все-таки еще не давал о ней верных сведений. Плохо жилось там, очень плохо, но насколько и в какой мере, чрезвычайно трудно было придти к каким-либо заключениям, даже на основании того, что было известно нам о жизни в местах, менее отдаленных от нас. Кто из нас, даже принимая во внимание все то, что было нам известно, был бы в состоянии воссоздать, уяснить вполне и перечувствовать те тысячи ежедневных, обыденных мелочей, из которых слагается собственно обычная серая жизнь и которая с. такой ужасающей наготой обнаруживает и выдвигает только та же жизнь и ее практика.
    Мы нисколько не сомневались только в одном, что по мере, скудости населения и отдаленности в направления центробежном от нашего города жизнь становилась все печальнее и невыносимее.
    На юге — на диких плоскогорьях Алдана, на востоке — на отрогах Станового хребта, где одна Тунгусская семья составляет часто «все население речной долины, на триста верст вокруг на западе - в недоступных верховьях Вилюя, великого озера Жесля; на севере в неизведанном бассейне Анабары, неизмеримых пустынях Оленска, Индигирки и Колымы, - каждому европейцу эта жизнь представлялась каким-то подобием Дантова ада, полным льдов, снегов и метелей, озаренных кровавым блеском северного сияния.
    Но я допустил неточность. Эти пустыни по пространству больше половины Европы, это еще не самый ад Сибири, это лишь чистилище ее. Там есть леса, хотя редкие, низкорослые, жалкие, но все-таки леса, там еще русский поселенец любовно называет их «родимыми», там есть еще жизнь.
    Истинный ад - за пределами лесов. Там только льды и снега, даже летом на равнинах не всегда оттаивающие, и среди этой пустыни — кое-где убогие люди...
                                                                          *        *
                                                                                *
    Никогда я не забуду тех тягостных впечатлений, которые производили на меня знакомство с характерными чертами, мелкими по виду, но ужасающими подробностями тамошней жизни. Лишь познакомившись поближе с этими подробностями, можно понять, почему такой серьезный исследователь жизни дальнего севера, как Мидендорф, категорически утверждал, что для европейца полярный пояс не менее, если даже не более вреден, чем самый жгучий тропический, Все условия жизни здесь поразительно отрицательны. Даже очень определенные понятия, очень точные термины в своеобразном освещении удивительных местных условий являются чем-то совершенно непонятными и неподдающимся никакому объяснению.
    Я до сих пор живо помню рассказ одного чиновника о том, как во время его службы исправником в В. был прислан туда один молодой человек для водворения в город Зашиверск.
    — Город Зашиверск, батюшка мой, — рассказывал бывший исправник, — существует. Его не трудно отыскать даже на неособенно подробных картах Сибири: на большом чистом месте, сверху с правой стороны, и каждый, у кого еще не выветрилась из головы школьная премудрость, вспомнит, что город этот именуется „заштатным городом Зашиверском". Название «заштатный» как нельзя более уместно, ибо город Зашиверск существует лишь в воображении картографов да в учебниках географии, а в действительности его вовсе нет, до такой степени нет, что на том месте, где на карте обозначается город Зашиверск, нет ни единого домишка, ни единой юрты, ни единого жителя. Прочитал я предписание и глазам своим не верю. Хотя дело было ранним утром, далеко еще до обеда, подумал я, что у меня в глазах двоится. Позвал я другого чиновника, показал ему бумагу. Это был старый канцелярский служака, но как прочитал бумагу, так и у него она вывалилась из рук.
    — Куда? — спрашиваю.
    — В Зашиверск — отвечает.
    Мы переглянулись.
    — Чудно! Надо полагать, набедокурил молодчик порядком.
    А он стоит, глядит на нас, слушает и конечно, ничего не понимает.
    Стал я выспрашивать его: то да се, не надо ли ему чего-нибудь, да еще кое о чем спросил, а он знай одно отвечает: — «Да нет, да нет».
    — «Эге, братец», подумал я, «погоди немножко, скоро ты у меня запоешь по другому».
    Вышел я, да распорядился живо подать три тройки. На одной — он с казаками, на другой — я со старым казаком, который еще помнил, где должен находиться этот самый Зашиверск, На третьей — провизия, и поехали мы в путь добрый.
    Первые сутки ехали не останавливаясь и нигде не ночуя, потому что по пути были еще станции. И так, меняя лошадей, проехали мы верст двести слишком.
    На вторые и на третьи сутки ехали мы значительно тише. Хотя и ночевали в пустых «поварнях» 1), но все же благодаря двум запасным тройкам проехали еще верст двести, но уже нигде живой души не встретили.
    Молодчик мой что-то иной стал, уж и заговаривать со мной стал, а на последней ночевке давай расспрашивать, что за жизнь там, в Зашиверске? Сколько там жителей, да город каков, может ли он там рассчитывать на какую-нибудь работу, найти уроки? Ну, теперь я запел его песню: «Да» да «нет».
    На четвертые сутки рано утром выехали мы на ледяную равнину, вернее на обширный ледник, потому что там и летом то лед никогда не оттаивает. Проехали мы по льду верст десяток, и старик казак, наконец, указал нам место, где лет шестьдесят  тому назад сходилось пять юрт, именуемых «заштатным городом Зашиверском».
    — Стой, закричал я. — Снимать вещи, а вы, батюшка мой, слушайте. Приехали. Здесь вот и находится этот самый город Зашиверск.
    Он, конечно, сразу не понял, что я ему говорю. Вытаращил на меня глаза; решил, что я шучу с ним, с ума сошел. Стал это я ему разъяснять подробно, в чем дело. Понял.
    Бывший исправник желчно рассмеялся:
    — Вот, хотите верьте, хотите нет, — продолжал он, — но вот вам крест святой и Бог свидетель, — он повернулся к образам и перекрестился, — он остолбенел, а зубы застучали, как и в лихорадке не стучат... Да, история была. И теперь только я, старый служака, понял и увидал многое. От прежнего гордеца и следа не осталось; мягкий стал, как воск, шелковый стал. Совсем смирился.
    — Ради Бога, — говорит, протягивая ко мне руки, — ведь я же не к смерти приговорен, да и вина моя не Бог весть какая. Правда я был по отношению к вам слишком горд...
    — То-то, — говорю я, — гордость — великий грех.
    И поверите ли, клянусь вам Богом, заплакал, как ребенок, когда я сказал, что свезу его в ближайшую якутскую юрту, верстах в тридцати от Зашиверска... А плакал от радости...
                                                                         *        *
                                                                               *
    Теперь понятно, почему мы так горячо отнеслись к известию о приезде человека, сумевшего прожить три года где-то на краю света, в условиях совершенно изолировавших его от цивилизованной жизни; к тому же, по слухам, он возвращался бодрый телом и духом. Все мы подневольные обитатели города X., частью находились в подобных же условиях, но все мы отлично знали, что наша жизнь все-таки была неизмеримо лучше условий жизни в отдаленных улусах, в которых мы могли очутиться во всякое время. Поэтому нам страшно хотелось узнать эту жизнь во всей ее неприглядной наготе, во всем ее ужасе. Это стремление зародилось у нас не только благодаря чувству самосохранения, но и по более чистым широким побуждениям. Наличность и возможность жизни там, далеко, была бы прекрасным доказательством крепости и силы человеческого духа вообще.
    Раньше все доходившие до нас сведения о судьбе людей, боровшихся на краю света со своей долей, были далеко не утешительны. И наука, и практика обе единогласно утверждали, что жизнь на этих крайних рубежах человеческой оседлости для европейца положительно невозможна. Если даже закаленный суровой жизнью русский крестьянин, попадая из каторги на поселение, с трудом мог жить лишь в ближайших улусах, сравнительно густо населенных, то станет вполне понятно, насколько жгучим являлся для нас вопрос, возможно ли существовать там вообще.
    И вдруг получается весть, что человек, столь близкий нам и по духу, и по умственному развитию, и по всей совокупности житейских привычек, смог прожить целых три года где-то в юрте, также заброшенной, как та одинокая юрта около не существующего города Зашиверска. И этот юноша, которого мы совсем не знали, студент одного из русских университетов, стал нам бесконечно дорог и близок. Вся наша колония, объединенная общей участью, решила отпраздновать его возвращение, а так как он должен был приехать накануне Рождества, то устроить в честь его торжественный сочельник.
    На мою долю, как наиболее опытного в кулинарном искусстве, выпало заняться приготовлением пиршества, при непосредственном содействии товарища-хохла и косвенном — всей нашей колонии.
    Пир наш, задуманный сначала в очень скромных размерах, постепенно стал превращаться в лукулловский. Мы все отлично знали, с какими лишениями живут люди даже в ближайших зажиточных юртах, мы знали, что отсутствие пищи, — не скажу европейской, но вообще сколько-нибудь культурной, — а в особенности обыкновенного кислого хлеба тяжело отзывается даже на простолюдинах-поселенцах. Неудивительно поэтому, что, войдя в свою роль и постепенно возбуждая друг друга картинами одна другой мрачнее, мы дошли, наконец, до какого-то «поварского исступления». Придумывая, чем бы получше угостить нашего гостя, мы были похожи на мать, которая, ожидая возвращения давно невиданного сына, припоминает его любимые блюда. Поминутно то я, то хохол задавали вопрос: не приготовить ли еще вот этого.
    — Конечно, приготовить! Он поест с удовольствием. Ведь он наверно лет пять не видел человеческой пищи.
    — Так соорудим?
    — Соорудим!
    Один бежал на рынок за провизией, другой к соседям за посудой, и новое блюдо обогащало нашу трапезу. Наконец, недостаток посуды, времени и полная физическая усталость прекратили наши хлопоты. Усердие наше заразительно действовало на всех будущих участников торжества; все были в восторге от нашей изобретательности и энергии. Мы оба чувствовали глубокое удовлетворение, но особенно, гордились каким то полупудовым тайменем, Которого с чрезвычайными усилиями нам удалось сварить целиком. Это был шедевр нашего искусства. Мы полагали, что этот таймень, с каким-то особенным солено горчичным соусом, заставит забыть о всех изъянах нашего труда. Не забыли мы также и о маленькой елке, которую постарались украсить как можно наряднее.
    Наконец, настал желанный день.
    Хохол наш чем свет выехал навстречу гостю на ближайшую станцию, и к двум часам все мы были уже в сборе. Вскоре далекий звон почтовых колокольчиков, при большом морозе слышный издалека, известил нас о приближении гостя. Мы вышли на крыльцо. Сани, занесенные снегом, подъезжали к дому, и все мы, — среди нас были и седые старики, — обнажили головы.
    Не описываю, да и не в состоянии описать нашу первую встречу. Мы были совершенно не знакомы, но в то же время бесконечно близки друг другу.
    Сомневаюсь, чтобы когда-либо и где-либо в жизни мне пришлось быть среди людей, столь чуждых по происхождению и столь тесно сплоченных между собой, как в то время, когда мы встречали своего гостя.
    Он был небольшого роста, худой, очень худой... лицо желтое, с землистым оттенком. И лишь ввалившиеся глаза, умные, выразительные, блестели странным фосфорическим светом.
                                                                                *        *
                                                                                     *
    Было уже совсем темно, когда мы, наконец, обогрели, переодели его и посадили за стол.
    Шумно стало в нашей избушке, и возраставшая волна веселья быстро уносила малейшие проявления горечи и печали.
    — Будем веселиться! — все чаще и громче раздавались восклицания, а когда, наконец, наш гость присоединился к этому призыву, то светлое чувство радости прояснило и самые хмурые лица. Выпиваем первую рюмку. Мой усердный поваренок приветствует дорогого гостя чудной украинской песнью, задушевной, поэтичной по красоте своих сравнений и, поощренный его волнением, овладевает им нераздельно.
    Он весело и с юмором рассказывает ему, как усердно трудились мы с ним целых два дня, чтобы накормить его по-людски после стольких дней поста и голодовки. Перечисляет ему традиционные рождественские кушанья, польские, русские, малорусские, выдвигая, конечно, на первое место спою любимую «кутью». Гость наш тронут, смеется почти до слез, — слез радости, как думается нам.
    Растет волна нашего веселья, и громкие возгласы приветствуют первое поданное блюдо. Хохол до краев наполняет тарелку гостя. Шум и говор смолкают, сменяясь дружным позвякиванием ложек и не менее дружным одобрением «хорошо!», «здорово!»
    Хохол восторженнее всех, но, наконец, смолкает и он, — все увлечены едой.
    Но что же это? Все едят, только наш гость, хоть и держит в руке ложку и шевелит ею в кушаньи, но не ест ничего и продолжает смеяться тихим, сдавленным смехом.
    — В чем дело, почему вы не едите, товарищ? — спрашивают его сразу несколько человек.
    — Это поваренок расстроил его, пусть уходит. Пусть сядут возле гостя люди более положительные.
    Хохол безропотно пересаживается, но гость все-таки не ест.
    Что же это такое? Все перестают есть и вопросительно смотрят на гостя. Наше беспокойство слишком очевидно и настойчиво. Гость наш видит, чувствует это и говорит:
    — Я... простите... Я... от радости... есть я не могу... Я не хотел мешать вам... не хотел испортить ваш пир... и очень... очень... прошу вас, товарищи дорогие... не обращать на меня внимания... Это ничего... это пройдет...— и он не то смеется, не то плачет. Мы все видим, что смех его вынужденный, мы уже забыли об еде, и он, видя общее беспокойство, делает усилие, чтобы овладеть собою, встает и среди воцарившейся тишины говорит лихорадочно:
    — Я думал, что вы знаете, как пришлось мне жить эти три года, но теперь вижу, что вам эта жизнь совершенно неизвестна. Когда я наметим это, я пытался пересилить себя. Когда мы пили и вы стали есть, я пытался... проглотить кусочек хлеба (проговорил он скороговоркой, словно стыдясь этого), но... теперь... еще не могу, потому, видите... три года... три года я не видел соли... три года пришлось есть все без соли... а этот хлеб ужасно соленый... чрезвычайно соленый... прямо жжет во рту, и все остальные кушанья, как хлеб и суп, тоже соленые.
    — Конечно, соленые, а некоторые, вероятно, даже пересолены от усердия!
    — Ну, и кушайте, товарищи дорогие, но я ничего есть не могу. Я с радостью посижу с вами. Кушайте, пожалуйста... прошу вас...
    Он почти без сил упал на стул, плача и смеясь в одно и то же время. И тут только поняли мы, что смех его был нервный, спазматический.
    Пред нами открылся уголок той ужасной жизни, всколыхнулась завеса, скрывающая нечеловеческую трагедию, такую, казалось бы, мелкую, ничтожную, обыденную, но жестокую, мучительную для ее участников, про которую мы все так горячо желали узнать что-нибудь.
    Мы все положили ложки и угрюмо повесили, головы. Какими жалкими и ничтожными показались нам наши недавние хлопоты и старания над приготовлением изысканных блюд, каким преступным ребячеством — наше веселье... И когда мы взглянули на изможденное лицо нашего товарища, нам стало страшно.
    И мы увидели, как из одинокой юрты, где-то близ несуществующего города Зашиверска призрак смерти глядит на нас неподвижными, мертвыми глазами.
    И гробовое молчание воцарилось в обществе, еще за минуту пред тем, таком веселом и оживленном.

------------
    1) «Поварнями» называют в Сибири строения вроде сараев, без окон и печи, с очагом посредине, построенные для ночлега проезжих; иногда в них бывают запасены котелок и топор.
    Перевод с польского С. Михайловой-Штерн.
    /Всемирная иллюстрация. Москва. Вып. 6. 1922. С. 4-6./

 
                                                            DWIE MODLITWY.
                                                                              I.
    Dawno, bardzo dawno temu, — naturalnie dla mnie tylko, gdyż dziś jak przeze mgłę pamiętam te czasy — w jednej z największych świątyń Podlasia usłyszałem po raz pierwszy w mem życiu harmonijny i potężny śpiew chóralny męski. Świątynia, napełniona zbitą masą ludu, pieśni, spływającej z chóru lawiną palącą, wtórowała głosem wielkim, przechodzącym w łkanie, zamierające w cichym, coraz cichszym, wreszcie ledwie słyszalnym jęku błagalnym.
    Drobne ciało moje drżało jak w febrze, rozpalone czoło przykładałem do zimnej podłogi i składając i wyciągając ręce do Boga, prosiłem Go, żeby ucichł ten jęk, rwący me serce dziecinne, żeby ci ludzie na chórze nie śpiewali tak żałośnie, żeby im weselej i radośniej było na świecie. „Zmiłuj się, zmiłuj, Panie”, powtarzałem z taką wiarą i ufnością, że po każdem wezwaniu mojem z zatajonym oddechem oczekiwałem, że, ot, ot, zagrzmi głos do pioruna podobny i głusząc modły błagalne, uciszy jęki bolesne i radosna pieśń Narodzenia, triumfujące „alleluja!” Wielkiej Nocy balsamem spłynie z chóru na tłumy modlących się ludzi.
    Już zamilkły ostatnie jęki; ostatnie westchnienie tysiąca piersi echem stłumionem z pod wysokich sklepień spada na głowy modlących się, przygniatając je ciężarem ogólnego bólu; zgięte do ziemi, korne postacie unicestwiają się prawie; głów ludzkich nie widać w świątyni, tylko oczu tysiące z głów tych wpijają się w obraz Boga i zanoszą niemą prośbę do Niego.
    Najsłabsze echa modłów i westchnień ludzkich giną w głębokich sklepieniach i cisza straszna, cisza grobowa, zda się, zapanuje w świątyni i wiernych tysiące, ich jęki i prośby, staną przed próżnią, rozpłyną się w nicestwie... zginą... niesłyszane...
    Strasznej tej chwili boi się człowiek i kojącetni dźwiękami muzyki podtrzymuje swe słabe siły; milczą więc usta zaciśnięte, zgniecionej piersi nie wznosi już westchnienie, ale tam... w górze... rozlegają się miękkie, łagodne dźwięki i falując wśród sklepień wysokich, tłumione od dechami ludzkiemi, schodzą na dół, do głosów żywych podobne.
    I jęczy i płacze metal martwy pod ożywczem dotknięciem palca ludzkiego i w dźwięki, wydarte niegdyś z piersi silniejszej niż pierś Iłumu, wsłuchuje się tłum ten, jak w swe własne, błaga i prosi z nową ufnością i ukojony sztuką artysty, silny nową wiarą, łzy wylewa nareszcie, we łzach tych ulgę znajduje.
    Na tę chwilę jak gdyby czeka chór śpiewających, bo zaledwie zjawią się na twarzach ludzkich perły niedoli człowieczej, zaledwie zajaśnieją one na słońcu swą czystością nieskalaną, potężna skarga bije znowu ku niebiosom, pali serca nowym płomieniem.
    I znowu jęczą usta ludzkie, korzą się czoła i chylą ku ziemi, ciężarem westchnień z piersi zbolałych gniecione.
    Jęczę i ja razem z niemi; modlę się jeszcze goręcej, jeszcze błagalniej wyciągam ręce do Boga surowego; jeszcze dłużej zatrzymuję oddech, oczekując cudu widomego; ale milczy Bóg, pryskają nadzieje dziecinne, a chór wzywa do nowej modlitwy, pali jeszcze silniejszym płomieniem.
— Boże mój, Boże, kiedyż się skończy ta modlitwa okrutna?
    Czuję, że siły mnie opuszczają, że dłużej tak się modlić nie mogę. Koło mnie modli się ojciec ukochany, tulę się więc do niego; on mnie, jak zawsze, pocieszy... Ale ojciec, choć nachyla się ku mnie, nie widzi mnie chyba, bo po twarzy jego łzy płyną i ja czuję tylko i słyszę jego szept gorący:
    — Módl się, dziecię! módl się, jedyne i nie zapomnij tej modlitwy wielkiej!
    A chór nie widzi mnie tem bardziej i jęczy i płacze nowym bólem. Modlę się więc znowu; wszystkie swe myśli i czucia skupiam na prośbie jedynej; pot kroplisty występuje mi na czoto; zatamowywam oddech jeszcze dłużej i czekam... czekam napróżno!... Bóg milczy, a chór zawodzi nową skargę.
    Straszno mi teraz i duszno i gorąco nadzwyczaj!
    — Boże mój, Boże, czemuż nie słuchasz nas tak długo?!
    Pała jak w ogniu głowa moja; śpiew chóru, dźwięki organu, jęki i westchnienia ludzkie zlewają się w uszach moich w szum chaotyczny, bezładny. Szum ten przechodzi powoli w jakiś huk miarowy, z początku wolniejszy, później częstszy, z początku bliższy, później dalszy, do łopotania skrzydeł wielkich ptaków podobny; sinawy dym kadzideł czerwienieje mi w oczach i myśl, że prośby nasze nie dochodzą do Boga, jasnym promieniem oświeca moją głowę zmęczoną. Podnoszę oczy do góry i z krzykiem rzucam się do ojca.
    Tam w górze, wstrzymywane wysokiemi sklepieniami świątyni, jak stado ptastwa, zbierającego się do odlotu, kłębią się i huczą prośby ludzkie; przez wąskie okna świątyni przedzierają się smugi światła słonecznego i ku nim, ku słońcu cisną się kłębami czerwonawe, krwawe, jęki i bóle człowiecze...
    — Tato tato! chodźmy modlić się... tam, do słońca, tam usłyszy nas Bóg wielki, tam nic nie zatrzyma prośby naszej...
......................................................................................................................................................
                                                          *                                           *
                                                                               *
                                                                               II.
    Zima 18.. roku rozpoczęła się w X., jak w całym kraju jakuckim, niezwykle wcześnie. Już w ciągu sierpnia przymrozki zwarzyły wszelaką zieloność i poczerniałe, ogołocone ze swej krasy przyrodniej przestrzenie wielkiej doliny, w której leży miasto, przedstawiały się teraz oku człowieka niezwykle ubogo.
    Nędzne jurty, żadnych budynków, nic podobnego choćby zdaleka do ludnej i tak wesołej na jesieni wsi naszej. Tęsknota do kraju w czasie tej wczesnej, choć krótkiej jesieni, pierwszy raz stanęła przede mną w całej swej przerażającej grozie.
    W połowie listopada zaczęły się znakomite „sorokowiki” 1), często bez przerwy trwające przeszło dwa miesiące. To też choroba, której uległem, rozwijała się prędko i jeszcze na długo przed owemi sorokowikami wycieńczyła mnie zupełnie. Jako nowicjusz w podobnego rodzaju sprawach, popełniałem tymczasem mnóstwo takich rzeczy, które same przez się nie będąc niedorzecznemi, przez człowieka doświadczonego są tu praktykowane w pewnej bardzo ograniczonej mierze. Wszyscy ci, którzy byli chorzy na nostalgję, starannie unikają wszystkiego, co mogłoby wywołać chorobę: niechętnie mówią o swej przeszłości, milczą uparcie, gdy rzecz zachodzi o kraju, okazują wogóle dla wszystkiego, co powinno im być drogie, dziwną, niezrozumiałą obojętność. Naturalnie obojętność ta jest pozorną. Z początku nie rozumiałem tego zjawiska. Później dopiero, gdym pobył tu dłużej, zrozumiałem, jak rozpaczliwym pancerzem ci, na oko zupełnie sczerstwiali i zobojętniali ludzie okrywali swe piersi zbolałe, z jakim wysiłkiem przedłużali swe istnienie na ziemi; zrozumiałem, że obojętność owa — to swego rodzaju heroizm, prawda, mały i niebłyszczący, jak każdy heroizm niedoli, ale zawsze heroizm.
    Tym to puklerzem obojętności i pozornego zapomnienia okrywają się tu ludzie różnych stanów i kategoryj; jedni czynią to z mniejszem, drudzy z większem rzeczy czynionej rozumieniem, jedni z mniejszą, drudzy z większą wytrwałością. Szczególniejszą jednak siłą woli, z ludzi pozornie zobojętniałych, bez wątpienia wyróżniają się ludzie wiejscy — chłopi.
    Długo, długo trzeba krzesać, nim się iskrę z chłopa rozżalonego dobędzie; ale zato istra ta, gdy wyleci, błyśnie ci przed oczyma takim płomieniem, że aż je zakryjesz od blasku lub otworzysz z przerażeniem.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    Z ciężką chorobą mocowałem się już kilka miesięcy i dzień wigilijny zastał mnie w chwili, gdy ku wszystkiemu, co swojskie, biegłem już z tym uporem nieszczęsnym, z którym myśl pijaka biegnie ku wódce, myśl szalonego ku idei wyłącznej. List, odebrany przed kijku dniami z widocznym symbolem dnia dzisiejszego, opłatkiem, pokruszonym w drobne kawałki, dolał oliwy do ognia. List ten odczytałem niezliczoną ilość razy i jeżelim teraz biegał z kąta w kąt swego pokoju, jak wiewiórka w swein kole zamknięta, myślałem już nie nad listem samym. Wszystką truciznę wywołanych przezeń wspomnień z gorączkowym pośpiechem, bez chwili odpoczynku, piłem w ciągu ostatnich nocy bezsennych i wyobraźnia moja, wyczerpana, zmęczona, nie szła już dalej. Dzień, który
wywołał tyle wspomnień, sprawił mi tyle cierpień, nadszedł; chodziło mi o to tylko, jakby urządzić się wieczorem tak, aby wypić do dna kielich zdradliwej słodyczy, otoczyć się atmosferą, któraby choć na krótką chwilę, choć zdaleka, przypomniała przeszłość bezpowrotną i podsuwając nowe, realne, choćby najgrubsze obrazy, podsyciła wycieńczoną wyobraźnię, dała jej karm dla nowych widziadeł, nowych halucynacyj.
    W X. było wówczas parę polskich domów, prowadzonych dość otwarcie, a w jednym z nich, czy też w dwóch nawet, urządzano wigilję, dzisiaj jednak być tam nie mogłem. Domyślić się łatwo, że dziś chciałem się wyrwać z dusznych ramek konwencjonalizmu i poza granicami „towarzystwa” spędzić wieczór wigilijny.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    Jeżeli wieczorem, w czasie mrozu wielkiego, przechodząc przez puste ulice X., dojdziesz do końca ulicy Kozackiej, znajdziesz się w punkcie, skąd jak na dłoni przedstawi ci się mniejsza dzielnica miasta, oddzielona od głównego grodu w tern właśnie miejscu starem, zamulonem łożyskiem rzeki. Im bardziej mróz ci dopiecze, z tem większą przyjemnością zatrzymasz się na tym punkcie, aby ucieszyć się widokiem, który stąd się roztacza. Mnóstwo jaśniejszych i bledszych, silniejszych i słabszych światełek widnieje tu zawsze, nawet przez mgławicę śnieżną. W kraju bezludnym, pustym, widok większego siedliska ludzkiego jest tak pociągający, że nie przechodziłem tędy ani razu, aby nie nakarmić oczu tym tak widomym dowodem siły i żywotności człowieka. Znam tu już każdy dom. Najbliżej błyszczą jasnem światłem domy bogatszych kupców i urzędników, dalej podobne do jurt domy kozackie, jeszcze dalej dom szewca i djaczka zarazem, kuźnia Jana Pietrzaka, jeszcze dalej, ledwie widzialne z poza szyb z lodu, błyszczą słabe światełka z jurt jakuckich i poza niemi — koniec życia, bezbrzeżne śnieżne obszary.
    O, jakże zimno tam być musi! jakże opuszczonym, jak słabym czuje się człowiek samotny wśród tych obszarów, zasypanych śniegiem, błyszczących lodem, czerniejących tajgą ponurą, ziejących mrozem, mrozem i tylko mrozem!
    To też pamiętam to dobrze, drgnąłem i serce ude-rzyło mi silniej, gdy jakoś parę tygodni temu, zatrzymawszy się jak zwykle na wzgórzu, ujrzałem po raz pierwszy, jak z pustej przestrzeni, zaczynającej się za jurtami jakuckiemi, słaby, słabiutki ogień błysnął mgławem światełkiem, znikł i pokazał się znowu. Przywidzenie, czy co u Pana Boga? Nie wierzyłem oczom własnym, przetarłem je raz i drugi; ale ogień sierocy, daleki, odcięty od siedzib ludzkich, migoce coraz wyraźniej.
    Długo stałem tu wówczas, nim domyśliłem się nareszcie, że to strasżny, wyklęty dom, dom z przestrachem wymijany przez ludność miejscową, świecił ogniem samotnym. W domu tym, kiedyś, przed laty, konali ludzie
chorzy na ospę 2), ale do dziś każdy z miejscowych mieszkańców prędzej zmarznie, niż wejdzie do tego domu. Domyślić się więc już w żaden sposób nie mogłem, ktoby tam odważył się rozniecić ogień w nocy. Przechodził właśnie Jakut jakiś koło mnie, zatrzymałem go więc i wytłumaczywszy, jak mogłem, o co mi chodzi, zapytałem, czy nie wie, skądby się ogień wziął w dawnym szpitalu. Jakut słuchał mnie uważnie, dopóki nie rozumiał, o co się pytam, ale jak tylko pojmować zaczął, cofnął się o krok, dwa, trzy, a gdy następnie zrozumiał zupełnie, zdjął czapkę i wrzasnąwszy głosem nieludzkim : „Kabyś abasa” 3) uciekł przerażony.
    Na drugi dzień dopiero dowiedziałem się, że w domu zadżumionym kilku Polaków, ludzi bez jutra, nie mających dachu nad głową, zamieszkało na stałe. Czasami, choć nie na długo, tulili się tu także i tacy ludzie, któ-rych losy chwilowo tylko pozbawiały właściwego przytułku.
    W taki to sposób, poza miastem, w opuszczonem pustkowiu uformowała się mała kolonja, składająca się z ludzi dwóch typów: stałych i czasowych pustkowia mieszkańców. W pustkowiu tem bywałem dość często i teraz oto po dość długim namyśle wigilję postanowiłem przepędzić tamże.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    Około godziny piątej wyruszyłem z domu, zdając się na łaskę i niełaskę mrozu, który, gdyby tchnął swym zabójczym chijusem, wbrew wszelkim zgóry ułożonym planom mógł mnie wegnać do najbliższego znajomego domu, ale na szczęście moje, choć mróz był piekielny, cicho było jak w grobie. Straszny chijus nie wyszedł jeszcze ze swych kryjówek biegunowych i powietrze stało nieruchome, zastygłe. Dzięki tej okoliczności bez szwanku dotarłem do miejsca.
    W dwóch nieopalanych pokojach, przez które przejść musiałem, aby się dostać do mieszkalnej części domu, ostro i przeraźliwie dźwięczało echo śniegu, skrzypiącego mi pod nogami; wydawało mi się nawet, że zimniej tu jest niż na dworze. Okna zabite były deskami, więc w ciemności nieprzejrzanej utykałem co chwila to na garnek rozbity, to na inne sprzęty połamane, ale choć z hałasem rozbijały się graty, głośno piszczały zardzewiałe zawiasy, nikt z będących tu ludzi nie wyjrzał nawet, nikt nie zwracał na to uwagi. Wchodzę nareszcie do mieszkania ludzkiego.
    W dużym pokoju nie o wiele, jednak widniej, niż w pustych stancjach, przez które tylko co przechodziłem. Cienka łojówka na niskim warsztacie szewckim słabo oświeca zaledwie jeden kąt pokoju. Przy warsztacie pracuje dwóch ludzi.
    Siedzący bliżej wysoki i chudy mężczyzna, szewc z urodzenia niejako, wbija w podeszwę wprawną i pewną ręką sztyfty drewniane. Dostał się on do miasta niedawno, ale ma już roboty dosyć i w pustkowiu na pewno długo się nie zasiedzi.
    Drugi, siedzący dalej, mężczyzna ze śliczną męską twarzą, znacznie niższy od p. Józefa, wyrównywa i wygładza obcas, ale powoli, bez owej szparkości, z którą pracuje p. Józef. Dość spojrzeć na twarz niższego szewca, aby, będąc najzapaleńszym przeciwnikiem wszelkich teoryj o rasowości ludzkiej, odgadnąć, że człowiek ten nie przy warsztacie siedział niegdyś.
    Rzeczywiście, p. Jan Horodelski był niegdyś słuchaczem medycyny, później... ale o tem, czem on bywał później, i we dwa wieczory by nie opowiedzieć; teraz od lat już pięciu jest szewcem, — i powiedzmy prawdę otwarcie, szewcem-pijakiem. Nałóg jego nie pozwala mu nawet pomyśleć o zaprowadzeniu własnego warsztatu, więc też tuła się on po wszystkich warsztatach tutejszych, pracując cudzem narzędziem i ciężko mu bardzo. Za naczynie każdy właściciel pobiera znaczny procent i nawet p. Józef niewiele podobno odstąpił mu od ceny pobieranej przez innych majstrów.
    Harda to niegdyś i rogata była dusza, ale życie starło ją i wdeptało w takie błoto, z którego wychodzą cało dusze nietylko piękne i szlachetne, ale i silne zarazem. Horodelski nie miał tej mocy, które] nie gną żadne burze i był dziś stałym mieszkańcem pustkowia. Jego dni na ziemi są policzone; rozum, oświata, które posiadł niegdyś, dają mu teraz zupełną świadomość swego położenia i jaką napełniają goryczą, o tem zapewne nikt nigdy nie dowie się na ziemi.
    Czy to piętno zagłady, wyryte na jego czole, czy leż może inne, głębsze przyczyny, nadają twarzy jego szczególny wyraz. Powiedziałem wyżej, że twarz ta była piękna męską pięknością i dodać winienem, że tchnęła ona łagodnym, miękkim wyrazem, który jest szczytem kobiecej piękności i napiętnowana była nieopisanym jakimś smutkiem. W obejściu był on inny trochę; i sposób wyrażania się i maniery nieraz zdradzały wpływ otoczenia, w którem oddawna się znajdował; często, ale nie zawsze, mógł on jednak zapanować nad sobą i wtedy na twarzy jego zjawiała się nowa cecha człowieczeństwa, jeszcze nie startego zupełnie: rumieniec wstydu nad położeniem swojem.
    Szewcy, gdym wszedł, jak przystoi ludziom pracującym, nie poruszyli się nawet na swych stołkach; rozebrałem się więc i oczyściłem z namarzłego lodu w milczeniu i dopiero, gdym podszedł ku nim bliżej, podniosły się obie nachylone głowy, witając mnie przyjaznym uśmiechem. P. Józef, ze względu na sztyftów parę, trzymanych w zębach, podał mi rękę, mrucząc coś nieokreślenie i puścił ją natychmiast w ruch automatyczny; Horodelski po przywitaniu się obejrzał obcas jeszcze nieskończony i stawiając but na ziemi, wyrzekł z westchnieniem: „I dieło s koncom” 4). Było to ulubione przysłowie jego.
    — Co skończone? — zapytałem jednak.
    — Wszystko — brzmiała również stereotypowa odpowiedź.
    — Tylko nie obcas — mruknął p. Józef, wyjmując ostatni sztyft z zębów.
    — A właśnie, może i obcas, jeżeli, rozumie się, nie rzucę tej ruiny przeklętej lnie wrócę znowu do djaczka,— odparł żywo Horodelski.
    — A czy tu panu źle, czy co? — przekomarzał się p. Józef. — Warsztat, chwała Bogu, dobry, naczynia dosyć, a i pokojów, choć kotrydansa wywijaj.
    Ale Horodelski nie słuchał i ciągnął dalej:
    — Tak, bardzo być może, że rzucę to szewctwo moje, jeżeli tylko póki czas do djaczka się nie przeniosę. Rzucę, bo szewc ten oto dowiódł mi czarno na białem, że psu na budę nie zdało się to rzemiosło moje, że partaczem jestem i szewcem tylko u djaczka partacza być mogę.
    P. Józef zachichotał wysoce zadowolony i już się zabierał do odpowiedzi stosownej, gdy bas poważny: „Cy u djacka, cy nie u djaska, a siewcem nigdy pon nie bandzie” — przerwał mu w chwili najwłaściwszej. Bas wychodził z ciemnego kąta tegoż samego pokoju; spojrzałem więc tam uważniej.
    Na tapczanie dość niskim siedział ze spuszczoną głową, ustawicznie z lulki pykając, chłop okazały, zwykle Bartłomiejem, rzadziej Bartkiem „owczarzem” zwany.
    — Dlaczegóż nie? — zapytałem, witając się z mówiącym.
    — Dlatygo ni, — odparł Bartłomiej, — ze nijakie stworzenie od przyznacynia swoigo ucic nie może; ni pies sukom, Jii baba chłopem nigdy nie bandzie.
    — Przecież to co innego zupełnie?
    — Ono widzi się tak tyło, co insego, a w rzecy jedno, bo cłioćby ja som na ten przykład: od roboty, juz i nie mówićby mi o tem, nie uciekam, a nie idzie mi przecie. A dlacygoj? Dlatygo, ze nie przy swojej robocie stojem. I choć pracuję, nie piję, marnieję jak ta owca na słocie i zmarnieję taki, bo i terom juz hardzi do psa na weselu, niźli do cłeka podobny, tylo wesele to nijakie. Ono i odrazu tak mi się pokazało, jakem tyło tu przysed. Bo cy to nie dziw prawdziwy? Ziemia tako wielga, rzyki ni to morza, góry nie Łysicać przecie, łąki, trawy do pasa i kraj taki przez owców! Mądre ci som chłopy, choćby i owcarze nase i zadać i zdjąć urok umiejom i likarstwa na co, na co, choćby i no upór babski tyz majom; a powiedzieć, zo je ziemia wielga przez owców, ze owcarzowi marnieć tu wypadnie — nie uwierzom!
    Bartłomiej, jak to łatwo domyśli się każdy, był czasowym mieszkańcem pustkowia. Chłop to był wielkiej zacności, ale fatalność jakaś ciążyła nad nim; pracowity, uczciwy, nigdzie jednak nie mógł znaleźć zajęcia, któreby mogło uwydatnić jego przymioty, zwrócić nań uwagę. Niedawno przybył on tu, ściągniony obietnicami jakiegoś dostawcy; obietnice nie ziściły się i Bartłomiej, korzystając z bezpłatnego przytułku, oczekiwał tylko, dopóki nie spadną trochę mrozy, aby wyruszyć w odwrotną drogę. Chłop to był poważny, sensat prawdziwy. Gadaniny czczej nie lubił i głos rzadko zabierał, ale zato jeżeli odezwał się kiedy, to nieinaczej, tylko kategorycznie, stanowczo, bez apelacji. Jako przedstawiciel klasy, będącej oddawiendawna kastą prawie i to dość uprzywilejowaną, był on konserwatystą zapalonym, reform żadnych w społeczeństwie nie dopuszczał: „pies — psem, baran — baranem”, oto maksyma jego. Autorytet swych przewodników moralnych podniósł do kultu religijnego prawie i odezwać się przy nim z czemś, coby choć zdaleka autorytetu tego dotykało, niezawsze było rzeczą bezpieczną.
    — Kto mówi ? — zapytywał Bartłomiej w takich razach groźnie.
    I gdy nie był bardzo rozdrażniony, a mógł się hamować, wysuwał swe pięści potężne przed nos mówiącego i wymawiał powoli:
    — Kpy mówią !..
    W drugim, również wielkim pokoju znajdowało się jeszcze dwóch stałych mieszkańców pustkowia: ślusarz Porankiewicz i eks-obywatel, niegdyś jaśnie wielmożny, p. Feliks Babiński.
    Jeżeli Horodelski był człowiekiem, stojącym na skraju przepaści, to Porankiewicz stoczył się już oddawna na samo dno takowej. Gdym wszedł, dłubał on coś około swego stolika, nazwę warsztatu noszącego. Blady, chudy i drobny, jeszcze drobniejszym wydawał się wskutek pochyłego trzymania się; chodził tak zgięty, że zapewne rzadki starzec przewyższał go w tym względzie.
    — A wyprostuj że się pan choć raz! — mawiałem mu nieraz.
    — Chi, chi, chi! — śmiał się dobrodusznie Porankiewicz, — ziemia, ziemia, kochany panie, wyprostuje już mnie chyba. Od dziesiątego roku życia przy warsztacie, od rana do nocy, to i stal się wygnie powoli.
    Życie tego człowieka było prawdziwą Odysseją, on tylko biedaczysko Ulissesem nie był nigdy. Złe losy obegnały go po wszystkich ziemiach syberyjskich i dogorywać wypadło mu w najgorszej.
    Babiński, gdym wszedł, spał; wstał jednak, usłyszawszy naszą rozmowę. Wysoki, barczysty, był on silny fizycznie, a jego twarz ciemna, okolona czarnym jak węgiel zarostem, z wielkiemi, nastroszonemi brwiami, miała zawsze wyraz surowy. Rozrzewnionym nigdy go nie widziałem i tylko, gdy go coś bardzo za serce chwyciło, mrugał powiekami niezwykle prędko i rękę po wódkę wyciągał. W pracy niezmęczony, mógł i umiał pracować i jeszcze doniedawna jak wół pracował. Od lat dwóch dopiero pić zaczął nazabój. „Abo go co trąciło, abo feler jaki ma w sobie” — mawiał o nim Bartłomiej.
    — Ginie więc teraz, zda się, bezpowrotnie, chociaż przy sprzyjających okolicznościach może jeszcze i wyjdzie z przepaści, w którą się stacza, bo człowiek to silny niezmiernie.
    Są w Rosji konie pociągowe, bitiugami zwane, czarne, złe, rosłe i silnie niezmiernie. Idzie sobie bestja taka krokiem równym, miarowym, bez cienia wysiłku, a zapytaj, ile ciężaru na teledze? — 60 pudów co najmniej, a często i 100 ciągnie.
    Babiński do bitiuga był podobny i chodził tak nawet, jak bitiugi chodzą. Gdy pójdzie bywało krokiem wielkim, posuwistym, nigdy mu nie nadążysz. Wszystkie zakupy z miasta: chleb, mięso, wódkę on zawsze nosił, bo nikt tak prędko nie chodził i nikt tak mrozu, choćby największego, nie znosił.
    Twardy to człowiek okrutnie, a ile ciężaru ciągnie nieraz za sobą, nigdy się nie domyślisz, — „bitiug” prawdziwy! Miał on oprócz togo jakiś spryt szczególny, który go już nieraz z toni prawdziwej ratował; on to zajął pustkowie i był tu gospodarzem de jurę, a co jeszcze dziwniejsza, umiał odnaleźć Jakutkę, brzydką jak piekło, ale uczciwą, jak tylko dzicy ludzie bywają, która zgodziła się być kucharką w kolonji. Eudoksja tedy była szóstą duszą w pustkowiu.
    Nie wszyscy mieszkańcy pustkowia zgodzili się odrazu na uroczysty obchód wigilji. Bartłomiej i co dziwniejsza Horodelski, opierali się najdłużej. „Nie i nie! - upierał się Horodelski — wódki mogę wypić, ile chcecie, zjem, co dacie, ale wigilja? Nie!” I dopiero gdy niezwykła wymowa, którą rozwinął Porankiewicz, zmiękczyła upór Bartłomieja, ustąpił odrazu i Horodelski.
    Babiński, jak to zwykle w takich razach bywało, wyruszył bez zwłoki po zapasy i żywo powrócił z miasta z mąką, masłem, „pępkami” 5) i gąsiorkiem wcale pokaźnym. Zakąsiwszy więc potrosze i zakropiwszy co najzjadliwszego robaka, wyszliśmy do pierwszego pokoju, aby nie przeszkadzać przygotowaniom, które Eudoksja pod kierunkiem Porankiewicza prowadzić miała. Dumny on był niezmiernie z okazanego mu zaszczytu i z odrzuconą w tył głową, jak zawsze, gdy usiłował trzymać się prościej, spoważniał niezmiernie, a był tak wzruszony, że prawie zupełnie stracił dar mowy, wypuszczając zamiast słów jakieś chrząkanie nieokreślone, które, z początku szczególniej, dławiło go zupełnie. Chrząkanie ucichło nareszcie i tylko łupanie drzazg, wybijanie ciasta i skwierczenie masła w kuchni dawały nam znać, że owładnąwszy wzruszeniem, Porankiewicz skierował wreszcie sprawy kuchenne na właściwą drogę.
    I w pierwszym pokoju gwarniej się teraz zrobiło; Bartłomiej i Horodelski, popuściwszy sobie wodzów, rwali już teraz z kopyta; zaczęły się przypomnienia, wyliczania, po ile to lat niektórzy nie widywali żadnej wigilji, a gdy Bartomiej zauważył, że wartoby było „ochędożniej trochę zasiąść do tych świętych godów”, zaczęło się ogólne mycie i przebieranie, jak gdyby na bal jaki wybierali się wszyscy.
    P. Józef tedy wysunął zabójcze kołnierzyki, aż do połowy policzków dochodzące, wdzięcznym fontaziem z chustki kraciastej szyję swą ozdobiwszy. Bartłomiej wydobył ze skrzynki jakiś węzełek niewielki i szperając w nim długo, wyciągnął kawałek rzadziuchnej kraśnej wstążeczki, próbując nawiązać ją na szyi, ale bezskutecznie. Zgrubiałe i odwykłe ręce nie słuchały go wcale i wstążeczka wymykała się mu z palców. Wtedy Bartłomiej, zwabiony widać wdzięcznym fontaziem szewca, zwrócił się doń z prośbą: ,,A niech-no pon i mnie ot tyz!” Szewc wziął się do roboty, lecz czyto wziął się niedbale, czy też mruknął coś o błahości ozdoby, bo dopiero gdy Bartłomiej wymówił pocichu: „A dyć to jescej z domu”, szewckie „aaa!” zabrzmiało innym tonem i Bartłomiej, przeprowadzony do światła, otrzjnnał fontaź, z którym „choć w zalicanki idź śmiało”. Bartłomiej chodził z fontaziem, jak gdyby kij połknął, ale zato, gdy jeszcze i Babiński przypiął wy krochmalony kołnierzyk, a Horodełski wyciągnął jakąś odwieczną żakietkę, nad której plamami biedził się z pół godziny, zewnętrzny wygląd całej naszej kompanji harmonijnie licował z jej uroczystym wewnętrznym nastrojem. Całej, powtarzam, bo gdy wkrótce drzwi sąsiedniego pokoju otwarły się naoścież, zjawił się w nich Porankiewicz, również świątecznie przybrany: w długim, wytartym surducie i choć z mniejszym kołnierzykiem, ale zato z fontaziem wcale nie gorszym od szewckiego.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    Porankiewicz chrząknął raz jeden i drugi, chrząknął wreszcie i trzeci i przytrzymując jedną ręką drzwi, drugą zaś wyrażając nam wszystkim atencję głęboką, wyrzekł uroczyście:
    — Kolacja gotowa, proszę do stołu!
    Widok, który nam się po wejściu okazał, był tak niespodziany, że wszedłszy, stanęliśmy jak wryci.
    Przy ścianie wewnętrznej pokoju stał stół niemały, przykryciem białem. jak należy, nakryty, — przykryciem, przez którego dziury wyglądało siano, na stole leżące. Stół był oświetlony dwiema świecami, w lichtarze blaszane, dobrze pogięte, wetkniętemi ; na jednym końcu stołu umieszczona została wielka miska z przyjemnie i wonnie dymiącą kupą ładnie podrumienionych „oładi” 6), na drugim końcu znajdowała się miska z „pępkami”, octem i pieprzem przyprą wionemi, około miski leżał chleb i stał gąsiorek, naczyniem drobniejszem, a różnorodnem — otoczony.
    Na samym zaś środku stołu, na jedynym, niegdyś białym, a dziś zżółklym i poszczerbionym talerzu, leżały okruszyny z przysłanego mi opłatka.
    Ani przykrycia białego, ani siana, ani opłatka nikt się nie spodziewał; więc też wrażenie, wywołane tylu niespodzianemi akcesorjami, było potężne.
    Porankiewicz, wysoce zadowolony z efektu, wysunął się teraz naprzód i zbliżywszy się do stołu, wziął ostrożnie talerz z opłatkiem, a prostując się, aż mu w krzyżach zatrzeszczało, chrząknął, usta otworzył i gdy wszyscy z najżywszą ciekawością oczekiwali całej oracji, wyrzekł drżącym głosem słów czworo:
    — Panowie! Opłatek wprost z Warszawy...
    I Złotousty nie przemówiłby silniej.
    Już bowiem niecierpliwsi zbliżali się do stołu, już ponętny zapach oładi górować zaczynał nad powagą chwili niedawnej, ale gdy słów tych czworo rozległo się w pokoju, cisza zapanowała grobowa, jakoś mimowoli wyciągnęli się wszyscy w szereg jeden i tylko głów pięcioro zwróciło się ku talerzowi.
    Porankiewicz wyprostował się znowu.
    — Hm, hm! Panowie! Świętość taka...
    — Poświęcony?! — z radosnym podziwem przerwał lękliwie Bartomiej.
    — Spodziewam się! innegoby nie przysłali — z głębokiem przeświadczeniem odparł Porankiewicz. — Ale — ciągnął dalej — hm, to jest chciałem powiedzieć, gdy jest świętość taka, więc się podzielimy?
    — Podzielimy! ajuści podzielimy! — ust pięcioro wyrzekło, jakby jedne usta.
    Porankiewicz zrobił nowe usiłowanie, aby stanąć prościej.
    — Gdy zaś, to jest, chciałem powiedzieć, nie ubliżając kochanemu p. Babińskiemu — i skłonił się mu uniżenie — wszyscyśmy w tych oto pałacach niby gospodarze, więc spodziewam się, to jest myślę, najlepiej będzie, jeżeli pan jako gość nas wszystkich obejdzie...
    I ponsowy cały, spocony jak po pracy największej, oddał mi talerz z ukłonem.
    Wziąłem talerz i zbliżyłem się do Babińskiego.
    I teraz dopiero, gdy mi samemu mówić wypadło, zrozumiałem, jakiego wysiłku potrzebował mój poprzednik dla swych oracyj króciutkich; ręce moje trzęsły się, usta zamknęły zupełnie. Babiński zbladł, aż zbielał i gdym podszedł do niego bliżej, surowa twarz jego zjawiła się przede mną, nieruchoma, jak z marmuru wykuta i gdyby nie to, że powieki latały mu zawzięcie, myślałbym, że to trup, nie zaś żywy człowiek stoi przede mną. Zbierał długo okruszyny, ale te wypadały mu ustawicznie i wątpię, czy wziął choćby jedną...
    Z innymi było toż samo.
    Porankiewicz, jako człowiek najmiększcgo serca, pierwszy zaszlochał jak dziecko i choć Bartłomiej, stojący za nim, krzepił go szturchaniem i ujmował prośbami rzewnemi: „Cichoj, bracie, cichoj, bo ryknę jak baran!” nic to jednak nie pomagało. Więc też kiedym podszedł do Bartłomieja, siły już go opadły: nisko schylił swą głowę osiwiałą i wyciągając rękę po opłatek, zaczął głośno, powoli:
    — W imię Ojca... i Syna ... i Świentygo... i Świentygo? — powtórzył ciszej i ryknął głosem wielkim...
                                                          *                                           *
                                                                               *
    Łzy nam wszystkim ulgę przyniosły, wszystkim oprócz Babińskiego, który wśród płaczu ogólnego stał jak skamieniały, oczyma tylko mrugając — i dopiero widać, gdy mu dopiekło do żywego, ponieważ znajdował się blisko stołu, wyciągnąwszy obie ręce pomiędzy naczynie pomniejsze, około gąsiorka będące, zadzwonił szkłem dość głośno. Powieki mu latały i ręce trzęsły się jeszcze, jak w febrze, tak, że sam użyć ich nie mógł i dopiero, gdy Porankiewicz już uspokojony, poskoczył do niego bliżej, szepnął mu głosem słabym:
    — Nalej, bracie!
    Porankiewicz jął nalewać i rąk, ile było, wyciągnęło się ku stołowi.
    Nalać odrazu wszystkim, rozumie się, nie można było, a że każdy pragnienie czuł dość silne, więc wymówki słyszeć się dały, że wcześniej o nalaniu nie pomyślano, wymówki, które jednak odrazu przeciął Bartłomiej, mądrze zauważywszy, iż: „nie Duch-ci nikt świenty, abymóg wiedzieć, ze żałość taka sroga zrazu na całuski naród nadyndzie”... Gdy nareszcie naczynia wszystkie napełniono, bojąc się nowego rozrzewnienia, wychyliliśmy je w milczeniu, zkolei przystąpiwszy do słonych i pieprznych pępków. Pokarm to taki, że bez stosownego odwilżania dużo go nie zjesz, więc gdy Porankiewicz ujął za gąsiorek powtórnie, znowu ręcfe wszystkie ku niemu się wyciągnęły i tu dopiero zauważyliśmy, że ręki Babińskiego pomiędzy naszemi nie było.
    Babiński stał, jak poprzednio, z naczyńkiem opróżnionem, ale milczący, nieruchomy, zbielały. Pierwszy Bartłomiej, jako z chorymi praktyk niemały, dostrzegł niebezpieczeństwo i żywo skoczywszy ku Babińskiemu, obejrzał go troskliwie:
    — Sidem suchych boleściów, widno, ścisło go zrazu! — brzmiała konkluzja ostateczna — a bez ślozow zadławiomci boleści takowe cłeka. jak wilcysko jagniaka. Je jeden ratunek: jak ci zwierzchu bez slipie żale srogie nie spłynom, spuścić je trza we środek i kiej ściekom pomaluśku, dławienie od syrca odstąpi. Trza mu było odrazu wypić do trzech raz; ale to nic jesce: chłop krzepki, to odyndzie potrochu!
    I wybrawszy naczyńko pokaźniejsze, Bartłomiej zakomenderował:
    — Lejże Porankiewicz!
    Porankiewicz nalał. Babiński wypił automatycznie; nalał znowu i Babiński wypił znowu: ale widać boleści nie odchodziły, bo Bartłomiej zaczął nowe oględziny.
    — A cy od wypadku nie mata gdzie spirytusu trocha?
    Babiński skinął głową z potwierdzeniem i gdy spirytus odnaleziono, Bartłomiej wybrał z pomiędzy naczynia szklankę zwyczajną i nalawszy dobrą połowę, podał Babińskiemu.
    Lekarstwo podziałało cudownie. Babiński pił małemi łykami, a gdy wypił, bladość ustąpiła mu z twarzy, usiadł przy stole i zakąski zażądał; podsunięto mu pępki, i gdy wszyscy naocznie przekonali się, że znikają one z należytą szybkością, kamień ciężki spadł nam z serca. Bartłomiej z popisu swego był teraz nie mniej dumny, niż Porankiewicz z wigilji; więc wzruszeni, godność sobie wzajem świadczyć zaczęli, a gdy Babiński, zjadłszy pępków funtów ze dwa, jeść przestał, pierwszą krytyczną chwilę wigilji szczęśliwie przebyto.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    W pustkowiu huczało teraz jak w ulu; mówili wszyscy i choć wszystkim się zdało, że mówią głosem zwykłym, gwar tu był taki, jakby nas było ze dwunastu.
    Błogość pożądana ogarnęła wszystkich i zrobiło się każdemu tak rzewnie na duszy, że i smutki niedawne, i bóle zastarzałe, i rany, które każdy chował przed światem, jak skąpiec nie chowa skrzyni dukatami nabitej, otwarły się, aby przyjąć balsam pocieszenia.
    I widma cierpień wielorakich sunęły przed nami pasmem długiem, nieskończonem, ukazując nam jak w kalejdoskopie wszelaką niedolę człowieczą.
    I ulgę pożądaną otrzymawszy, widząc wokół twarze łzami współczucia zroszone, szedł każdy dobrowolnie z niemocą swoją i wyznawał grzechy swoje; była więc między nami jakby spowiedź publiczna, ze skruchą szczerą uczyniona.
    Bił się w piersi swą ręką potężną Bartłomiej, obwiniając o krewkość zbyteczną; szlochał Porankiewicz, prosząc żałośnie, aby mu wobec przejść ciężkich, które przewyższały słabe siły jego, nałóg dzisiejszy wybaczono: obwiniali się i inni.
    I dopiero, gdy skruchę i żal okazał każdy i absolucja zupełna tym, którzy się potykali na drodze ciernistej, wracała utraconą godność ludzką, — zżókłe i pomarszczone twarze rozjaśniła radość szczera, dziecinna, śmiało podniosły się opuszczone źrenice, byliśmy teraz wszyscy sobie równi. I chwilę drugą, nie mniej krytyczną niż pierwsza, również szczęśliwie przebyto.
    Nastała chwila trzecia.
    Harmonja, która pomiędzy nami zapanowała, błogie uczucie wzajemności, braterstwa i wspólności, dreszczem rozkosznym przenikać nas zaczęły, zwiastując chwilę po żądaną.
    Ów kielich słodyczy, który mamił i łudził nas tyłokrotnie swym czarownym napojem, ów łiaszysz zabójczy, do którego jak ptactwo w noc ciemną do ognia, cisną się ludzie z życiem tutejszem nie obyci, od którego jak od widma śmierci uciekają ludzie w życiu tutejszem doświadczeni, ów kielich stał przed nami niczem już nie okryty. Spadły jedna za drugą zasłony, okrywające truciznę ponętną; należało przystąpić i pić, pić do zupełnego sił wyczerpania...
    Pierwszy zagrał na cudnych strunach wspomnień rodzinnych Bartłomiej stary, roztaczając nam na złocistej kanwie swych pól sandomierskich obrazy pełne siły, prostoty i wdzięku.
    Z rozwianym włosem bielejącym, rozognioną twarzą, wzrokiem natchnionym, jak stary prorok biblijny, ukazał nam najpiękniejsze ziemi rodzinnej niwy i łąki i lasy. Wiódł do siół, pod strzechę wieśniaczą; bolał nad niedolą, pod tą strzechą zagnieżdżoną; prowadził do świątyń, imię Pańskie sławiących.
    I stał się cud pożądany: cel pragnień zatajonych, śniony na jawie nocy bezsennych, ziścił się. Ziemia daleka, powietrze rodzinne, słońce złociste były tu pomiędzy nami, w ciemnym pokoju pustkowia... My widzimy tę ziemię, czujemy ją, dotykamy... tu osadziliśmy ją całą! Tu umailiśmy ją zielenią, tu skrasiliśmy ją kwieciem, tu ozdobimy ją ozdobą najpiękniejszą — sercami, tylko dla tej ziemi bijącemi i trzymać tu będziemy oblubienicę swoją... dopóki ją utrzymać zdołamy wszystkich swych sił wytężeniem... Czyż to nie praca?..
   Praca... ale niech Bóg was od pracy takiej uchowa! Silni ludzie podejmowali ów kamień Syzyfa i dziś tylko kości, bielejące po cmentarzach, garść pijaków, tułających się po „kabakach”, kupka warjatów, dogorywających po szpitalach świadczy, że kamień ów nie do podniesienia, że im wyżej go wtoczysz, nierozumny, z tem większą siłą zdruzgocze on twą głowę szaloną...
-------------------------------------------------------------------------
   Szał ogarnął nas wszystkich; i z krwią nalanemi oczyma, rozdętemi nozdrzami, sercami, wyskakującemi z piersi zbołałych, podjęliśmy pracę nieludzką.
    I biada teraz śmiałkowi, któryby się poważył dotknąć brutalnie złudzenia naszego! Biada nieszczęśliwemu, który nie będzie miał siły i osłabnie przedwcześnie! Przed śmiałkiem, nim się opamięta, błyśnie nóż, ujęty ręką, która nigdy noża nie dotykała. Nieszczęśliwiec zginie, jak giną owe zwierzęta słabsze, co padając w stadzie oszalałem, są przezeń bez litości tratowane.
                                                          *                                           *
                                                                               *
   ...Chór, z sześciu głosów złożony, brzmi echem rozgłośnem w wielkich pokojach pustkowia. Pieśni smutne i radosne idą biegiem naturalnym w tym porządku nieodmiennym, z którym wszystko spełnia się na świecie. Jeden Bartłomiej, bywalec po ziemi krakowskiej, ze swemi krakowiakami za dwóch starczy. Samo „Albośwa to jacy tacy”, mogłoby nasycić najzapaleńszego zwolennika rozkoszy wokalnych, tyleśmy je razy prześpiewali, ale iluż to z pomiędzy nas nie słyszało tej piosenki nie pięć, nie dziesięć, ale dwadzieścia lub i więcej lat nawet! Więc chociaż chrypnie już Bartłomiej, po raz piąty,, ogólnym zapałem pobudzany, zawodzi:
                                             „I kozicek, a stalowy, wyostrzony,
                                             I do pochewki włożony,
                                             I fajecka, i krzesiwko,
                                             Na to dobre przyodziewko,
                                             Kochajze mnie moja dziewko,
                                             Do kolusieniecka
                                             Moia kochanecka !”
    A czy gorsza druga strofka : „I portecki na śnurecku do ściągania” i t. d.? Nietylko nie gorsza, ale ładniejsza, więc powtarza się raz szósty i siódmy nawet. Zapał nieopisany wywołuje każde słowo tej pieśni, wdzięcznej i poetycznej swą prostotą naiwną. „Eech! co za pieśń! oto pieśń!” wyrywają się krótkie pochwały i Bartłomiej, choć zawodzi bez przerwy, patrząc wokół triumfującym wzrokiem, nadąża na każdy wykrzyk taki odpowiedzieć krótko, ale wyraziście:
— Krakoska !..
    Babiński łowi każdą nutę nowej piosenki lub pieśni i wygrywa ją jak pozytywka, powtarzając dyszkantem niezmiernie wysokim dwie sylaby tylko: „dyna, dyna, dyna, dyna” i tak bez końca. On jednak śpiewa z największym zapałem, a silny ogromnie i ogniem wewnętrznym palony, straszny on teraz ze swemi pieśniami bez słów, w które wkłada wszystkie swe bóle i żale, nigdy słowami nie wypowiadane.
    Wyczerpano i wyśpiewano nareszcie wszelkie pieśni przez nas znane; więcej nic nikt nie pamięta; ale szał, który nas ogarnął, doszedł teraz zenitu, musi więc być pieśń nowa, pieśń, której słowa i motywy, dając ujście niepomiernie wezbranemu uczuciu, odpowiadałyby ogólnemu nastrojowi.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    W pieśniach największych naszego narodu, smutnych i radosnych, bolejących i weselnych, ale wspaniałych i wielkich głębią i spokojem uczucia, znajdujemy ujście pożądane — w pieśniach religijnych. Ubodzy to ludzie, którzy w pieśniach tych nic nie słyszą, nic nie czują. Pieśni wielkopostne, wielkanocne i Bożego Narodzenia — to największy spadek artystyczny, jaki nam przeszłość przekazała. Jedyna to sfera naszej twórczości artystycznej, na którą nie oddzielne warstwy, nie oddzielne epoki, ale składał się naród cały, w ciągu wszystkicti wieków swego istnienia, wkładając weń całą duszę swoją, wszystkie swe radości i bóle ziemskie.
    I mamy też skarbnicę melodyj głębokich, jak dusza narodu, której nigdy uczucia miałkie i drobne nie poruszą, wielkich, jak wielkiem jest na ziemi istnienie, wiekami zmroczone.
    Rzuć w tę głębię, ile chcesz smutków najczarniejszych, radości nieokiełznanych, nie zmącisz jej i z wierzchu nawet; na pioruny niebieskie odpowiada ona głuchem swych wód warczeniem, jednym taktem, zmienionem tempem zaznaczając je zaledwie!
    Ze skarbnicy tej dotąd nie ocenionej należycie, zaczerpną kiedyś wielcy mistrze przyszłości, jak dziś czerpią z niej ludzie prawdziwie bolejący.
                                                          *                                           *
                                                                               *
    Któż nie zna powszechnej u nas pieśni religijnej: „Gwiazdo morza”? Pieśń ta jednak w niewielu, zdaje się, kościołach jest śpiewana na nutę, na którą tu ją śpiewaliśmy. Zanucona bez słów, dziwnie przypadła nam do serca; śpiewaliśmy ją tedy do końca. I słowa i melodja odpowiadały uczuciom naszym. Proste słowa pieśni były jakby dla nas napisane; swojski motyw nuty uroczystej i wzniosłej, koił piersi, tak srodze przez nas samych poranione. Bartłomiej pierwszy upadł na kolana, za nim poszli inni i popłynęła z ust naszych modlitwa szczera i gorąca, a gdy doszliśmy do słów: ,,Odwróć od nas głód, mór ciężki, zachowaj krwawej wojny”, modliliśmy się z takiem przejęciem, że słysząc, nie słyszeliśmy i widząc, nie widzieliśmy, jak się podniósł Bartłomiej płaczący:
    — Oj, nie usłysy Ociec litościwy takiej modlitwy wielgiej z tej jaskini zapowietrzonej ! Do Pana przestworzów niebieskich na przestworzu pomodlić się trzeba! — zawołał i jak stał, wyszedł z pokoju.
    Ale siły nasze już prawie wyczerpane, już nawet Babiński przestaje czasami śpiewać i tylko usta otwarte i ręka takt wybijająca wskazują, że w duszy swej śpiewa on jeszcze, gdy za drzwiami rozlega się głos potężny, elektryzujący nas znowu:
    „Bóg się rodzi, moc truchleje!”
    To Bartłomiej, przyprowadzony przez Eudoksję z „przestworzów”, wśród których zmarzłby niechybnie, kolęduje swym basem potężnym.
    Nowe źródło, jeszcze dziś nietknięte, wytryska przed nami! A myśmy o niem zapomnieli?! Więc choć usta zaledwie poruszać się mogą, pijemy chciwie z nowej krynicy i chór zgodny z nową siłą zawodzi pieśń nową. Radosna pieśń Narodzenia Pańskiego unosi nas znowuż daleko, daleko za jakucką ziemię, nowym ogniem, ogniem wiary, ufności i nadziei serca nasze rozpalając.
    I modliliśmy się długo i gorąco; nawet Eudoksja, modlitwą naszą pociągnięta, weszła ku nam, ze świętym obrazkiem, biła przed nim pokłony i powtarzała błagalnie: „Tangara! Aj, Tangara! Aj, Nangara, uruj” 7).
    Petersburg, w grudniu r. 1887.
-------------------------------------------------------------------------------
    1) Sorokowiki — mrozy 40-stopniowe.
    2) Ospa jest tu chorobą nierównie straszniejszą, aniżeli najstraszniejsze cholery azjatyckie u nas. W czasie epidemji ospy wymierają doszczętnie całe liczne, bo po kilkaset głów mające rody. Ospa więc wzbudza w mieszkańcu tutejszym przestrach nieopisany i domy szpitalne po chorych na ospę z zabitemi drzwiami i oknami stoją zwykle niezajęte. Ponieważ zaś w domach tych chorzy, właściwie rzeczy biorąc, nie leczą się, lecz umierają, więc przestrach, który wzbudzają, jest uzasadniony.
    3) „Kabyś abasa” — idź precz szatanie. W języku jakuckim akcent pada zawsze na ostatnią sylabę.
    4) I sprawa skończona.
    5) Pępki od russkiego pupki, są to brzuszki solone z wielkich i tłustych ryb, poławianych w Lenie; jedzą się jak śledzie.
    6) Oładie, coś w rodzaju naszych racuszków, tylko z przaśnejfo ciasta.
    7) Boże, wielki Boże, zmiłuj się!


    /Adam Szymański. Szkice. Moskwa. 1916. S. 66-87./


                                                                        ŁZY
                                                                                             Polały się łzy me czyste, rzęsiste,
                                                                                             Na me dzieciństwo sielskie, anielskie,
                                                                                             Na moją młodość górną i chmurną,
                                                                                             Na mój wiek męski, wiek klęski.
                                                                                                                              Mickiewicz.
    Pokażcie mi bóle lub radości wasze, mówi mądrość wszystkich narodów — a pokażecie mi dusze swoje.
    I mądrość powszechna, jak każde zbyt szerokie uogólnienie zjawisk zanadto złożonych — i myli się i jednocześnie jest wielce prawdziwą.
    Te bóle i te radości, z których można poznać nietylko głąb duszy, ale choćby wielkość cierpienia — są zwykle nie do okazania. Jakże jednak często zato, gdy się je udaje zobaczyć, ich wymowa jest przerażającą — wymowa bez słów jakichkolwiek!
    Nawet nieme zwierzęta, jak owe kamienie biblijne, mówią wtedy...
                                                                        *
                                                          *                               *
    Nie znam w naszej literaturze słów, któreby krócej i piękniej niż cztero wiersz wyżej wypisany, ból, przenikający nieraz serce i najsilniejszego człowieka, wyrażały. Jest bowiem w tych słowach rzewnych, prostych i dźwięcznych ta szczególuiejsza siła męska, którą kiedyś jedynie mężowie greccy, nie wstydzący się łez swoich, posiadali. — Jest siła przekonania o czystości swych uczuć, jest męskość, nie wstydząca się uczuć głębszych, jest wiara, że nasz ból odnajdzie w sercach ludzkich nie szyderstwo bezduszne, ale oddźwięk szlachetny.
    To też, jeżeli nie zawsze, to często, gdy mi płakać wypadało, przypominałem sobie słowa poety.
    I jeżeli same łzy są ulgą w cierpieniu, są jak gdyby klapą bezpieczeństwa, ochraniającą organizm od ciężkiej katastrofy, prześliczny czterowiersz był mi często tym balsamem cudownym, który chłonąłem w siebie. — On mi nieraz koił pierś poranioną; on uspakajał, godził z nędzą istnienia!..
    Jednakże?..
    Jednakże bywały wypadki, gdy balsam poezji nie miał swej siły kojącej, a powtórzony nieopatrznie, byłby chyba, jak wszelakie słowo ludzkie, urąganiem z cierpienia...
                                                                        *
                                                          *                               *
    W jeden z pięknych dni letnich obaj z moim synem małym wyszliśmy na przechadzkę, aby, jak zwykle, obejść część wyspy, na której mieszkaliśmy i na której latem jedynie tylko w pewnej jej części przechadzka podobna była możliwą.
    Wyspa bowiem owa, otoczona wokół wielkiemi wodami Leny i Kirengi, wskutek wiatrów silnych, stale tu panujących, była w miejscach na prądy powietrzne szczególniej wystawionych, dość wolną od plagi, zatruwającej człowiekowi wszędzie nad Leną chwile lata krótkiego. Taką plagą są tu mirjady komarów i mszyc, im drobniejszych, tern straszniejszych, mirjady, które poza wodami, okalającemi wyspę, na lądzie tajgą bezbrzeżną okrytym, a nawet i na wyspie samej poza prądami zbawczych wiatrów, nie pozwalały kroku jednego uczynić.
    Zaopatrzeni więc w gałęzie brzeziny, bez których nigdy się tu na najkrótszy spacer nie wychodzi, szliśmy obaj wesoło, rozkoszując się rzadką pięknością dnia ślicznego. Szliśmy samym brzegiem, aż do miejsca, w którem ponura i dzika Kirenga wlewa swe majestatyczne i zimne wody w nie mniej zimną, ale bardziej majestatyczną Lenę.
    Obraz połączenia dwóch rzek wielkich, pełiiowodnych, na ponurem tle wysokich, skalistych brzegów, okrytych tajgą odwieczną, w blaskach dnia słonecznego, jest tak pięknym, że siedziećby tam i napawać się widokiem można było zawsze. Bóg wie jak długo, ale wiatr już tu słabł znacznie, lasy były zbyt bliskie i roje komarów stawały się coraz gęstsze.
                                                                        *
                                                          *                               *
    Napróżno jednak już kilkakrotnie wzywałem mego małego towarzysza do powrotu. Po długiej zimie tutejszej króciutkie lato jest dla dzieci takim rajem, o którym u nas chyba tylko dzieci największych nędzarzy, zmuszonych z braku wszelkiej odzieży przesiadywać całą zimę w zamknięciu, mogą mieć jakie takie pojęcie. Jakie takie tylko, gdyż i nasza zima łagodna, choć przelotnie, choć na krótko, nawet bosonogiego dzieciaka na świat Boży wypuszcza, a przyroda cała nie zamiera tak głęboko, śnieg nie okrywa wszystkiego tak starannie swym całunem śmiertelnym.
    To też radość dzieci z lata krótkiego jest tutaj nieopisaną. Dziwy przyrody są dla nich tak wielkie i tak nieznane! Każde źdźbło trawy, każdy kwiatuszek — tak piękne, tak cudowne! Nawet widok wód płynących jest dla nich niezwykłym, a kamyki, obficie przez potężne wody na brzegi wyrzucane, lśnią w źrenicach, rozbiegających się wśród tych skarbów zaczarowanych, bajecznych...
    I mój więc syn mały nietylko nie mógł być wyjątkiem, ale przeciwnie, słysząc w czasie długiej, nieskończonej zimy, ciągłe opowiadania o przyrodzie tej ziemi ojczystej, której mu widzieć los dotąd nie pozwolił, rwał się do cudów nieznanych z tem większą ciekawością, spotykał je z tem większym zachwytem. Próżnemi więc były wszystkie moje nawoływania.
    Już wszystkie, jakie tylko posiadał, kieszenie wypełnione były „prześlicznemi” kamykami, gałąź brzozowa była dawno porzucona, a obie rączyny z trudnością obejmowały pęki traw i kwiatów „coraz śliczniejszych”. A kamienisty brzeg lśnił coraz cudowniejszemi barwami, a puszysty zielony kobierzec, rozpostarty tuż za kamienistą ławą, nęcił coraz większemi dziwami. — Więc chłopczyna biegał, jak motyl, to rozgrzebując misternie poszlifowane kamyki, to tonąc wśród bujnej zieleni dziwnej roślinności tutejszej — bujnej i barwnej, bujniejszej i barwniejszej, niż u nas, ale zupełnie pozbawionej tych przedziwnych zapachów, które, działając już nie na zmysł widzenia, zda się, głębiej przenikają w istność naszą — ni to żywa dusza natury — łączą się i zlewają w naszą duszę.
    A roślinność dalekiej Syberji, nie wiem, czyto wskutek wielkiego kontrastu, gdy po długiej zimie oko, zmęczone oślepiającą białością śniegu, z rozkoszą spoczywa na barwach odmiennych, czyto wskutek niezwykłe szybkiego wzrostu, posiada jakąś szczególniejszą, nieopisaną świeżość barw, z którą tylko najwcześniejsze, wiosenne barwy naszej roślinności mogą iść o lepsze.
    Można więc sobie wyobrazić, jak pysznym jest tu widok niezmierzonych kobierców przeczystej, niepokalanej zieleni, gdy ją jeszcze barwy kwieciste ozdobią. Są to cuda prawdziwe.
    Ale są to cuda zimne, bezduszne. I są one dziwnie do ludzi tutejszych podobne ; ludzi silnych, wytrzymałych, przedsiębiorczych, rozumnych — ale zimnych, surowych, jakby pozbawionych najistotniejszej cechy człowieczeństwa - łagodnej, głębokiej duszy ludzkiej.
                                                                        *
                                                          *                               *
    Cóż więc dziwnego, że zmęczony ciągłem opędzaniem siebie i malca swego od coraz natrętniejszej, coraz dokuczliwsze] plagi powietrznej, w miarę gęstnienia rojów nieuchwytnych, coraz gwałtowniej spadać zacząłem z wyżyn obserwacji piękna, przelotnie ujrzanego, w sferę rzeczywistości męczącej. Pomimo wszystkich mych wysiłków wielkie bąble na twarzyczce wesołej, radosnej, na rękach, ciągle zajętych i szyi dziecka, zlewały się już w jedną całość, na którą patrzeć i obcemu byłoby przykro, a cóż dopiero ojcu. — Im więc bardziej rozbawiało się dziecko, tem bardziej smutniałem, tem cięższe myśli opanowywać mnie zaczęły. Czy ujrzy on kiedy ziemię inną, czy też pozostanie na zawsze na tej ziemi surowej i może zaginie w niej na wieki, starty, zdeptany przez tę przyrodę okrutną, przez tych ludzi bezdusznych? Czy nie upodobni się wreszcie do swego środowiska strasznego?...
    I choć krzepiłem się, jak mogłem i umiałem, coraz słabszą stawała się moja wola. I wtedy, gdy zachwyt i radość dziecka doszły do szczytu i otoczone rojami komarów, opróżniając na nowo wszystkie swoje kieszenie, aby po długiem przebieraniu włożyć na miejsce „brzydszych” nowe „ładniejsze” kamyki, nie czuło i nie widziało ono obsiadających je rojów, ja, coraz usilniej pracując nad spędzaniem zeń chmary krwiożerczej, poczułem wreszcie ból ostry, dotkliwy i po twarzy popłynęły mi łzy gorące...
                                                                        *
                                                          *                               *
    Gdy jednak po chwili, nie dawszy zapewne zwykłej, natychmiastowej odpowiedzi na ciągle szczebiotania, poczułem na sobie badawcze, zaniepokojone spojrzenie swego wrażliwego towarzysza, już mogłem ukryć stan, w którym tylko co się znajdowałem. Łzy były ostre, gałąź pracowała ze zdwojoną energją, a wewnątrz chłonąłem w siebie przedziwny balsam przyrody.
    I chociaż wszystko to bardzo krótko trwało, przerwało jednak moje nawoływania do powrotu i zanim, zajęty swym stanem, zdążyłem całkowicie wrócić na ziemię i powtórzyć znowu swe wezwanie, dziecko, zaciekawione czemś nowem, czego ja jeszcze dostrzec nie mogłem, popędziło brzegiem dalej i na teraz dalej, niż zwykle.
    Nie bez uczucia głębszego wewnętrznego zadowolenia, żem nie zatruł swemu malutkiemu towarzyszowi wesela tak szczerego, skierowałem się za nim i wkrótce obaj staliśmy nad zjawiskiem, jakiego ani przedtem, ani potem już nigdy w życiu nie widziałem.
                                                                        *
                                                          *                               *
    Na kamienistym brzegu Kirengi leżał koń, widocznie przywieziony tu i wyrzucony, koń znajdujący się w stanie tak okropnym, że jego właściciel nieludzki uznał oczywiście za wygodniejsze przywieźć go i porzucić na brzegu, niż zabijać i zdejmować zeń skórę, nie przedstawiającą żadnej wartości.
    Koń był stary i zbiedzony ponad wszelakie pojęcie.
    Prawą tylną nogę miał złamaną, a całe ciało było okryte jakby jedną nieprzerwaną raną. Zupełnie starta, świeciła nietylko „żywem” mięsem, ale i kośćmi białemi; takież rany okrywały grzbiet i boki nieszczęśliwego zwierzęcia. Wszystko to zaś razem wzięte — i rany i ocalałe gdzie niegdzie cząstki zdrowsze, ujrzeliśmy nie odrazu, ale po spędzeniu całej szarej powłoki komarów, które ni to jedną ruchomą zasłoną okrywały leżącego — żywcem zjadając stworzenie bezbronne.
    Tylna część ciała ze złamaną nogą leżała, ale przód, wsparty na kolanach nóg dwojga, dźwigał się jeszcze ku górze i głowa konia z wyciągniętą szyją nieruchomo sterczała nad tem ciałem, jeszcze widać czującem.
    W pierwszej chwili, zanim nie spędziliśmy zeń rojów mszyc i komarów, nie mogłem zrozumieć, dlaczego ten wielki nędzarz, zda się zupełnie wyczerpany, resztkami swych sił, a właściwie tym wysiłkiem końskim, o którym my, ludzie, nie mamy pojęcia, dźwiga nad sobą swą głowę zbiedzoną?
    Charakterystyczne, nieprzyjemne, żałosne kwilenie, idące z jasnych przestrzeni podniebnych, rozwiązało zagadkę.
    Wysoko, wysoko ponad nami olbrzymie sępy zataczały swe kręgi wspaniałe. Nieszczęśliwe stworzenie resztką sił chroniło się od oczekującej je przed śmiercią jeszcze jednej najstraszniejszej tortury: rozszarpania za życia dziobami i pazurami potworów powietrznych.
    Ale dopiero, ochłonąwszy trochę, po spędzeniu zeń ostatnich rojów, ujrzeliśmy i pojęli głębię, znajdującego się przed nami cierpienia.
    I już gotowi byliśmy zapłakać nad tem cierpieniem okrutnem, gdy ujrzeliśmy jeszcze i to, wobec czego nietylko słowa jakiekolwiek, ale nawet nasz płacz ludzki, byłby urągowiskiem nad tą niedolą bez miary.
    ...Po kościstej, długiej, jakby drewnianej twarzy konia powoli, powoli... toczyły się... jasne, perliste... wielkie... łzy...
    ...Koń płakał...
    Kraków, w marcu r. 1906.
    /Adam Szymański. Szkice. Moskwa. 1916. S. 345-351./


                                                                МАЦЕЙ  МАЗУР
                                             Из сибирских рассказов Адама Шиманьского.
    После выезда из Якутска я поселился в X., скверном городишке, лежащим над самою Леной, менее широкою и холодною в этих местах, зато более дикою и угрюмою. Селения здесь редкие, гористая страна на сотни, на тысячи верст кругом покрыта вековою тайгой.
    Едва ли на всем свете можно найти видь более мрачный и унылый, чем тот, который представляется взгляду человека на всем огромном пространстве, орошаемом Леной.
    Тайга безбрежная, дикая и недоступная, слившаяся в одну массу, покрывает здесь все: и горы, и ущелья, и равнины. Только кое-где на ее черном фоне выделяется, как гигантский обелиск или надгробный памятник былых времен, серая, осыпающаяся скала; от времени до времени над пустыней взлетит па своих тяжелых крыльях коршун, да в ее таинственных недрах раздастся голос единственного господина этих мест — сердитого медведя.
    Редкие селения ютятся у подножия скалистых берегов Лены, единственной артерии, единственного пути всего Якутского края. Обитатели этих селений в постоянном общении с дикою природой и сами одичали до такой степени, что у жителей широких долин, лежащих в верховьях Лены, слывут под именем волков.
    Климат здесь суровый, и хотя морозы не бывают таки, сильны и постоянны, как в Якутске, — здешняя земля, как ближайшая соседка Якутской земли, ничем не защищена от страшных якутских ветров, доносящихся до подножий далекого Урала.
    При устье одного из правых притоков Лены находится большая котловина, когда-то вырытая совместным действием двух могучих рек. Котловина эта, окруженная со всех сторон довольно высокими горами, то отлогими, то почти отвесными, на северо-востоке замыкается еще более высоким я скалистым горным кряжем, в котором обе реки прорыли себе ложе. В этом-то северо-восточном углу котловины, на небольшой и невысокой скале, ныне отделенной от главного кряжа течением Лены, лежит X., главный город края, населенный людьми волчьего племени. Высокий горный кряж — противоположный берег Лены—прямо напротив города возвышается в виде огромного, скалистого мыса. Вершины его уже выветрились и поросли лесом, а сторона, обращенная к городу, напоминает отвесную стену, гладко отшлифованную льдинами, и стесняет и без того не широкий вид, расстилающийся перед жителями X. Как бы для довершения картины, здешние постоянные ветры, — преимущественно северные, приносящее летом ранние заморозки, зимой — вьюги, метели и якутские морозы, — каждый день оглашают улицы города адскою музыкой. Вихри, врывающееся в котловину, отраженные от скал и повторяемые в глубинах тайги эхом, наполняют всю яму таким воем, таким разноголосым стоном, что по временами человек поневоле спрашивает себя: уж не попал ли он действительно в волчье логовище?
                                                                      --------   
    То было в половине ноября, почти за месяц до праздника Рождества Христова. Ветер, по обыкновению, выл на разные голоса, увлекал в своей бешеной пляске целые сугробы сухого снега, на улицу добрый хозяин и собаки бы не выгнал. Люди-волки попрятались в свои дома и распивали чай с твердыми и мягкими *); настоящие волки вторили поистине волчьему вою ветра. Я долго ждал, не стихнет ли вьюга, но на дворе не стихало, и я волей-неволей должен был выйти из дому.
    Несколько дней тому назад я обещал пану Станиславу Святелке зайти к нему в течение недели, чтобы написать письмо, — по словам папа Станислава, — очень важное; была уже суббота, и дальше своего посещения я уже откладывать не мог. Хромая нога и занятия редко позволяли пану Станиславу отлучаться из дому. Родом он был из Краковской земли, кажется, из Вислицы, гордился тем, что род Святелок принадлежал к самым старым родам древнего города и с незапамятных времен занимался сапожным ремеслом. И пан Станислав был сапожником, последним сапожником в своем роде. Хотя род Святелок и не кончался им, но, как Станислав сам говорил, «верно уж так Богу было угодно», что он не может завещать своему сыну ремесла отцов и дедов.
    — Бог его сохранил и, очевидно, хотел, чтобы мною кончились сапожники-Святелки, — говорил пан Станислав, а говорил он всегда необыкновенно быстро. По временам (впрочем, это случалось редко), придя в спокойное состояние духа, он прибавлял: «хотя судьбы Божие неисповедимы... а ну, как?... Тогда внук будет сапожником!» Пан Станислав, открывши свои тайные мысли, бледнел, неспокойно повертывался на месте, точно искал чего-то, незаметно отвертывался, сплевывал на сторону и шептал: «в добрый час молвить!» — чтобы не сглазить заветную надежду.
    Пока пан Станислав, человек среднего роста, блондин, на половину поседевший, бородатый, беззубый, с толстым носом и впалыми глазами, сидел и молчал, трудно было догадаться, кто он таков. Но раз он встанет с места (а пан Станислав, несмотря на помощь неразлучной с ним трости, постоянно двигался как-то порывисто), раз затрещит своим языком, то сразу догадаешься, что видишь перед собой настоящего сына старого, чистопольского мещанства. Пан Станислав не долго занимался в X. своим ремеслом; сколотив немного деньжонок, он открыл маленькую лавочку и теперь во всем городке считался единственным фабрикантом настоящих польских колбас. При лавочке находилась и квартира его — маленькая комната и крохотная кухня. Кухарки он не держал: его поваром, товарищем и, в случае нужды, защитником был здоровый мужик, Мацей по имени, с которым я до сих пор не был хорошо знаком.
    Бывал я у Святелки не часто, за покупками приходил обыкновенно днем, разговаривали мы обыкновенно в лавке, так что Мацея я видал только мельком и обратил, на него внимание, как на нечто необыкновенно громадное. Действительно, то был громадный мужичище и, — что редко встречается, — одаренный природою не только ростом, но и необычайною массивностью. Эта массивность в соответствие с большим ростом придавала Мацею какой-то особенно внушительный вид.
    В жилище, рассчитанном на обыкновенных людей ему было тесно; мебель и разные вещи, расставленные в расчете на обыкновенный объем человеческого тела, положительно связывали движения Мацея. В комнате он не мог сделать двух шагов, чтобы не зацепить за что-нибудь, ступал осторожно, медленно, постоянно осматриваясь по сторонам, с пристыженною миной человека, чувствующего себя не на месте и твердо убежденного, что самые страшные усилия не избавят его от неизбежной необходимости испортить что-нибудь. Раза два я видел Мацея, когда он, в отсутствие Святелки, заступал роль хозяина в тесной лавочке. Тогда на широком лице Мацея отражалось чуть ли не отчаяние, в особенности, когда, проходя узким пространством между полками и конторкой, он на минуту останавливался и беспокойным взором окидывал грозящие ему опасности. А опасностей ему было не мало: на полках стояло множество склянок и тарелок и одно неловкое движете могло наделать много вреда. Этот проход был для него истою Сциллой и Харибдой; Мацей всегда казался здесь необыкновенно комичным и всегда приходил в такое смущение, что через несколько минуть лоб его покрывался крупными каплями пота. Однажды я застал его в таком положении, когда он стоял на своем месте, словно на горячих угольях, ожидая чьего-нибудь прихода. Ему показалось, что он зацепился за что-то, что-то столкнул на пол своею широкою спиной, а обернуться назад он боялся и ожидал, не подойдет ли кто-нибудь.
    — Слава Богу, что вы пришли! — радостно воскликнуть он. — Стою я здесь, как пугало на огороде, а он пошел и не думает возвращаться! А и тесно же у него, Господи Ты Боже мой! Зацепился я за что-то и ни взад, ни вперед, — сохрани Боже, все эти полочки к черту на рога полетят.
    Я его высвободил из неволи, и Мацей продолжал изливать свои горести:
    — Наказал Бог, сгибаешься в этой тесноте в три погибели, а ему что?.. Сам он то то заденет, то другое, — так и летает повсюду с своим костылем.
    «Он», конечно, был сапожник, который грызся с Мацеем из-за всякого вздора, хотя их грызня никогда не доходила до крупной ссоры. Нервный и порывистый, сапожник возмущался, тяжеловесностью и неловкостью Мацея; а Мацей, наоборот, не мог понять подвижности сапожника. Но это было не единственною причиной их антагонизма: сапожник был горожанином, человеком известной касты, с глубоким убеждением в своем превосходстве, ходил в сюртуке и имел потребности, которые Мацей считал излишними, пожалуй, даже панскими. В добавок, сапожник был хозяином, кормильцем Мацея.
    Несмотря на все это, антагонизм, проявляющийся в их взаимных отношениях, не проникал глубже. Сапожник ворчал на Мацея, острил на его счет, но делал это по-товарищески, так сказать, с сохранением надлежащего уважения к почтенному крестьянину, т.-е. называл его всегда не ты, а вы. Мацей от ворчанья сапожника отмалчивался, но на остроты отвечал порою довольно колко. На такие, собственно говоря, сносные отношения двух не похожих друг на друга обитателей одной комнаты, несмотря на их общую участь и равенство перед законом, влияли еще и другие, более важные причины. Сапожник, в сравнении с Мацеем, был человеком образованным. Пан Станислав умел читать и (что придавало ему особенное значение и вес в глазах Мацея), хотя медленно и криво, выцарапывать восемнадцать букв, из которых складывались его имя и фамилия. На счет Мацея можно было поставить то обстоятельство, что служить его у сапожника заставляла не столько нужда, сколько приязнь к соотечественнику. У Мацея у самого были деньжонки, несколько сот рублей (они хранились у сапожника); кроме того, — и это самое главное, — Мацей был честным и хорошим человеком. Еще не знакомый с положением дел, я однажды спросил у сапожника, как он не боится жить с Мацеем в одной комнате и оставлять его в лавке. Пан Станислав повторил мой вопрос с таким удивлением, что я сразу понял неосновательность моего предположения, повторил и, вопреки своему обычаю, отчеканивая каждое слово, медленно произнес: — Мацей человек золотой.
                                                                      --------   
    Тотчас же после моего прихода пан Станислав запер лавку, и мы вошли в его помещение. В комнатке возле единственного окна помещался небольшой стол с двумя стульями по бокам; за одним из них, вдоль боковой стены стояла кровать, за другим, у противоположной стены, маленький деревянный диванчик. Прорубленная в четвертой стене узкая дверь вела в кухню — жилище Мацея. Мы составили совет, что и как нужно писать; не только сапожник, но даже и Мацей были настроены на очень высокий лад, — очевидно, они оба придавали писанью писем немаловажное значение. Сапожник достал из сундука толстую пачку, завернутую в лист бумаги, вынул оттуда последние письма, полученные им от жены и сына, и осторожно подал мне. Мацей протиснулся в дверь кухни, но через минуту его голова с широким красным лицом снова показалась на темном фоне, неосвещенной кухни.
    — Отчего вы, Мацей, так далеко ушли от нас? — спросил я.
    — Э! да разве на этих штучках можно сидеть?.. А я вот себе устроил скамейку как следует.
    Сапожник пробормотал что-то о поломанных стульях, но Мацей, весь ушедший в закуриванье своей будто бы погасшей трубки, не слыхал или сделал вид, что не слышит ворчанья хозяина.
    Я начал читать письма. В письме жены жалобы на житейские невзгоды перемешивались с выражением надежды когда-нибудь вновь свидеться с мужем. Письмо сына (он уже с полгода как освободился от обязанностей подмастерья столяра) было довольно легкомысленно: уведомляя отца о своем освобождении, молодой человек пишет, что работа у него бывает не всегда, так что он, не имея возможности собрать сумму, потребную для покупки часов, просит отца прислать ему... ну, приблизительно рублей 40. Я прочел письмо и посмотрел на сапожника, который впился в меня глазами и следил за впечатлением, которое произведут на меня прочитанные мною письма. Я старался быть как возможно более хладнокровным. Удалось ли мне это, и в какой степени, я не знаю, — я больше уже не смотрел на пана Станислава, — но через минуту убедился, что усилия мои были тщетны. Я услышал тревожный вопрос: «Ну, что вы скажете?» Несомненно, пан Станислав был огорчен письмом сына более, чем я мог предполагать.
    — Я тут стараюсь, бьюсь как рыба об лед, чтобы в случае, если придется возвратиться на родину, не ходить с рукою на старости лет, а этот дуралей...
    Мы начали толковать и, в конце концов, решили, что особенно принимать это к сердцу не следует, что мальчик сам по себе, может быть, очень хороший, да, наверное, и действительно таков, а, вероятно, избалован немного.
    — Да, ведь, он единственный сын своей матери... я его и в глаза не видал.
    — Как не видали?
    — Да так, никогда... Как сейчас помню, в пятницу это было, вечером... Я что-то делал около дома, как сосед Квятковский крикнул мне через забор: «Берегись, пан Станислав, за тобой идут!» Я только что успел подбежать к окну и крикнуть: «Будь счастлива, Бася, и помни, что и его нужно окрестить Станиславом!» — только и сказал... Бася была уже на восьмом месяце, — что дальше было, не знаю; хорошо, что хоть и это довелось сказать; все какая-нибудь память по мне останется.
    — Слава Богу, что осталась, а если б это был бы не сын... — Мацей не успел кончить, как сапожник обрушился на него с суровою речью:
    — Глупости вы болтаете, Мацей, хотя и не из здешних родом! А разве церковь не даст имени святой Станиславы? А разве, наконец, несмотря на все мои прегрешения, я не мог предполагать, что слово, сказанное в такую минуту, что-нибудь да значило перед Престолом Всевышнего? Разве не все в руце Божией? — Мацей опустил глаза и глубоко вздохнул. Очевидно, слова пана Станислава оказали свое действие.
    Подробности, сообщенные паном Станиславом, значительно облегчили нашу задачу; а когда он припомнил, что мать никогда еще не жаловалась на сына, всегда была им довольна, нам удалось успокоить отца, чересчур взволнованного предположениями о будущности единственного чада. Чтобы окончательно уяснить дело мы остановились на том, что нужно написать к кому-нибудь из солидных и просвещенных людей, который бы проэкзаменовал мальчика, как следует, не упускал его из вида и уведомил бы отца о результатах экзамена. Остановились мы на этом потому, что мать, как женщина простая, необразованная, несомненно ослепленная своим детищем, будет чересчур снисходительным и близоруким судьей. Оставалось только выбрать какого-нибудь подходящего человека, а это было не очень-то легко: тот умер, тот разбогател, тот спился с-кругу. Мы долго рассуждали, и Бог знает, чем бы кончились наши рассуждения, если б пан Станислав не выпалил сразу с миной человека, уверенного, что он изрекает истину:
    Напишем к ксёндзу! Мацей, обрадованный окончанием длинных и скучных рассуждений, а, может быть, из желания оправдаться от взведенного на него недавно обвинения в глупости, поспешно воскликнул:
    — И самое лучшее, — к пробощу **).
    Я тоже присоединился ко мнению Мацея. Положим, пробощь не был лично знаком с паном Святелкой, но опытный сапожник, подкрепленный Мацеем («ведь, в пробощи не назначут кого-нибудь с борку, да из-под сосенки!»), сразу устранил, все затруднения. Решено было, что пан Станислав закажет торжественную заупокойную обедню по своим родителям и, посылая десять рублей, при этом случае поручить своего сына вниманию его высокоблагословения.
    Я начал писать письма: к жене, к сыну и ксендзу. За время моего пребывания в Сибири я написал столько подобных писем, что приобрел большой навык. Останавливаясь только на некоторых наставлениях, я писал скоро. Сапожник пересел с кровати, на которой сидел до тех пор, на стуле возле столика и внимательно следил за движением моего пера; Мацей молча попыхивал своею трубкой. Я кончил письмо и мы приступили к чтению.
    Жене пан Станислав посылал пятьдесят рублей, а так как о дорогой Басе он сохранил самое теплое воспоминание, любил ее, может быть, искреннее, чем 20 лет тому назад, и даже теперь не мог говорить о ней без глубокого душевного волнения, то и письмо соответствовало юношеским чувствам сапожника.
    Когда я читал письмо, пан Станислав все более и более бледнел, хотел сказать что-то, но слова останавливались в его горле, губы дрожали. Он встал с места, порывисто прошелся по комнате, несколько раз утер нос и, наконец, проговорил: «Сейчас подпишу». Я указал ему место; сапожник надел очки и начал:
    — С... т...— Он уже собирался было выговорить третью букву, как неосторожный Мацей (который вел себя превосходно во время моей письменной работы) вдруг ни с того ни с сего воскликнул:
    — Да вы бы...
    Он не окончить своей фразы. Сапожник положил перо, высоко поднял голову, чтоб через очки взглянуть на Мацея, вероятно, раскаивающегося в своем неосторожном поступке, и сухо проговорил:
    — Мацей, вы мне мешаете.
    Мацей покраснел и, конечно, не пикнул в ответ; сапожник дописал свое имя без всяких затруднений, вынул ассигнацию и вместе с письмом вложил в заранее заготовленный конверт.
    Письмо к сыну, несмотря на то, что во время наших совещаний пан Станислав грозился надрать уши «дуралею», было не так сурово, как я мог предполагать. Легко можно было догадаться, чем был этот сын, эта единственная надежда старомещанского рода для Святелки. Если калека-сапожник столько лет работал не покладая рук, терпел нужду и горе, если, одинокий и покинутый, победоносно вышел из омута соблазна дешевого обогащения, которыми Сибирь обольщает всех наивных новичков, — то помимо твердых испытаний, вынесенных из родного края, он, несомненно, во многом был обязан своему сыну. Было ясно, что бедняк желал предстать перед своим сыном как аскет перед судом Божьим. Мысль, что когда-нибудь он будет иметь возможность сказать, сказать громко и смело: я не принес тебе ничего, кроме имени, оставшегося чистым после всех испытаний и соблазнов, — была его путеводною звездой. Соображая все это, я не надирал уши «дуралею», не громил его, но с любовью объяснял, что значат деньги, который отец посылает своей семье, — деньги, заработанный потом и кровью, может быть, результат тяжелых и долговременных лишений. Я говорил, чем должен быть юноша, обладающий здоровыми руками, почему требование денег на разные пустяки так тяжело отозвалось на сердце его отца и т. д. Писал я пространно спокойно, применяясь к понятиям молодого ремесленника, и в конце благословлял его на новую жизненную дорогу.
    При чтении, мне приходилось часто останавливаться, чтобы узнать, верно ли я передал чувства и намерения отца. Что это было так, я убедился при начале чтения и с каждою новою строкой все более убеждался. Пан Станислав, когда я вопросительно смотрел на него, отвечал торопливо: «да, да, мне именно это и хотелось сказать», но, по мере моего чтения, эти «да, да» становились все глуше и отрывистее. В середине письма он раскрыл было рот, но губы его не издали никакого звука. Я взглянул еще раз: сапожник припал подбородком к столу, а по его бледному лицу ручьем струились слезы. Он не метался уже из стороны в сторону, как это бывало с ним в минуты его душевных волнений, не кашлял, не отирал лица платком; он только оперся подбородком о стол, около самой свечи, и, залитый ее светом, плакал перед нами спокойно, не вздрагивал, не рыдал, только слезы, вероятно, давно не знакомый этим впалым глазам, текли, не переставая, по его старческим щекам. Когда я замолк, сапожник, не поднимая головы и смотря на меня своими большими, разумными глазами, проговорил: «да вознаградить вас Бог!» Мацей (он и раньше высказывал мне свое одобрение то отрывочными словами, то каким-то неопределенным мычанием) теперь, пользуясь более продолжительными перерывом, решился произнести целую речь:
    — Ммм... отлично! Разные письма я слыхивал, — на приисках люди добрые писали и для меня, и для других... да, вот, хотя бы здесь X. хорошо пишет, что уж тут толковать! — да пишет-то как-то мудро, словно как бы из книжки. Слушаешь, а сам ни чуточки не понимаешь... слова-то какие-то не людские... сразу видно, что он из жидов, или из больших господ, или с людьми никогда не живал, а тут тебя так за сердце и берет. Прочтет мужик, да и всплакнет, как баба на проповеди... А если бы вы, — да и как уж просить-то вас, не знаю (тут его голос, действительно, зазвучал как-то несмело), — моим бы... письмецо такое же... вот бы моя бабенка заревела!
    Когда я писал письмо к ксёндзу, Мацей был спокоен, слушал внимательно, а, может быт, размышлял о том, напишу ли я его бабенке, или обману возлагаемый на меня надежды. Но когда я дошел до места, где просил ксёндза о панихиде по умершим родителям сапожника, дверь, ведущая в кухню, затрещала и Мацей предстал пред нами во всем величии своей фигуры. Выход его был так неожидан, сопровождался таким шумом, что мы с недоумением посмотрели на него. Мацей был сам на себя не похож: мне даже показалось, что он дрожит. Он молча остановился перед нами с широко расставленными ногами, по своей обычной привычке, и начал отыскивать карман; не потому ли, что найти его в необъятных шароварах было не легко, или по другой какой-нибудь причине, поиски продолжались довольно долго. Наконец, он вытащил маленький мешочек, достал оттуда измятую трехрублевую бумажку, подержал ее с минуту и, кладя на стол дрожащей рукой, проговорил просительным, прерывающимся голосом:
    — А коли уж так, то при этой оказии... при святой панихиде-то... может быть, и за нас, грешных, помолятся... Напишите-ка, пусть, там... Всевышнего и Богородицу... может быть, и смилуются...
    — Может быть, и смилуются, — как эхо повторил сапожник, стоивший рядом с Мацеем.
    И стоят передо мною оба эти старика, поседелые в житейской невзгоде, как стоят дети, сознающие свое бессилие перед суровым отцом: стоить калека-сапожник с глубоко-впавшими глазами, опираясь на свой костыль, стоить рослый мужик с повисшими могучими руками, с покорно опущенною головой и шепчет тихим голосом свою просьбу...
................................................................................................................................................................
                                                                      --------   
    И долго оставались бы мы в глубокой задумчивости, если б среди нас не было пана Станислава. Сапожник первый опомнился от напавшей на нас летаргии.
    — Что это такое, мы словно бабы какие-нибудь? Мацей, поворачивайтесь, да живей! А то, пожалуй, колбаса подгорит, а водка выдохнется! Ну, ну, живей!
    Мацей двинулся в кухню и, хотя не особенно скоро, возвратился к нам с блюдом отлично поджаренной колбасы. От нашей летаргии, все-таки, мы освобождались медленно. Сапожник провозгласил тост, чтобы желания, высказанные в наших письмах, осуществились все до единого; Мацей сказал «аминь» и вздохнуть при этом, как кузнечный мех. Водка, однако, делала свое дело: может быть, ее влиянию помогало и то волнение, которое мы только что испытали, только после нескольких рюмок разве какой-нибудь мудрец мог бы догадаться, что мы тут делали и перечувствовали. Последние следы грусти развеялись вместе с песней, которую затянул пан Станислав:
                                                  Когда в лесу деревья рубят,
                                                  То щепки падают от них...
                                                  Детей отцы тогда и любят,
                                                  Когда хоронят в землю их.
    Но и против слабого отзвука этой грусти развеселившийся Мацей тотчас же энергически запротестовал:
    — Э, оставьте вы в покой этих детей! У меня их пятеро, а я об них забочусь не больше, чем вы об одном!
    Сапожник, вероятно, согласился с верностью этого замечания, потому что замолк, махнул рукой и приказал поставить самовар. Мацей шумно и весело принялся за свою работу в кухне. О своем излюбленном посте — «скамеечке, что покрепче», он совсем забыл и явился к нам в комнату. Его голос совершенно не пропорциональный с размерами комнаты, гремел, как, может быть, когда-то на полях мазовецких. Когда Мацей говорил,  то не ограничивался одною интонацией: если говорит о работе, то жестикулирует, махает руками, где нужно встать — встает, сесть — садится; он ёжился, сводил и разводил пальцы, но проделывал все это, как и говорил, медленно и аккуратно. Всякая его фраза непременно сопровождалась соответственным мимическим движением. Я переспросил:
    — Так у вас было пять человек детей?
    — Пятеро, как пять пальцев на руке, — ответил Мацей и, смеясь, растопырил перед моими руками свою громадную руку. А смеялся он при всяком удобном случае, смеялся долго и душевно, тем смехом, каким умеют смеяться только дети.
    Но в нем и кроме смеха было много чего-то детского. Широкое лицо Мацея своим душевным спокойствием напоминало мне лицо ребенка, которого работа внутренней мысли не успела еще ни украсить, ни исказить. Голова Мацея, в сравнении с его телом, казалось меньше, чем была в действительности. Когда Мацей сидел, по своему обыкновению, положив руки на колени, то сзади походил на стог сена с остроконечною верхушкой, а с боку напоминал те неуклюжие, но суровые изваяния, которые вытёсывало когда-то из камня человечество давно минувших лет.
    Чем большим он мне представлялся, темь сильнее меня разбирало желание узнать поближе этого гиганта, познакомиться с ним покороче. Я решился воспользоваться счастливою случайностью, которая, вероятно, мне не скоро представится, — просидеть целый вечер у сапожника.
    Мацей окончательно разговорился, не обращая внимания, спрашивают его или нет, и хотя говорил он нескладно, часто отвлекаясь от предмета рассказа, я слушал его все с более и более возрастающим вниманием. Подробнее всего Мацей останавливался на жизни своей на приисках. Мне довольно хорошо была известна эта жизнь, — меня интересовало узнать, каким образом он сколотил несколько сот рублей там, где нажиться можно всякими путями, да только эти пути не отличаются своею прямизной...
    Уж и работал же я, работал на этих приисках, — тянул Мацей, возвратившись из кухни. — Поставили меня сначала в шахту, и долго стоял бы я там, если б меня не увидал сам управляющий ***).
    — Что это за великан такой? — спрашивает. Точно, собака, настоящих людей никогда не видывал.
    Ему говорят: «Мацей, из поляков».
    — Хороший поляк, давай его сюда.
    Послали меня к нему. Прихожу, шапку снял, — и Мацей потянулся руками к голове, — только не кланяюсь, нет! — чего мне кланяться?
    — Ты откуда, дурак? — спрашивает.
    — Ха, ха, ха! откуда же мне быть, коли я из Польши? А он опять:
    — А хлебы, — говорить, — печь умеешь?
    «Смеется что ли он надо мной?» — думаю я, но виду не показал и говорю:
    — Бабье это дело, не мужицкое, пусть оно бабьим и останется. — Понял ли он, нет ли — шут его знает, — только приказал меня взять на подмогу хлебопекам:
    А в пекарне-то разврат, пьянство, мерзость, Боже Ты мой милостивый! Я ни во что не вмешиваюсь, делаю, что мне приказано, — не начальство, вед. Видят мои хлебопеки, что я их только слушаю, а ни во что не лезу, давай гулять еще больше, — пошло море разливанное, словно в любой корчме. Приходить управляющий раз, другой, хлебопеки пьяны, только я один таскаю кули с мукой. Посмотрел он на это и пошел. Приходить на другой день, а у нас баталия идет: перепились и в драку. Приказал он их посадить в каталажку, а меня опять спрашивает:
    — Умеешь теперь хлебы печь, научился? Я смеюсь, — думаю, дурачит меня.
    — Как же, научился, научился, — говорю.
    И наказал он мне быть старшим хлебопеком. А муки у нас было не мало: каждый день пекли на двести человек с лишком. Пеку я себе да рассчитываю, чтоб на всех хватило; только неделя кончилась, а управляющей опять тут как тут:
    — Ну, что, Матвей, — говорит, — муки хватило?
    Я, не говоря ни слова, веду его в амбар и. показываю, что осталось, а осталось без малого три куля, по пяти пудов. Он как увидал, так и глаза вытаращил.
    — Ну, хорошо, хорошо! — говорит.
    Позвал сейчас материальнаго ****) и приказал ему, чтобы он из каждого остатка половину отписывал в пользу магазина, а половину — мне, в награду.
    На приисках разно бывает: то людей нахлынет видимо-невидимо, девать их некуда, а то начнут уходить, и в шахту поставить некого. Случилось и у нас так: работы по горло, а людей нет.
    Взяли у меня спервоначалу одного работника, потом другого. По неделе и больше приходилось оставаться только с одним, а то выпадали дни — и вовсе без работника. Когда у меня работников заберут, управляющий видит, что с меня пот ручьями течет, и кричит:
    — Водки Матею давать, сколько захочет! Пей, — говорить, — сколько хочешь. — Водку, признаться, я люблю, а, все-таки, у меня в день, на худой конец, стакан оставался, а то и с полбутылки. Это уж мое, — глядишь, на рубль в день и продашь *****).
    Скоро, от работы ли, или от чего другого, захворал я, да сразу как-то, по телу пошли черные пятна, руки и ноги отнялись, а зубы, как клавиши на органе, трясутся. В больницу. Доктор говорит: цинга. Цинга ли, не цинга, а мне все хуже. А тут один из рабочих, — в больнице он лежал тоже, бродяга, человек бывалый и говорить мне: «Ты их не слушай, не слушай и доктора, — залечить он тебя на тот свет. Меня лучше послушай: пошли кого-нибудь в тайгу за мухоморами, накроши их в бутылку, налей водкой, дай настояться и пей, сколько влезет». Я так и сделал, а через неделю с меня как рукой все сняло.
    Только этот самый рабочий приходить ко мне скоро, за угощением. Я угостил его хорошо, а он говорить:
    — Ну, что ты думаешь?
    — А то думаю, что штука хорошая, только не до трех раз.
    — Верно, — говорить бродяга. — А ты видал когда-нибудь, как повар для управляющего на котлеты мясо с жиль обирает?
    — Как не видать, — говорю, — видел.
    — Ну, так вот, если ты здесь останешься, так и с тебя все мясо оберут, всю силу твою вытянуть. Собрал деньжонки и беги отсюда, по сторонам не оглядывайся.
    Вышел я из больницы и за «расчетом». Уж и крику тут было! Останься, говорят, останься, и пенсию тебе дадим, и то, и сё. А я уперся: «Хороши, — говорю,—ваши денежки, да больно дорого достаются». Управляющей страсть как разгневался: «дурак!» — кричит. Рассчитали меня и досталось мне без полутораста рублей тысяча.
    — И вы действительно пили этот настой, Мацей?
    — О, первое лекарство! — ответил Мацей.
    А сапожник прибавил, чтоб изгладить во мне последнюю тень недоверия:
    — Конечно, такой машине и две бутылки мухоморов нипочем.
    Мацей никак не мог примириться с этим сравнением и воскликнул:
    Что я за машина такая? Бога вы побоялись бы! Меня и половины не осталось!
    — Разве вы еще толще были?
    — То-то и есть, не таков был! Что я теперь? Словно собачонка захудалая... Это разве рука? — и Мацей, заворотив рукав рубашки, показал нам руку, которой позавидовала бы любая нога. — Это нога, что ли? — и он с искренним сожалением погладил по своему аршинному сапогу. — Нет, не таков я был! — закончил он со вздохом.
    Легко было догадаться, что вздохнул он не без умысла; почва была хорошо подготовлена. Мацей, которому возможность выложить наружу все свои душевные треволнения представлялась так редко, теперь уже не требовал поощрения. Самовар давным-давно вскипел, но Мацей решительно отказался повиноваться сапожнику и разливать чай.
    — Уж будто мне и поговорить ни с кем нельзя! Что я, говорю с кем-нибудь, что ли? Вы всегда в лавке, вы знаете, как и с кем говорить, а я ни с кем не умею: не только что с здешними, а и со своими даже... куда мне, человек я простой! Тошно мне здесь, — не даром я с тела спадаю, — а ни к кому не лезу, знаю, что всякому и со мной тошно будет. А он всякое слово мужичье понимает, не смеется, не дурачит меня, — я говорю с ним, как со своим. И на сердце легче становится. Налейте сами, а мне этого вашего чаю не надо.
    Сапожник, сначала взволнованный очевидным нарушением обычного порядка, однако, успокоился, а Мацей, уволенный от отправления одной из самых тяжелых обязанностей, пришел еще в лучшее расположение духа.
    Мы оба уселись на диванчик. Мацей должен был рассказывать нам свою историю. К нашему удивлению, он как-то вдруг замолк и хотя я два раза повторил: «ну, и что ж, Мацей?» — Мацей молчал. Только по его тяжелому сопению можно было заключить, что он замкнулся не надолго. Несомненно это признак, что в глубине души нашего рассказчика происходит усиленная работа мысли.
    Мацей сидел, как прежде, с широко расставленными коленями, на которых покоились его руки, сидел неподвижно с глазами, устремленными в отдаленное пространство которое, может быть, в настоящую минуту представлялось ему, только лицо его краснело все более и более. Я уже собирался было сделать ему новый энергический вопрос, чтобы вызвать его из глубокой задумчивости, как вдруг Мацей, не смотря ни на меня, ни на сапожника, начал так.
                                                                      --------   
    — Слыхали вы, вероятно, что-нибудь о большой, быстрой речке, что Наревой зовется? Недалеко от той реки стоят три деревни, Силачи по имени. Много деревень разных я видывал, на разных людей много насмотрелся, видал и большие татарская деревни, и челданские ******), что словно города раскинулись, и братские *******) улусы, и над Ангарой, и заморские ********), и в деревнях у семейских бывал, что зовут себя поляками *********) и живут за морем, а таких деревень, как наши Силачи, не видывал. Чего там нету, Господи Ты мой милосердый! — и, подняв сильные руки, Мацей простер их перед собою.
    А луга эти, а поля, а сенокосы — словно степь бесконечная! А леса, а хлеба — словно золото!... Тут все велико, да нескладно как-то: что тут в тайге увидишь, чему в поле порадуешься? Кругом словно могила: в небе стоить коршун и не двинется, в тайге медведь зарычит, — вот тебе и вся радость. У нас иначе. Выйдешь утром и гаркнешь по росе, — так и загудит в воздухе! Посмотришь на всю веселую тварь Божию, услышишь, как все вокруг тебя и поет, и стрекочет, как все это несется и из-под земли, и с деревьев, и из поднебесья, так самому на душе весело станет! А с лугов и с поля запах идет, словно из кадила в костёле; наберешь в себя этого духу и сам видишь, как сила в тебе растет. Нигде и никогда я не чуял в себе столько силы, как в наших Силачах, когда выходил встречать солнце. Тут и рассвет не такой: ни птица, ни зверь, ни челдан его не знают. У нас не так.
    Много земель я видал, всю Сибирь до моря прошел и заморской не мало, а такой земли, как наша, не нашел, да только теперь узнал об этом. Теперь только... Да и один я, что ли? Есть у нас люди мудрые: и ксёндзы, и паны, и мужики, да никто не знает, что у него в руках!..
                                                                      --------   
    У каждой из деревень, что Силачами зовут, есть еще и свое прозвище. Одна, самая старшая, прозывается Коренистая, другая — Сухая, а третья — младшая — Мокрая. Я из Сухих Силачей.
    Деревня большая, барин у нас был пан Ольшевский, а мы были крепостными. При барщине, сами вы знаете, нельзя сказать, чтобы хорошо жилось. Подрос я, — мне было уже около двадцати лет, — пан Ольшевский приказал взять меня во двор.
    И сердить же он был: желтый, сухой, маленький, злой, словно черт над грешными душами. Как рассердится, бывало, то так и рвет, и мечеть; а сердился он из-за всякого пустяка, хотя, слава Богу, не надолго. Накричит, нашумит, пожелтеет еще больше, а как только уймется, тогда говори ему, что хочешь, — ничего не сделает. Справедлив был. Кто помоложе, те нельзя сказать, чтобы любили его, а старики всегда нам говорили: не смотри на него, что кричит, — из двух собак лучше та, что громко лает. И правду они говорили: он никого не обижал, людей не засекал, но я об этом узнал уже после. Тогда я знал одно, что пан Ольшевский злой, и боялся его, как огня. Вот и сталь я сторониться от него подальше, а он, — уж и сам я не знаю почему, — все ко мне ближе да ближе. Пристает все ко мне, дивуется, как будто я чудище какое, а не Божие творение. Но я помню, что мне отец наказывал: «не смотри, что он злой, помни, что он справедливый, терпи», — терплю и ни слова не промолвлю. И долго бы я терпел эти издевки, если б мой Ольшевский не пересолил. Насмехался он надо мной, а под конец, чтобы меня задеть за живое, начал меня звать, — мне и теперь вспомнить тошно, — «верзилой и безмозглою дубиной».
    Как только, бывало, выйдет на двор, как только завидит меня, хоть я всегда прятался от него, как заяц от охотничьей собаки, так и кричит: «Эй ты, верзила! эй, дубина безмозглая!» А голос-то у него быль совсем не по нем: правда, тонкий, пискливый, за то такой пронзительный, что за версту услышишь. Как он назовет меня верзилой или дубиной, так у меня все нутро и повернется.
    Для него-то я был, может быть, глуп, но дворовые меня таким не считали. В корчме ли при скрипке, в поле ли за самою тяжелою работой, — во всей деревне не было парня, который бы мог потягаться со мной. От работы и от забавы я никогда не бегал, а сила у меня тогда была, по правде сказать, не такая, как теперь; кто чего сделать не сможет, ко всему Мацея приставляли. А тут с чего напасть такая, такие издевки? «Ну, хорошо, думаю, будет с тебя, вдоволь насмеялся, пусть будет воля Божья, покажу я тебе, какой я верзила, какая дубина безмозглая». Теперь я не знаю, смог ли бы я, а тогда не было у нас ни одной четверки, которой бы я не задержал. Как возьмешься за заднюю ось, бей лошадей сколько хочешь, убей на месте, — ни на пядь не двинутся. С цуговыми я не пробовал — кучер не давал, — «еще, — говорит, — карету сломаешь, а потом мне же за тебя достанется». — Ну, думаю, будь что будет, — попробую».
    В праздник это было. Приказал пан запрягать, только не в костел, потому что вышел один (в город, видно, собирался), вышел, уселся, дверцы запер и ждет; а он любил, чтобы кони брали с места, и брали сразу.
    А я уж стою сзади, ноги расставил хорошенько, чтобы было на что опереться, одною рукой взял за задок кареты, а сердце во мне так молотом и бьет. Не удержать мне таких лошадей; хуже всего, если они рванут сразу. Собрал я все силы, понатужился, кони рванули так, что у меня рука затрещала, рванули раз, рванули два и — ни шагу с места.
    — Пошел! — запищал пан, а тут пани с паненками стоять у окна и платочками махают.
    — Пошел, скот! — запищал пан, но теперь уж с сердцем.
    Видно, старый Вах догадался, в чем штука: как увидал, что кони на дыбы становятся и с места ни на шага, то хлестать их не стал, чтобы, храни Бог, греха какого не случилось, а обернулся к пану и говорить:
    — Куда я поеду, коли Мацей сзади держит?
    Пан как вскочит, словно его кипятком ошпарили, затрясся, позеленел весь, задыхается, обернулся назад (карета была раскидная) и смотрит мне прямо в глаза. А я тоже с него глаз не свожу, только от натуги жилы во мне напряглись, кровь ударила в голову, — уж каков я был, не знаю, — а пан на меня посмотрел, посмотрел... Я думаю, Бог знает, что он теперь со мной сделает, а он... понял, видно... усмехнулся и сказал только: «Вот так сила, вот так сила! Ну, теперь, Мацей, пусти!»
    Я пустил и кони рванули сразу, я думал, что понесут... Мацей, измученный, опустился на свою скамейку. Всю последнюю сцену он воспроизводить с полнейшею точностью, одною рукой ухватился за воображаемую ось кареты и грозно смотрел в глаза пану своими налитыми кровью глазами.
    И если теперь, поседелый, ослабевший, на половину спавший с тела Мацей казался мне прекрасным и грозным, если и теперь его глаза метали молнии, то каким же он должен был быть в давно прошедшее время, когда предстал перед паном в защиту своего человеческого достоинства?
                                                                      --------   
    Мацей остановился на минуту и продолжал: — С той поры переменился мой пан. Не сразу, правда, — сначала сторонился от меня, и хоть не бранился, а долго я от него слова не слыхал. «Ну, думаю себе, плохо дело, верно надумал что-нибудь такое, что до новых веников не забудешь». Но нет, ничего. Начал и заговаривать со мною, и всегда как следует, по-людски, а не прошло и года, как я попал к нему в милость. Послать ли кого с деньгами, или пани с паненками свозить куда-нибудь, — все Мацея. А потом, как узнал меня хорошенько, так уж и не наказывал: «Не напейся, лошадей не замори», — скажет, бывало то, мол, и то, — все и обделаешь, как следует. И полюбил же он меня! И сколько лет потом я ни прожил в его дворе, слова дурного от него не слыхал. Хорошо мне было. При дворе-то хорошо, а нужно было и о себе подумать. Правду сказать, если б не отец, я и не думал бы о себе, что я парень на возрасте. Чего тут хотеть лучшего, когда мне и так хорошо было, а от добра никто не бегает. Работы было много, да и веселья не мало.
    Хоть бы жатву вспомнить!.. А как, бывало, в воскресенье в корчме наш скрипач заиграет, так и у стариков сами ноги заходят.
    А девки наши? Иих!.. нигде таких нет!
    — Всякий кулик свое болото хвалит. А я думаю, что у нас в Вислице нашлись бы почище ваших! — Мацей окинул сапожника презрительным взором и, не отвечая на его слова, продолжал свое повествование:
    — Придешь, бывало, куда они соберутся, смотришь — словно цветики полевые! А услышишь, как они хихикают из-за фартуков, а сами нет-нет, да и блеснуть глазами, так тебя в пляс и потянет...
    Мацей непременно пустился бы в пляс, если б сапожник, не забывший недавнего оскорбления, не осадил его замечанием:
    — Фартуками закрываются? Известно, деревня, невежество... Мацей остановил свой порыв, снова уселся на место, но все-таки, возразил:
    — Невежество? Конечно, не то что в городе, — там все сразу напоказ. Да не вам бы смеяться... И изо всех этих девок одна больше всех пришлась мне по сердцу...
    — Каська? — вставил сапожник.
    — Нет, не Каська, а Марися. Первая девка из всех наших; одна в доме была, мать умерла, и со всем управлялась, работа в руках так и горела.
    — В поле всегда впереди всех. Когда, бывало, станет жать, другую и не видно в хлебу, а Марися моя всегда на виду. Девка была здоровая, плечистая, румяная, словно мак в огороде. Стал я подходить к ней поближе, — вижу, девка и сама от того не прочь, нет-нет, да и посмотрит искоса, и танцует со мной охотней, чем с другими. Только, думаю, нужно узнать все хорошенько. Вот раз в воскресенье, вечером, я и высмотрел, как она шла на танцы, а ей нужно было перелезть через плетень около старостинного сарая. Остановился я и жду; слышу, идет, а ее услыхать можно было издали. Пришла, перелезла через плетень, хотела было соскочить на другую сторону... тут я не вытерпел, подскочил и схватил ее. А она хвать меня в одну щеку, хвать в другую, а сама кричит во все горло:
    — Спасите, ради Бога, спасите! — Я и опамятоваться не могу, чую только, что девка сильная, и у меня лицо пухнет, так она меня захлестала. Перестала, наконец, села на плетень и ну меня грызть:
    — Не ждала я от тебя, Мацей, такого сраму! Что я, дворовая, что ли, путанная, что ты ко мне сразу дорогу отыскал?
    У меня еще в голове туман какой-то стоял, я и говорю:
    — Так что же за беда?
    — Как, — кричит, — что за беда? Как же я без отцовской воли? Коли так, дурак ты, ничего больше!
    У меня сердце так размякло, что я чуть не разревелся.
    — А отдадут тебя за меня? — спрашиваю.
    — Что ж, ты кривой или горбатый, или тебя отец мой не знает?
    — А ты сама, Марися?
    — Как отец велит.
    Гмм... — думаю, — девка хорошая! И так она мне полюбилась, что я не посмотрел бы ни на что и опять обнял бы ее, да тут кто-то подошел к нам. Она соскочила с плетня и побежала танцевать, а я домой, — у меня щеки распухли, как ломжинские булки, что, бывало, отец привозил с ярмарки. Я и не ужинал, завалился спать на вышке, а на утро пошел к отцу, говорю: так и так, чтоб сейчас и свататься. Отец дивился, отчего у меня так загорелось, но я уперся на своем и упросил; оставалось одно — упросить пана. Без него ничего не поделаешь. Вот мы и пошли к нему. Он меня обласкал, отпустил из дворни, дал засеянное поле и посадил на хозяйство на двадцати десятинах. Такой свадьбы, как наша, во всех Силачах не запомнят. И мой отец, и ее отец хотя и не богатые, а все были люди с достатком, водки и пива сам пан прислал... вот мы и гуляли, и гуляли!..
    Голос Мацея вдруг как-то сразу оборвался.
    — И не было мне житья на свете, как эти семь лет, — начал он снова, но медленно, с расстановкой, как будто отчеканивая каждое слово. — Марися и девкой была хороша, а бабой стала еще лучше.
    Каждый год, около Рождества Христова, родит, бывало, — все мальчики, и все в меня, как две капли воды.
    Грусть, которая послышалась в голосе Мацея, его долгие остановки, — все это предвещало близкий конец описанию веселой поры его жизни.
    А в доме-то всего было полная чаша, только птичьего молока недоставало...
    Мацей замолк и мы почувствовали как-то инстинктивно, что с последним словом порвалась золотая нить этой жизни, — повяли, что дальнейшее повествование будет носить совсем другой характер. Нам стало жалко этого безвременно загубленного, бесхитростного счастья, и тщетно мы старались обмануть себя надеждой, что вновь хоть на мгновение мы услышим веселый смех расскащика, увидим хоть краешек картины его невозмутимого домашнего счастья. Но Мацей свесил на грудь свою голову и хранил угрюмое молчание. Может быть, он ловил последний отблеск невозвратного, светлого прошлого: может быть, перед ним рисовались последовавшее за тем дни скорби и тревоги...
                                                                      --------   
    На дворе бушевала вьюга; в нашу тихую комнатку ясно долетали отголоски ее дикого беснования. Вдруг что-то завыло еще громче, рвануло ставень, точно хотело сорвать его с петель. Вероятно, это заметил и Мацей, потому что поднял голову и, как бы покончив со своими мыслями, наконец, проговорил:
    — И до сего дня, может быть, все шло бы по-прежнему, если б не кара Божия...
    Нам теперь было жалко уже не прежней жизни Мацея, а его самого. Видя, что он страдает, мы оба сделали то, что только могли сделать: я придвинулся к нему еще ближе, сапожник перекочевал со своей кровати на диванчик и также уселся около Мацея; может быть, ему станет легче, если он почувствует, что около него находятся сочувствующее ему люди.
     — Если бы не кара Божия... — медленно повторил Мацей. Как началась эта неурядица, жизнь в наших Силачах совсем другая пошла. Парни, что получше, все разбрелись. И я дома, пожалуй, не усидел бы, да пан говорить: «Нет, там и без тебя все обделают, а тут ты будешь нужен...» — ну, он лучше знает, я и остался. Сначала мы с Марисей голову ломали, зачем он оставил меня здесь, — сидишь по целым неделям без работы, — как вдруг как-то ночью, перед рассветом, в селе поднялась суматоха, приехало несколько человек верхами, и не успеешь прочитать два раза Богородицу, как по всей деревне разнеслось: «Идут, идут!»
    А как это по деревне разнеслось, Бог весть, словно одним криком. Ну, и поднялось все и высыпало на дорогу: редкая баба или девка в юбке, а то как спали — в одних рубахах.
    Тогда-то и прислали за мной, звать на панский двор.
.............................................................................................................................................................
    С той поры нашлась и для меня работа, с той поры я редкий день дома ночевал. Все я знал, как свои пять пальцев, на десять миль вокруг; как понадобится что, меня повсюду: и с письмами, и без писем, и верхом, и пешком; летал я целые дни и целые ночи. То отвезти, то привезти, то проводить. Бывало, только вернешься домой и сядешь ужинать, а тут уж пан стучит в окошко. Сунеш за пазуху краюху хлеба и кусок сыра, да и в дорогу. Марися заплачет только, да и то потихоньку.
    Но Бог хранил меня. Верхом я не охотник был ездить, — лошади подо мной скоро уставали, — пешком мне легче было ходить.
............................................................................................................................................................
    Так прошло с полгода. Помню, пришел я в последний раз, кажется, из Пекелка. Это так называлось лесное болото; через него только знающий человек дорогу отыщет. Пришел я домой, сижу день, другой сижу, — не присылают за мной из панского дома. Сижу третий, — тоже ничего не видно.
    — Что за напасть? Захворал пан, что ли? — спрашиваю у дворовых. — Нет, — говорят, — ходит, даже верхом ездит, только стал сам не свой, кричать даже перестал. — Опять спрашиваю: не наказывал ли мне чего-нибудь? — Нет, — говорят, — не наказывал.
    Что бы это такое было, и в голову себе не возьму. Марися, — известно, баба дура, — та и рада: «шатаешься ты, — говорит, — а мне в доме без тебя тоска смертная». Ну, а как я сказал ей: «зажми рот, а то я сам тебе зажму», — видит баба, что я не шутки шучу, и замолчала.
    Только уж на четвертый день не выдержал, приоделся, иду на панский двор. Вот уже полгода, как я без спроса входил в панские покои и днем, и ночью, а тут пошел на кухню, попросил доложить, что Мацей пришел.
    Позвал к себе. Прихожу, поклонился, а :он и в самом деле сам не свой: ходить как ошпаренный, в бумагах что-то ищет, а когда со мной говорит, то и не взглянет. А то, бывало, глядим друг другу в глаза, и :что он ни скажет, я все понимаю. А теперь совсем не таков.
    — Ну, здравствуй, Мацей, — говорит. — Что скажешь?
    Что я ему скажу? А спрашивает — нужно сказать что-нибудь. Я и говорю: «Пришел, мол, оттуда, куда вы посылали, и не будет ли еще какого приказа?»
    Он опять свое: «Хорошо, — говорить, — хорошо, я и сам думал послать за тобой, письмо нужно отвезти в Коренистые». Сел, написал и подает.
    «Вижу я, что тут что-нибудь не ладно, никаких у него дел с Коренистыми не было, да мне ли глупым своим разумом понимать все? Не по нутру мне пришелся такой приказ; однако, я приободрился и стал посмелее. В Коренистые я смахал одним духом и опять к пану, — спрашиваю, когда опять придти прикажет?
    — Теперь, — говорит, — спешного ничего нет; когда будет, я сейчас же пришлю за тобой. — Сам говорит, а на меня не смотрит. Кольнуло это меня в сердце, — я знал, что он и сам летает повсюду и посылает таких, каких раньше не посылал. Сдержался я, ничего не сказал, пошел домой и жду.
    Жду день, два, неделю, а из панского дома ни слуху, ни духу. Я и сам никуда не выходил. Правду сказать, за то время, когда я ходил с панскими письмами, работы набралось не мало. Управился я кое-как, починил сарай и выполз на Божий свет.
    В субботу, вечером, иду в корчму, прохожу мимо старостина сарая и слышу, что за углом люди разговаривают. Меня они из-за угла не видали, а как поравнялся я с ними, так все и замолкли, словно их кто пришиб, переглядываются только друг с другом. Я было сказал: «во имя Отца и Сына и Святого Духа», — только один Андрей пробормотал мне в ответь: «во веки веков». «Ну, думаю, может быть, о каком-нибудь своем деле толкуют», и прошел мимо.
    В корчме то же самое; мужиков собралось много, как всегда бывает под праздник, гул стоить... Только что я вошел, все замолкли, словно по команде. Я ничего не замечаю, присел к столу, приказал подать себе пива, но вижу, что люди со мной, словно с чужим, разговаривают. Что ж это такое, Господи Ты Боже мой?
    За мою службу пану, что ли? И о службе моей, и о том, что я хоть и делаю все по его приказу, но служу не ему, тоже люди знали, а не смотрели на меня так. Значит, тут что-нибудь другое... Я сам не свой вернулся домой.
    Марися взглянула на меня, видит, что я сам не свой, и ну причитывать: «Что с тобой, желанный ты мой?» — известно, баба. Начала расспрашивать меня, а у самой в голове Бог весть что. Я рассказываю: «Вот что, соседи все на меня смотрясь волками, а из-за чего, и сам не знаю». Только что я сказал это, Марися руками всплеснула: «Знаю, — говорить, — откуда все это: тут, — говорит, — Матвей всему злу корень».
    А Матвей был мой старший брать, и хотя люди говорят, что яблоко от яблони не далеко падает, но этот раз неправда. Ни отцы, ни деды наши такими не были, — подлец и ничего больше.
    — Как, — спрашиваю, — Матвей?
    — Да так. Люди о нем плохо говорят, а хоть не прямо мне в глаза, но я слышала, что толкуют: «Оба бегать начали, только посмотрите: один здесь, а другой там». А другие прибавляют: «Ворона вороне глаза не выклюет: что Мацей в панском доме ни выведает, то все колонисту-немцу или Матвею передаст; что один посеет, то другой пожнет», — ну, и еще разное толковали...
    Но я уже не слыхал, — у меня волосы встали дыбом.
    — Что ж ты раньше мне не сказала, подлая? Я поднял на нее руку, но Марися меня словно кипятком ошпарила:
    — Ты, — говорить, — верно, белены объелся или совсем с ума спятил. Я было хотела тебе сказать, а кто приказал мне молчать?
    Я совсем ослабел, ноги у меня так и подкашивались, еле-еле дотащился до лавки.
    Господи Ты Боже мой, ведь, неправда же это! А если и правда, то, ведь, брать за брата не ответчик, и отец за грехи сына не отвечает! Лежу я и думаю, всю ночь глаз не; сомкнул, а в голову лезут разные мысли. На другой день пошел в костёл, помолился, — отлегло немного от сердца. Думаю, нужно пойти к брату, расспросить его, как и что.
    А в костёле, вижу, люди сторонятся от меня, словно от волка. Кончилась обедня, пошел я через погост, а тут ребятишки играют, и таким словом меня обозвали, что у меня свет Божий в глазах помутился... Спаси меня, Господи, думаю, а сам и глаз поднять не смею. Зашел сначала в отцовскую избу. Отец как увидал меня, так обрадовался, а я ему говорю: «Осрамил нас Матвей, пойти мне переговорить с ним, что ли?» Отец говорит: «Давно бы пора; только будь осторожен, а то, кто его знает, что он с тобой сделает».
    Что сделает! Хуже того не сделает, что сделал!... Покропил я себя святою водой и иду, — по дороге крикнул на Марисю, та уцепилась за меня: «Не ходи, — говорит, — не ходи, шут с ним! Люди потолкуют, потолкуют, а потом сами узнают, что ты ни в чем не виноват». Пришел к брату и говорю ему:
    — Мне бы с тобой потолковать нужно.
    — Потолкуем, — говорить.
    — Дело такое, что поговорить нужно как следует, один на один и сейчас же.
    Смешался он, — видно, понял, в чем дело.
    — Ну, — говорит, — выйдем на двор.
    — На дворе неловко, — мимо народ ходить; лучше в поле пойдем.
    Он посмотрел на меня из подлобья и, верно, что-нибудь недоброе замыслил.
    — Хорошо, — говорить, — пойдем; только я на минуточку к соседу зайду, — нужно.
    Вернулся он скоро, мы вышли за гумны, в поле, а за полем невдалеке и лес начинается. Только я смотрю — за гумном Матвея стоить его сосед, Валек, мужиченко тоже скверный, большой приятель брата. Брат как завидел его, так усмехнулся, да усмехнулся как-то нехорошо. У меня по коже прошли мурашки, я примолк и ни слова.
    — Ну, что же? — спрашивает Матвей и смотрит на меня словно с усмешкой.
    Мне еще тошней стало. Так мы вошли в лес там брать заговорил, — я и до сих пор помню каждое его слово:
    — Вот ты хотел говорить со мной о чем-то, а оказывается, что говорить-то нужно мне. Оно, может быть, хорошо, что ты пришел ко мне, — послушай доброго совета: не будет толку из твоего шатанья. Пора взяться за ум: денег столько наживешь, что тебе хватит не на год, не на два, да и мне кое-что перепадет... Немец-колонист, что живет в той колонии...
    Больше я ничего не сдыхал, а он, верно, не смотрел на меня, — если бы взглянул, то, наверное, убежал бы... Кровь ударила мне в голову, отхлынула, ударила опять, я зарычал, как дикий зверь, и бросился на него... Говорить я ничего не мог, только сила во мне выросла страшная... Скрутить я ему поясом руки, а Валька стиснул так, что кости затрещали. Валек и без того стоял ни жив, ни мертв.
    Пустил я его, вынул нож из-за голенища и подал Вальку. «Бей!» — говорю, и повернул к нему Матвея левым боком.
    Ударил он, — нож был отточенный, — по самый черенок... кровь хлынула.
    На другой день меня схватили. «Ты?» — спрашивают. — Я. — «За что?» — За то и за то. — Больше ни о чем и не спрашивали. Осудили на каторгу на всю жизнь.
    Я посмотрел на Мацея; он был бледен, как труп, бледнее стены, у которой сидел. И мне стало горько, что я заставил его пережить вновь страшную сцену его жизни. Упрекая себя, я взглянул на него и теперь побледнел уже сам: на меня смотрели чистые и ясные глаза, невинные и спокойные, как глаза младенца.
                                                                      --------   
    — На дворе свирепела северная вьюга, завывала дикая метель. Страшно мне было, когда я возвращался домой вдоль пустынного берега Лены, по безлюдным улицам глухого городишка.
    Страшно мне, было и дома. Вьюга злилась еще более, тайга еще жалостней стонала. И когда я, совершенно измученный и разбитый, вскакивал с постели и подбегал к окну, чтобы приложиться горящим лбом к обледеневшему стеклу, мне казалось, что все эти отголоски бури сливаются в один аккорд томящего, невыносимого человеческого горя.
-------------------------------------------------------------------------------------
    *) Чай с хлебом ячменным, который на другой день по выходе из печи обыкновенно превращается в камень, называется «чай с твердыми», а с ржаным хлебом — «с мягкими, с мягонькими».
    **) Протопоп.
    ***) Здесь говорится о частных приисках Олекминско-Витимского округа.
    ****) Заведывающий провиантским магазином.
    *****) Водка на приисках имеется только в магазинах и складах владельцев и выдается в крайне ограниченных порциях. Поэтому контрабанда водкой здесь страшно развита. Ведро спирта, по большей части скверного, продается обыкновенно по 100 рублей. Трезвый и сильный работник, который может, обойтись без водки не без большой выгоды для себя сбывает свою порцию.
    ******) Ссыльные всех без исключения природных сибиряков зовут челданами, а последние ссыльных — варнаками. И то, и другое — кличка презрительная.
    *******) Местное население бурят называет братскими.
    ********) Заморскими называются земля, лежащие за Байкалом.
    *********) Старообрядцы, живущие за Байкалом, называются семейскими; они выселены сюда в ХVIII столетия из Польши.
    В. Л.
    /Русская мысль. Москва. Кн. III. 1888. С. 140-167./


                                                               ПЕРЕВОЗЧИК
                                                          Адама Шиманьского
    Я спешил к перевозу, устроенному между местечком X. и большой деревней на Ангаре, чтобы днем еще переправиться через реку, и, что самое главное, застать на месте перевозчиков, к вечеру обыкновенно пьяных, ночью же очень неохотно расстающихся с обычным местом своего пребывания — соседним кабаком. Я спешил, насколько мог, но черная осенняя ночь, опускалась на землю с такой быстротой, что, несмотря на то, что я усердно прибавлял шаги, непроницаемая темнота совсем окружила меня ранее, чем мне удалось увидать перевозчичью будку, стоявшую на высоком берегу реки. Небо, сплошь затянутое тучами, некрасиво перекатывавшимися между собой, не пропускало сверху ни одного луча. Как-то невольно я оглядывался вокруг. — По одной стороне дороги деревня, вытянувшаяся рядом домов, высоко обнесенных забором, в длинную надбережную линию, спала или казалась спавшей; по другой же ее стороне, касающейся самого края крутой скалы, ведущей к реке, черные воды Ангары сверкали тем страшным блеском, который среди темной ночи всегда поражает таким холодным, стальным цветом. Крепко, по сибирскому обычаю, запертые ставни и глухие ворота, полное отсутствие движения и всякого света усиливали во мне то непонятное чувство, которое всегда мы испытываем при быстром переходе от дня к ночи. В людной деревне было темно и пусто, как в соседней степи. Только ветер, усиливавшийся с каждой минутой, начинал выть еще жалобней и глуше, как будто нехотя, и осторожно укрощаемый рев могучей реки, отвечал этому вою теперь еще грозней. И невольно я ухватился рукой за карман, в который, выходя куда либо дальше, либо рассчитывая вернуться домой несколько позднее, я обыкновенно клал маленький револьвер: —карман был пуст.
                                                                          *
                                                                        *    *
    И деревня, чрез которую проходил я, и убогий городок, лежащий на другой стороне Ангары, в котором я жил, кишели множеством поселенцев, но грабежи случались относительно не слишком часто, и хотя не раз казалось мне иначе, никогда я не чувствовал себя столь одиноким и безоружным, как в этот вечер, когда, идя к перевозу удвоенным шагом, я убедился в своей неосторожности. Всё, что я когда-то видел и слышал об опасностях, угрожающих здесь ночью на каждом шагу безоружному человеку, теперь живо начинало вставать пред глазами; ускоренный ход разогрел мою кровь и фантастические рассказы зароились в моей голове... пока встревоженная мысль не наткнулась на узду, которая умерила ее мечтательные порывы.
    Такой уздой для меня было воспоминание о каком-то купце, который, доверившись ночью тем самым перевозчикам, к которым теперь я так спешил, завезенный на соседний остров и там ограбленный, ушел живым, благодаря единственно чьей-то случайной защите. Правда, я не был купцом и перевозчики не могли рассчитывать от меня поживиться даже немного, однако страх, склонный к самым невозможным сравнениям, подсказывал мне, что мое положение безвыходно, и что было бы безрассудно подвергать себя слишком явной опасности. Под наплывом этих мыслей, я решился прямо прибегнуть к так называемому «приказчику»: спешить теперь было не для чего; я уменьшил шаги; холодный ветер быстро остудил разогретую голову и когда затем, отирая лоб, я приостановился и оглянулся вторично, ночь уже не казалась мне такой черной, а деревня менее глухой и пустой: на противоположном берегу весело горели огни, в деревне с разных сторон доносились до меня людские голоса, через дорогу от реки к дому сновали высокие тени. Но я не изменил сложившегося за минуту намерения, так как «приказчик», хотя всегда с утра до ночи пьяный, по отношению к занимаемому им месту и довольно-таки фиктивной ответственности за целость и жизнь переправляющихся через реку, представлялся мне, в сравнении с ватагой своих подвластных, как человек идеально порядочный и надежный. Жадность же его к небольшим подачкам, возрастающая в прямом отношении к количеству выпитых в течении дня шкаликов, делала его всегда к вечеру человеком очень уступчивым и послушным. Но вот и будка перевозчика; в ней однако, к великому моему удовольствию, было темно, и я теперь уже с чистою совестью мог обратиться к управляющему перевозом. Еще несколько шагов, дорога повернула налево, и я был в главном пункте, ставшем осью жизни здешней деревни: капище сибирское — кабак стоял передо мной в небольшом расстоянии.
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    Если на всем широком свете вообще, а в Сибири в особенности, песнь о золотом тельце имеет rаisоn d'еtrе, то подобная песнь о водке имеет здесь не меньшее право. «Водка людьми управляет здесь!» поет каждый сибирский мефистофель и поет правду. Двери кабака беспрестанно отворялись и, освещая всякую минуту своим мглистым светом небольшую прилегающую площадку, позволяли видеть, с какой скоростью пасть чудовища принимает новый и выбрасывает уже разжеванный корм.
    Узкие полосы тусклого света, то вытягиваясь, то укорачиваясь поспешно, были похожи на ноги громадного паука, хватающего быстрыми движениями входивших в его коварную сеть созданий. В центре кабака, как во всяком переполненном вертепе распутства и преступления, стоял отвратительный гул, в котором ухо, чуткое к голосам природы, сразу узнавало голоса всяческих хищных зверей, кроме людского. Воют здесь и скрежещут зубами волки и гиены, лают псы и лисицы, свищут каракатицы, кричать совы и филины. Только людских голосов здесь не слыхать сразу и, чтобы их слышать, нужно вслушаться в дикую музыку кабака; есть тут и они, раздаются временами и всегда такие измученные и разбитые, что безобразным стоном, раздирающим сердце, ударяют в уши, и в этом стоне, как в зеркале, видна доля страдальцев.
    Сколько раз в течении дня раздается здесь печальная жалоба русского поселенца: «Сибирь злая мачиха, раскинувшаяся снежной степью...» сколько раз, в ответе на эту жалобу, из темного угла того же самого или из окна соседнего кабака оборванный и ободранный владелец усатой физиономии, стискивая в руке бутылку, осматриваясь вокруг остолбенелым взором, заводит дрожащим голосом: «Добро еще то, что товарищи есть...» Скоропреходящая надежда! Неисправимая мечтательность жестоко разбивается жилистой рукой кабатчика, выбрасывающего за дверь обоих плаксунов; жалостные стоны умолкают в снегу, либо в грязи, а необузданной вакханалии не прерывает уже никакая дисгармония, и пролог множества преступлений, каждую ночь обливающих Сибирь потоками людской крови, шумно разыгрывается дальше, заглушая тихий эпилог давно минувших.
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    Пред таким-то кабаком остановился я и если бы преждевременно не решил, что мне следует делать: искать ли наверно находившихся здесь перевозчиков, или же воспользоваться посредничеством «приказчика», я принял бы подобное решение безусловно, увидев, что делалось в кабаке и кругом него.
    Дальше же, дальше от людского срама!
    Дом приказчика был близко и чрез минуту я переступил его порог.
    Приказчик знал меня и мог догадаться без объяснения, что нужно человеку, живущему в городке; после обычного приветствия я сел, ожидая его решения, но этот уважаемый муж, наперекор обычаю, как бы ни шумело у него в голове, не был пьяным, — не отвечая мне прямо, он подошел к окну и, чмокнувши громко языком, с тревогой сказал:
    — Ишь, темень какая и кажется быть буре, — дав этим почувствовать мне, что дело с перевозами обстоит дурно, вернее, что меньше 15 копеек за услугу он не возьмет. Четвертак сразу изменил положение. Сумма, превышающая его самые смелые мечты, подействовала на него магически; однако его расторопностью и наивностью, свойственной здешнему мещанину, он выразил свое удовольствие очень предусмотрительно, так как, взяв деньги, продолжал как будто предыдущую мысль: «но конечно, знакомого уважим». Я попросил его только о человеке надежном.
    — Будь спокоен: самый что ни на есть надежный, прогремел ответ, он будет немного пьян, но ты на это не смотри; чем более он пьян, тем верней. И перевозчик чудесный; один пятерым этим пьянчугам не уступает. Человек это, не человек, чистое золото! а сила, силища — у-ух! настоящий черт — продолжал он дальше, отворяя мне дверь в сени.
    — Откуда же такое золото достали? спросил я.
    — Ба! в том то и вся беда, что достать-то я его не могу; если бы я мог достать его, половину своих забулдыг-дармоедов разом выгнал бы! Но на мое несчастье Костя перевозит только тогда, когда порядком уже пьян, когда пить уж не в состоянии. К трезвому нет доступа; уж я к нему подходил и с той и этой стороны и деньги ему в начале давал, но он и слушать даже не хочет; «пошел», говорить, с твоими деньгами, дурень этакий! Разумеется, он сам дурак, так как обирает его всякая сволочь и он гроша никогда не имеет за душой.
    Го, Го! но буря, видно, близко — закончил приказчик уже на дворе.
    Действительно, ветер усиливался и с переправой следовало спешить. Глубокие, широкие воды Ангары, волнуемые сильнейшим ветром, бушуют так, что порой на сутки и даже на двое сообщение между берегами совершенно прекращается...
    Приказчик удалился в кабак за хваленым Костей, а я, так как спуск с крутого и высокого берега требовал довольно времени, во избежание малейшего замедления, удалился к лодкам. Ощупью, пробуя палкою землю на каждом шагу, сошел я в яму, только ощупью нашел ряд перевозчичьих лодок, на половину вытащенных из воды.
    Выбрав из них более новую и крепкую лодку я подобрав также весла, утомленный продолжительной ходьбой, я уселся довольно удобно на высунувшемся конце лодки, приятно растянувшись. Теперь я был совершенно спокоен. Ветер дул сильно и наверху между строениями выл на разные голоса, река начинала, видимо, волноваться, так как волны хлестали на берег все дальше с более громким плеском, чем обыкновенно; с средины реки можно было слышать весьма характерный шум, означающей, что чрез какие-нибудь полчаса, не более, Ангара откажет человеку в своем повиновении и накажет смертью смельчака, коснувшегося веслом ее чистого девственного лона. То, что приказчик говорил мне о Косте, вышло совершенно у меня из головы, — словам его я не придавал ни малейшего значения: он попросту, обрадованный неожиданно полученным подарком, плел, что ему взбрело в голову, показывая мне свой товар с наилучшей стороны. Теперь я был далек от всяких опасений и подозрений.
    Разницы между собой и миром, в котором я давно уже пребываю, я не чувствовал; пропасти, разделяющей нас, я не видел. Инстинкт самосохранения, поддерживаемый силой продолжительных привычек, примирялся с окружающей средой и находил соприкосновение с общим ему миром даже там, где первоначально и чрез большое увеличительное стекло не нашел бы его. За предусмотрительность, с которой я выбрал себе хорошую лодку и крепкие весла, и то, что за 25 копеек я обеспечил свою жизнь, я был доволен. Обстоятельства, за минуту прохватывавшие меня дрожью, теперь были для меня нечувствительны; не сострадание, но презрение я чувствовал к людям, которых разнузданные голоса долетали из кабака даже сюда к лодке, в которой я сидел. Так должно быть, — иначе быть не может. О нужде существа, которое могут застраховать за 25 копеек, я забыл в это время. Я забыл, что кто среди общего страдания перестает страдать, тот начинает погружаться в окружающее его болото.
                                                                                     *
                                                                                 *       *
    Катившиеся сверху каменья, отзвук больших и тяжелых шагов спускавшихся в яму людей, вызвали меня из задумчивости.
    — Ухуу! — раздалось в воздухе.
    Я ответил и вскоре две тени явственно обрисовались у подножья горы. Одна из них, немного выше другой, видимо скользила и зацеплялась ногами за лежавшие на берегу каменья, выделывая ими такие сложные пируэты, что только благодаря удачному балансированию ее широко расставленных рук, спуск счастливо окончился.
    — Где? спросил громадный силуэт, выдвигаясь теперь отчетливо из темного фона ночи, подходя и еще больше шатаясь около самой лодки, и в сильном, хотя и смягченном голосе, прозвучало плохо скрытое неудовольствие.
    — Здесь — ответил я. — Вот, прямехонько, Костенька, поспешно подсказал приказчик, вероятно не без намерения остановившись в почтительном расстоянии от протянутых рук силуэта, и из этих слов и осторожности, с какою он шепнул мне: «вот он самый и есть» видно было, что на самом деле он чувствовал высокое уважение к перевозчику. Насколько возможно, он подделывался к нему, говорил ему не иначе, как с особенной какой-то лестью, с той кошачьей чувственностью, которая блестит в глазах остроумного животного пред поимкой мыши.
    Тем временем Костя, удержавшись счастливо тут же предо мной, стоял слегка качаясь и, как будто бы измеряя и исследуя взором довольно трудный для него вход в лодку, взглянул несколько раз на меня. И я, также не взирая на темноту, мог приглядеться к нему немного.
    Мужик этот — был в точном смысле сильный; высокий, широкоплечий, он казался еще более широким в своем наряде, который состоял из красной рубахи, носимой вместо блузы по местному обычаю, и широких шаровар, засунутых от колена в голенища такой же ширины. Наклонившись к нему, я увидал из под рукавов рубахи, оборванных или, может быть, завернутых по локоть, толстые мускулистые руки. Черт лица я не мог различить; на нем была видна только богатая растительность, и это обстоятельство сразу объяснило мне многое: перевозчик был, наверное, поселенцем. Однако и его размышление, и мой осмотр продолжались очень недолго; Костя, собравши ли силы, или рассудив, что и самое долгое размышление бесполезно, пошевелился быстро с очевидным намерением войти в лодку.
    Приказчик заметил это и, наказывая: «потихоньку, потихоньку, Костенька», придвинулся к нему немного ближе и, протянув вперед обе руки, привел его в катающееся движение, упорно поддерживаемое маятникообразным кивашем корпуса и мысленно подсаживая его; но все эти усилия напрасно пропали: Костя поднял ногу, бросился всем своим телом и, во всю длину, рухнулся в средину лодки. Такое несчастливое начало совсем встревожило меня, с упреком бросился я к приказчику, но он упорно повторял свое: „ни чаво, ничаво! перевозчик чудесный; за пяточек доставит, а что упал он, то пустяки! разобрало его на свежем воздухе и хмель в ноги ударил, но это быстро пройдет; впрочем ходить здесь не надо, а в руках у него своя сила, страшная сила, не дай Бог попасть в эти лапы»!.. и снова он побуждал Костю, молчавшего как столб, обещая ему в своем доме два и даже три шкалика.
    Тяжелая задача! Искать кого либо другого не было уже времени и я решился на переправу, тем более, что и перевозчик, быть может немного протрезвевши от сильного падения, выкарабкался как-то довольно скоро. Уселся он в другом, переднем конце лодки, находившемся на воде и, взяв в руки весла, помаленьку, слегка начал ими упирать в землю, очевидно, с целью отпихнуть лодку от берегового песка, на котором довольно тяжелый челнок лежал доброй своей половиной. Приказчик прыгнул теперь быстрее и подпер лодку от руля, у которого я сидел, но Костя опустил руки и, поддерживая воткнутые в землю весла, не отпихивался совсем. Приказчик повертелся немного, пхнул раз один и другой, поставив как можно дальше ноги, но слишком большая тяжесть превосходила его силы и лодка не подвинулась ни на один даже дюйм. Пошел! тоном приказания крикнул ему тогда Костя. Приказчик отскочил, как обожженный, он же с неожиданным одушевлением, упершись ногами о поперечные внутренние связки, нагнулся, прикасаясь грудью к ручкам весел и откинулся столь сильным движением, что лодка, как по мылу, скатилась с песка, удаляясь на нисколько сажень от берега.
    — Ай леший, ай дьявол! — молодец Костенька! кричал в восхищении приказчик; лодка заколыхалась сильно на воде, и я остался один на один с пьяным перевозчиком.
                                                                                     *
                                                                                 *       *
    Приказчик действительно был прав, перевозчик в лодке совершенно преобразился: каждый удар весла, уменье править, все, одним словом, обнаруживало в нем силу и необыкновенную ловкость в управлении лодкой. — Если бы кто увидал его теперь, тот не догадался бы даже, что человек этот за минуту едва мог держаться на ногах. И бодрость во мне уже начала пробуждаться, как вдруг лодка, поставленная под слишком острым углом к набегавшей волне, накренилась на бок так сильно, что, не подготовленный к случайности, я чуть не скатился с лавки. Перевозчик быстро поправил ошибку и лодка, скрипя и визжа, как будто бы работая с одышкой боками, вновь взялась за свою медленную работу — рассекать высокие волны, грозно лоснившиеся побелевшими гребнями, порывы ветра и быстрое течете Ангары. Но мужество мое сразу исчезло.
    На средине реки вода клокочет, как в котле и за подобную неосторожность здесь можно поплатиться жизнью. Ангара имеет версту ширины, воды ее и летом очень холодны; с быстрым течением этих вод и при обыкновенных условиях невозможно бороться, так что же теперь, когда члены в один миг закостенеют? С быстротой молнии пронеслось у меня это в голове, и я пожалел о непредусмотрительности, с которой решился на переправу. С кем другим, может, легче было бы сговориться, но как приступить к этому пропойце? Ответит мне грубостью, как ответил он приказчику. Попробуем все таки:
    — Послушайте, перевозчик, начал я громко и по возможности самым решительным тоном, я весьма сомневаюсь, что переправа нам удастся; слышите что делается на средине реки? Вернемся назад, пока близко и вернуться можно, за ваше же старание я вдвойне расплачусь. Я говорил это по-русски. Вообразите же мое удивление, когда я услыхал ответ, переданный чистейшим польским языком:
    — Не бойся пан: переправимся, даст Бог, счастливо, — удивление тем большее, что не только нежелание и грубость, к которым я приготовился, не звучали в голосе перевозчика, но напротив слова его дышали доброжелательством.
    — Не бойся пан — повторил он снова и его голос звучал еще сердечней, еще мягче, как будто бы пьяный человек заботился о моем спокойствии: — я знаю Ангару и ее нравы, как свой пустой кошелек: бури сегодня не будет, а хоть и будет, разразится еще не скоро да, наконец, я не так сильно пьян. В кабаке сидел долго, там душно, и, когда вышел, на свежем воздухе разобрало меня немного, ну, а теперь уже все прошло. Пан может быть уверен, что такого промаха, как вначале, я уже не сделаю.
    — Все может быть, но скажите мне, откуда вы знаете, что я поляк?
    — Эге! Видать, что пан здесь не слишком давно; здесь без свечки узнаешь поляка.
    Как, с одной стороны, радовала меня встреча с земляком при весьма необыкновенных обстоятельствах, так, с другой — огорчала меня мысль, что земляк этот — человек совсем уже пропавший. То, что я видел недавно, отчетливо сейчас вставало предо мной, и кабак с его жертвами звучал в моих ушах отвратительным шумом своим, и этот человек, этот человек, что чутьем узнал меня среди темноты, гибнет также гибнет, наверное, безвозвратно.
    И сидели оба мы в молчании; я — задумавшись, он — на вид исключительно сосредоточенный только на веслах; спустя минуту, я услыхал снова его голос:
    — Почему не хочет пан разговаривать со мной? спросил он, и этот вопрос прозвучал очень несмело. Я понял его просьбу, почувствовал деликатную укоризну и вышел из оцепенения и, сказав ему вперед, кто и откуда я и что здесь теперь делаю, начал с ним разговор, но он как-то не клеился у нас: и мои вопросы, и его ответы были сухи, как чиновничьи.
    — Сразу со всеми прибыли сюда?
    — Так.
    — Чем же занимаетесь теперь?
    — Пильщик.
    — И недурны заработки?
    — Заработки хорошие, но пользоваться ими не умею.
    — Наверное из Варшавы?
    — А из чего пан так заключает?
    — Из чистого выговора, из слов, которые вы употребляете.
     Перевозчик молчал.
    — Почему же не отвечаете мне?
    — Колеблюсь, сказать ли пану правду? Я сын богатого шляхтича; зовут меня Константин Буский, окончил школу в Белой — ответил перевозчик быстро, не переводя духа, желая, видимо, снова по возможности сократить неприятное для себя признание. Как бы ни были обыкновенны в Сибири и далеко более важные превращения, но люди, которые могли быть во главе своего общества, встречаются здесь чаще, чем где либо среди общественных отбросов. И трудно бывает в минуту открытия подобной перемены сохранять всегда надлежащее спокойствие. А он так пленил меня своим чутьем!
    Больно было мне его признание и с эгоизмом, не думавшим о страдании ближнего, я бросил ему в ответ: — тем позорнее ваше падение.
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    Перевозчик громко застонал, но среди шума волн и воя ветра, стон этот дошел до моих ушей, как чей-то рев, простонал еще раз тише, и пока я успел очнуться, смех дикий: ха, ха, ха, ха, ха! ха, ха, ха, ха! раздался кругом меня; смех, которым смеются только большие злодеи и люди, доведенные страданием до сумасшествия, смех проклятых и безумных, острый, сухой и холодный, смех без модуляции, не смешной, но страшный; подхваченный стремительно кружившимся вихрем, он доносился до меня со всех сторон. Как артист громкими, вступительными аккордами заставляет разношерстную толпу сосредоточить внимание на тихой песне, способной найти братский отклик в самых черствых человеческих сердцах, так перевозчик, давая волю охватившему его чувству, либо будучи не в состоянии овладеть собой, силой боли и иронии, скрытой в своем смехе, приковал мое внимание к себе. И я не пренебрег пьяницей. Большой пьяный парень, сидевший против меня, приоделся в одежду, которую все мы по маленьку носим, которую однако, как паяцы, выставляя напоказ, чаще всего унижаем, — в одежду страдания, и он облекся в нее серьезно. И каким страхом начал меня пронимать этот неприятный, протяжный смех! Внезапно предо мной явился человек, одетый покрывалом великого страдания, покрывалом, которое мы не смеем, обыкновенно, приподнять, от которого, при встрече с ним, мы малодушно отворачиваемся. Я не ждал слишком долго объяснения, не прозвучало еще последнее эхо смеха перевозчика, как я услыхал следующие слова:
    — Гей, мой пан! к чему судишь меня свысока? Я упал, потому что свалился в лодку? Я запятнан позором, потому что физическое равновесие на короткое время потерял? Ха, ха, ха, ха! А этот злодей X., который обворовывает и своих и чужих и имеет тысячи, а крошки отдает громко на публичные цели. А тот негодяй У., который «тарасун» 1) продает вместо водки и тройкой ездит, хотя он пришел сюда более бедным, чем я? Это примеры для многих, это образчики энергии и неумолимости в несчастии, это, может быть, мученики? Ха, ха, ха, ха!
    Пред Богом, — громко продолжал перевозчик, заглушая шум волн и свист ветра, — я нравственного равновесия никогда не терял, но об этом меня никто не спрашивает. Я не выношу неправды на сете, но это для вас безразлично. С каким же челом, бездушные, для чего бьете вы меня все? Упал я, разбивая себе голову, но чем я ранил хоть кончик твоего пальца, суровый судья? Чем не по человечески я откликнулся тебе? или я барышничаю, получая 5 копеек от тебя и 5 от приказчика, разом 10? Десять копеек за час тяжелой работы, сопряженной с опасностью жизни! Столько лет страдания и ничего, кроме презрения, столько лет страдания и ничего, кроме позора!.. Эх! Черны воды Ангары во время бури, но еще чернее души людские в своем спокойствии... Холодно на дне этой огромной глубины, но холоднее на широком свете. Брр! холодно мне! и снова несколько дней пить я буду... Слышишь, пане? ты мне охладил душу сегодня, а завтра уже я был бы, может, трезв... ведь видишь, думал я, осведомившись, что ты человек новый, что не зачерствел еще, и я, измученный, найду облегчение в разговоре с тобой. А ты бессердечно ударил меня!.. Может, я и упал! Но нет, неправда! не упал я и никогда не упаду! Это вы упали, вы сподличали!., но вы трезвы, а я — пьяный!.. вы имеете разум, а я кусок глупого сердца и голос чтобы кричать от боли, а не водки. Пьяный гибну среди вашего шума. Страдаю и страдаю сильно, но не могу убедить вас, не умею, да и кто же, наконец, захочет слушать павшего!..
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    Уж одно то, что я терпеливо выслушал расстроенного несчастливца, вполне расположило его ко мне; оскорбление, которое ему я невольно нанес, он скоро забыл, и едва я обменялся с ним некоторыми мыслями, как он перешел к продолжению переправы: — ведь сам я втечете стольких лет быть может, теряю разум, может и я действительно пал? — Неотступно, но покорно он просил выслушать его. Я согласился; перевозчик поблагодарил меня воплем и, как разлившийся поток, сдерживаемый высокой плотиной, когда он найдет и выдолбит в ней самый крошечный выход, совсем сносит и опрокидывает слабую преграду, лились стремительным и широким потоком то страстные и горячие, то тихие и жалобные, как плачь слабого дитяти, слова перевозчика.
    — Бури не будет, успокоил он меня прежде всего еще раз, а хоть бы и разыгралась, с одним веслом всегда успею добраться до берега. Жаль, что пан не хочет покататься посредине Ангары. Не люблю я тишины и покоя. Там не то, что здесь, — волны, гонимые стремительным течением, сильно ударяют, вода даже в глаза брызжет, лодка летит, как качель. Роскошна эта Ангара! Я полюбил ее как свою,  как  родную, и умру я, наверное, в ней; но ее твердому руслу разнесет вода кости мои и уж там они никому не будут мешать. Сюда бегу я, когда уж очень меня жизнь доймет, когда она замораживает меня своим холодом; пью я тогда на смерть и ищу успокоения на этих бурных волнах. Сила суровой и великой природы подкрепляет меня. И хорошо мне здесь. Страшны эти воды, вздутые бурей, терзаемые ветрами; но всегда они таковы, как на самом деле, не обманывают человека. Бросаюсь я на них, зная, что они смертью мне угрожают, что смертью они отомстят за самую небольшую мою забывчивость.
    На волнах жизни иначе. Манит нас она чудными миражами и бьет безжалостно глупцов, протягивающих к ним руки и, как насмешник без сердца и совести, осыпает она щедро своими дарами тех, которые плюют на эти далекие миражи, которые ругают эти путеводные звезды, топчут наши идеалы. Но не согнуть ей моей веры! Не сломать, ей моей силы! Бьют меня со всех сторон волны жизни, буран и метели, и бури, вам неизвестные, ударяют в обнаженную грудь мою: ведь стою я на самой низшей ступеньке общественной лестницы, в том ряду существ, для которых пристанище — кабак, место отдохновения — могила. Но я стою и стоять на своем здесь буду до конца! А когда я начинаю терять силу, бросаюсь на эти глубокие волны и здесь, вдали от людей, полный их презрения, простираю руки к Богу моему, повторяя Ему молитву свою: верю Тебе, Боже, и никогда не перестану верить, что не угас святой огонь в человеческих сердцах, что сеятелем правды можно еще быть на земле. И легче мне тогда. Сюда, где я стою теперь, спустился я прежде, чем стал пить, так как здесь легче устоять. Я пилю доски, и довольно! Но ни частички совести, ни доли из своих убеждений, никому уступить не могу! Здесь упавшие, но тут и чистые! Здесь грязь и преступление, но здесь найдешь и добродетель, правда, неразумную часто, но за то сколь же чистую! Успокаивает мои страдания Ангара, но не раз случалось, что, когда я лежу где-нибудь в болоте, какой-нибудь оборванец приходить, обнимет мою голову и уронит слезу сочувствия. Тогда сразу встаю я на ноги и долго, долго не пью. И не потому я пью, что так низко стою, я стоял здесь все года раньше и водки не брал в рот, но видишь, пане, пятнадцать лет, как дурно бывает со мной временами; гнетет меня страшная мысль.
    Физически я силен: двух крепких парней при пилении досок заменю, оба без рук отходят, а я только разойдусь; кабак, среди гостей которого много известных силачей, головорезов по профессии, дрожит предо мной и молчит, когда ему я покажу свой кулак, лбы челдонские гнутся пред этим кулаком, как колосья пред ветром, но падает моя сила, гибнет воля и разум помрачается, когда овладеет мною кошмар, мысль, от которой холодеет кровь в жилах. И стоит тогда пред глазами моя изломанная жизнь. И смотрю я на нее и вижу, что похожа она была на жизнь безумца, который, постукивая сохой по гладкой скале, думал, что он пашет и, бросая зерно на твердый камень, думал, что сеет. И тогда я точно лист, морозом тронутый, что вчера еще был полон жизни, а сегодня висит на ветке живого дерева почерневший и печальный. И я точно дитя малое, которое в великом людском сборище потеряло дорогую мать и не знает, кто его сегодня прижмет. Бросаю я тогда работу, сижу у дверей кабака, пью и плачу. А проходящее кругом меня забрасывают меня грязью, поносят меня, плюют на меня. И злодеи, и убийцы, и изменники, с ног до головы позором заклейменные, стоять надо мной, как коршуны над падалью, и каркают мне: «стыдись!» Ведь, все они видят только бутылку в моей руке, а никто не хочет видеть слез, бегущих из моих глаз. И матери с детьми на руках смотрят на это и, видя, как люди уважаемые презирают меня, показывают на меня своим детям и говорят им: «вот до чего дошел», а когда дети спросят: «что ж он сделал?», говорят им: «упрям был». И дети малые со страхом и отвращением отворачиваются от меня и протягивают свои ручки к людям, торгующим совестью. И та мысль, которая леденила кровь у меня в жилах, которая сделала меня из трезвого бессильным, встает тогда предо мной, воплощенная в нагую и отвратительную действительность. И кажется мне, что нет у меня пашни на земле, которая бы восприяла божье зерно, что мне нет отзвука в человеческих сердцах, которые не были бы отравлены с пеленок.  И как страдает отец, который из-за ложного стыда убивает свою единственную и любимую дочь за заблуждение молодости, так я страдаю. И как доходит до сумасшествия, благодаря страданию несчастных, та мать, которая душить первого сына, зачатого в любви, так и я безумствую от боли.
    Ведь я одинок и брошен и должен задушить то, что мне всего дороже на земле, что было детищем моим, моей родиной; приходит мне мысль, что я прожил всю жизнь напрасно с мечтой, родившейся в головах безумцев, что в жизни (и голос перевозчика перешел в резкий прерывавшейся шепот) — в жизни... подлым... быть нужно...
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    Переехали мы чрез средину реки и перевозчик умолк, может быть слишком взволнованный, или сосредоточенный на предстоявшей борьбе с могучей стихией, которая, как водоворот, своими волнами стремительно ударяла нас. Действительно, волны здесь брызгали в уши но лодка, руководимая сильной и искусной рукой, хоть «колыхалась, как качель», хотя скрипя и пища всеми швами, счастливо разрезывала глубокие водовороты и высоки волны.
    Наибольшую быстроту течения проехали мы довольно скоро, и перевозчик, очевидно, не желая тратить напрасно ни одной минуты, начал снова так:
    — Знаю хорошо, что мне пан скажет: откуда это противоречие в словах и на деле; нет у тебя веры там, где есть отчаяние, и чистота души не идет рядом с пьянством. Так, пане, и я бы сказал всякому; так, ведь, я и себе скажу, когда пройдет безумие, которому я покоряюсь, и найду обычное спокойствие; но есть яд, который меня 15 лет убивает медленно, от которого воля моя слабеет; яд, который другие приняли и переварили, как перевариваем мы, по обыкновению, повседневные огорчения и ядовитые приправы. Подобных приправ и я съел немало, но последней я не могу перенесть; борюсь я с ней еще, но чувствую, что судороги, который происходят со мной и с которыми я столько борюсь, предсмертные, что когда-нибудь она убьет меня, и я потону где-нибудь напрасно, в самом лучшем случав, лягу, как самоубийца, на дне Ангары. Я не, обманываюсь и не продолжал бы эту бесплодную борьбу, собственно свою агонию если бы не надежда, которая хоть издали, сегодня более, чем когда либо омраченная, светит мне еще до сих пор.
    У меня есть полтораста рублей, собранные давно для себя на дорогу... И вот я пью... чтобы жить... и избегать подлости, когда эта грусть начинает сильней снедать меня. Хочет ли пан слушать меня? выслушай же терпеливо; рассказ недлинен; может быть, и тебе пригодится, а может, унеся его на далекий Запад и усевшись где-нибудь на дворе или падбужной хате, расскажешь его старикам и детям, охотно заслушивающимся сказками. И, слушая сказание о страдающем человеке, который, несмотря на свою надломленность, до конца остался верным заповеди, может быть, старики и благословят меня; может, быть, поступив в сокровищницу опыта, они научать малых внуков, как следует страдать и на мою могилу скатится не камень проклятия из неразумных рук, а чистые слезы из невинных глаз. И когда плачущие дети вырастут в зрелых мужей, они не будут бранить мою душу и смеяться надо мной.
    И западный ветер прошумит об этом над моей брошенной могилой.
    И пошевелятся в ней радостно мои кости.
    И как сегодня я горячо взываю к моему Богу, чтобы он не допустил меня пасть, и так, буду взывать к Нему тогда еще пламенней, чтобы дал Он, тем мужам и разум, и твердость духа, и веру, которых нет у нас, чтобы они знали, что самая черная ночь ожидает дня, чтобы не сгибались они под бременем, нести которое нет сил, чтобы верили тогда, когда мы малодушно отчаиваемся.
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    — В земле полесской, над старым Бугом, среди неистребленных еще господских и казенных лесов, находился клочок земли, не более пятнадцати десятин, который в течение века был во владении нашего рода. Кажется, многочисленны были мы когда-то, — но со времени барской конфедерации, когда прадед перебрался на Буг из нашего старого гнезда в земли лифляндской, никогда уж более мы не могли разрастись. «Оставалось всегда Буских столько, сколько нужно было для потомства», говорил обыкновенно мой отец матери, когда она оплакивала смерть двух моих старших братьев. — Не ропщи и не плачь! Дал тебе Бог Костюшу — говорил он, указывая на меня; видно, что воле Его святой угодно было тогда взять их в небесную службу; молись лучше, чтобы из этого шалуна вышел человек, а не какая-нибудь кукла», и он так энергично стучал своей деревянной ногой, что, сейчас вспоминая эти слова его, кажется мне, слышу громкий стук той ноги. Пять-десять лет тому назад, когда уж моим старшим братьям было но нескольку лет, отец потерял на войне правую ногу и вернулся домой только чрез десять лет, но такой измученный и постаревший, что 40 летний мужчина походил на старика. Мать выглядела не лучше. Тем не менее они возродились в течение двух лет и, не смотря на то, что оба они были белы, как голуби, оставались здоровыми и бодрыми, а отец, хотя и без ноги, мог бы поспорить не с одним молокососом. Через 3 года по возвращении отца родился я, как говорить, неожиданно. К большому огорчению матери, отец не выказывал мне той любви, с которой он обращался к старшим своим братьям, как бы стыдясь того, что у стариков на виде  родилось дитя. Будучи человеком большой веры, он хотел в этом видеть какой-то перст, какой-то промысел Божий. И думалось ему, что этот знак непогрешимый, что два старших сына должны были пойти на общественное служение, а я остаться при домашнем гнезде «для потомства». Твердый и упрямый, как каждый польский шляхтич, не бросавшей обдуманного раз намерения, он всю свою душу вложил в воспитание братьев. Так как на родине не было высшего учебного заведения, а ехать заграницу не позволяли средства, по окончании ими школы, он приобрел для них множество книг, основал целую библиотеку. Они читали, гуляли, рассуждали целые дни и ночи. Не помню я этого: но мать моя потом рассказывала это. Продолжалось это недолго. Не было мне еще и шести лет, как братья исчезли из дома.
    Вначале отец был весел и полон розовых надежд, но через год как-то вдруг изменился и когда через несколько месяцев потом пришла весть о смерти обоих братьев, он принял эту весть совершенно равнодушно «Так и не заплакал даже над “соколами своими”», повторяла мне не раз расстригавшаяся Старая няня, когда я был уже немного старше. Было уж мне восемь лет, когда задумали насчет моего образования, и тогда-то отец, занятый в начале моей жизни воспитанием старших братьев, потом слишком сильно тронутый их преждевременной кончиной, обратил на меня надлежащее внимание. До этих пор я был исключительно на попечении матери; она научила меня читать, складывать руку для первых букв, она мне объясняла чудеса природы сообразно с своим, простым пониманием. С ней я проводил и дни и вечера. Прекрасны дни деревенского детства и если я, находясь, может быть, среди других условий, сохранил бы память об этих ясных солнечных днях, то печальная жизнь моя, загроможденная черными тучами, лишенная солнца, сохранила в моей памяти с необыкновенной силой воспоминание об очаровательных деревенских вечерах и в особенности длинных посиделках. В то время еще повсюду в глуши полесья, в маленьких дворах сохранялся обычай собиранья прядильщиц, У нас они собирались в большом покос, исключительно для этой цели предназначенном, и среди них сидела мать с своей прялкой. Здесь пред пылавшим ясно камином тянулись никогда непрерывавшейся нитью, уходившей в омраченное прошедшее, сказки и разные предания; здесь я оплакивал смерть, Христа, когда прядильщицы заведут «тяжкие скорби».
    Сидела мать обыкновенно у камина со своим хорошо выточенным колышком, с книгой под рукой, а на полу, усыпанном желтым песком, тепло нагретом лучами пылающих полен, располагался я у ее ног, и чувство, которого потом я никогда не испытывал, наполняло меня. И ворчанье колес прялок, и звонкие песни, и треск пылающего дерева, сливаясь вмести, давали удивительную музыку, действовавшую с необыкновенной силой на мой детский организм; оригинальные и монотонные звуки нежили, очаровывали меня, навевая сладкие мечты. Укачиваемый этими звуками, согретый приятным теплом огня, чувствуя близость дорогой матери, я заснул бы, как засыпал неотвязный мой товарищ, большой кот, терпеливый Мацюсь, если б не какая-нибудь приманка, которая, дразня тупеющее чувство, поддерживала грезы наяву. Вот уж засыпаю не раз, уж не слышу ворчанья колес, ни монотонного треска дерева, только мурлыканье Мацюся, лежащего тут же у моей головы, еще ясно слышится в моих ушах, когда вдруг скрипнут двери сильней, и над моей головой покажется лицо отца: седые усы, по обыкновению сурово торчащие, теперь так добродушно падают на его широкую грудь, большие глаза из под нависших бровей смотрят на меня с такой любовью! И хорошо мне тогда и радуюсь, что не уснул я и сержусь на глупого Мацюся, что он не разделяет радости моей, и пальцы, сложенные уже, чтоб щипнуть его за хвост, завернувший даже на передние лапы, бессильны стиснуть как следует, невольно падает рука на кругловатую голову кота, на которой исчезают и те кончики ушей, что еще за минуту до этого торчали на ней, глаза смыкаются плотней и только более внятное мурлыканье подсказывает, что Мацюсь и во сне чувствует и благодарит меня за неожиданное уважение к нему.
    Засыпаю я не раз, уже не слышу ворчанья колес, ни монотонного треска дерева, ни того как застонет вихрь за окном, порывисто тряхнув ставнем, и сразу замолкнут колеса, и глубокая тишина внезапно воцарится над недавним. шумом. Даже Мацюсь откроет на минуту заспанные свои глаза, а я слушаю, ушедши весь в слух... и среди тревожной тишины раздается вдруг голос старой Матвеевны - няньки, которая вынянчила еще мать: «молитесь дети», и десятки рук, толстых, черных, усталых от работы, осеняют груди знаком креста, из десятка уст сразу вырывается с глубоким вздохом покорная молитва: «Господи помилуй». Кто-то, наверное, повесился, и душа грешника просить о молитве, а если дует метель, то заблудились несчастные путники, и помочь им наказывает христианский долг. И надолго сбегает сон с моих глаз и сладкие грезы продолжаются дальше без конца. Но грезы эти перешли в какую-то лихорадочную дрожь, в состояние, воспоминание о котором и сейчас глубоко захватываете меня, когда в комнате прядильщиц раздавалось жалобное пение, оплакивавшее смерть Христа, «Тяжкие Скорби», старые «скорби» наши потрясали меня до глубины души эти песни, проникнутые вековыми страданиями нашего деревенского народа, стонущего чрезмерной и безнадежной болью, потрясали так, что над каждым более горьким словом я плакал навзрыд. И не возбраняла мне плакать дорогая мать. Сама ли, столько раз страдая, хотела закалить свое единственное дитя, зная, что придется ему страдать, или по другой какой причине, достаточно, что в течении всего великого поста я плакал всякий вечер, слушая напев прядильщиц, и всякий вечер обе ее руки гладили нежней обыкновенного мою голову, всякий вечер сильней и горячей обыкновенного они прижимали и привлекали плакавшего к себе. И торжественно, как само страдание, звучал голос матери, когда она прочитывала из книги замечания и размышления «в тяжких скорбях», находившиеся между одной и другой песнью, и помню как сейчас каждое слово этих простых и искренних молитв. В особенности помню я, как вначале другой части, мать, читавшая все другие замечания сидя, становилась на колена и, привлекая меня к себя, произносила удивительно глубоким и сердечным голосом: «те раны, и обиды, и поношения принесем в жертву тому же Христу, страдавшему за все христианство, для ниспослания покоя и взаимного единения в христианской любви и истинном единодушии».
    И при освещении пылающим огнем, лице ее, обрамленное белыми волосами, дышало в моих глазах невыразимой прелестью; я чувствовал как-то инстинктом, что это самая великая ее молитва, самая большая просьба, которую посылает она к Богу. Прижавшись к ней, я чувствовать сильное биение ее сердца и, набожно складывая руки, с верой повторял ее искреннюю молитву, и надежда, и упование разливались по ее лицу; в глазах горел блеск радости, когда я тоненьким голосом произносил молитву, значение которой я не поиимал еще... и уста ее дрожали от волнения, когда они целовали мой лоб...
    И не услышал Бог горячих молитв твоих, о родная моя! — крикнул перевозчик голосом глубокого страдания, коснулось тебя-то, об отвращении чего ты молилась ежедневно, сердечная моя! И, как скорбящая, стала ты одинокой и брошенной на закате дней твоих, потеряв навсегда свое ясное солнышко. Легче тебе было бы, если б ты видела меня в саване и не испытывала бы ты мук неведения о своем детище, и не проливала бы ты кровных слез над моей долей: Очами души своей я видел эти кровавые слезы, которыми ты плакала, несчастная моя кормилица, ведь я чувствовал муки, которые ты терпела, когда смыкались веки твои и не видела ты около себя своего детища, святая моя!  Слышала ли ты, зов мой, что я не забыл молитв твоих? О, услышь меня! Услышь, что дитя твое, хотя оплеванное, обесславленное, одетое в лохмотьях, взывает и сейчас, как некогда взывало у груди твоей: «те раны, и обиды за все христианство, за малых и самых слабых, за мир и единение между людьми»!
                                                                                     *
                                                                                 *       *
    — Тогда-то, когда молились мы вместе с матерью, в первый раз внимательнее приглядывался ко мне отец и даже рассердился немного за такое «бабничанье парня». Но мать ему не уступала уже меня совсем и, из боязни за мою будущую судьбу, отдавая меня на день отцу для науки, вечером всегда брала к себе. От нее прежде, чем отец начал мне рассказывать о королях и рыцарях, услыхал я о королевичах и королевнах, о глупых и мудрых братьях, здесь в первый раз наивно я остановился на видимой непоследовательности народа, бранившего въ своих сказках мудрость, дающую преходящий успех, и стоявшего всегда из какого-то чувства деликатности со всеми, своими человеческими симпатиями на стороне обиженных природой глупцов. Отец, как будто бы в награду за свое равнодушие ко мне до сих пор, полюбил меня сердечно, начал сеят на пиве, возделанной уже матерью. Узнав меня ближе, он не только перестал удивляться «бабничью парня», но и сам стал чаще заглядывать на вечерние посиделки. То, что прядильщицы повествовали об умных и глупых братьях, то, что пели они «тяжкие скорби», повторял и он порой, называя только иначе вещь, по существу одинаковую, и так как мы не имели крепостных, а дед, и прадед свой небольшой клочок земли обрабатывали наемным трудом, то ныне нужно было прикрывать и убелять предо мной величайшую ложь в тогдашних наших условиях — барщину. Фальшь и ложь никогда не запятнали уст его, и старик, покрытый сединой, стал моим любимцем и товарищем. Отправление меня в школу не только не разорвало, но затянуло связывавшие нас узы, и не было еще мне шестнадцати лет, когда очаровательные замки, неземные дела, недосягаемое совершенство заволновали мою голову. Убегал я тогда от забав и товарищей к любимым книжкам, при тусклом свете сальной свечи, согнувшись вдвое, проводил над ними дни и ночи, — уносясь в горизонты, более широкие теперь, прошел я и ту жизнь, какую мы проходили в школах, с завязанными глазами, не видя и не слыша в этой жизни ничего, кроме того, что отвечало книжным идеалам, мечтаниям старого отца. Когда я вернулся из школы домой, он вел меня той же самой дорогой, и хотя тернии кровавили не раз наши ноги, глубоко впиваясь в тело, побуждаемые лихорадкой, мы не чувствовали боли, смотря в даль, мы не замечали своей крови. Да, увидав ее даже, мы приняли красные пятна за розы этой жизни! Кучи книг, выписанных для братьев, довершили мое образование, и оригинальна была жизнь старца, который, идя предо мной с головой, покрытой снежными волосами, был для меня кажущимся символом сеятеля правды на земле. Как лебедь тончайшим пухом, вырванным из собственной груди, выстилает гнездо своих птенцов, так этот человек, никогда не забрызганный грязью жизни, ранив собственную грудь, черпал обеими руками из глубины своего сердца для ближних своих и сеял на обе стороны своего пути. И хотя жизнь безжалостно сметала его посев, с детской наивностью, с чистотой голубя дошел он до конца дней своих, непоколебимый в своей глубокой вере, с тем огнем святым, который горел в старые века на лицах избранников, огнем любви до конца горевший. Есть ли теперь среди вас такие люди? спрашиваю себя я не раз, и горе вам, трижды горе вам! если нет среди вас людей чистых. Как глаз человеческий, пребывая долго в темноте, увидав бледный луч, принимает таковой за луч ясного светила, так сердца, не чувствуя нигде отзыва своим чистым ударам, тоскующие и жаждущие, начнут отвечать на каждый звук, даже шероховатый, лишь бы более живой.
                                                                                     *
                                                                                 *       *
    — Мне исполнилось лет девятнадцать и мать задумала мою женитьбу; за каких-нибудь четыре года, самое большее по ее расчетам, я должен был жениться, как только Ганя, ее любимица, подрастет. Гане было тогда четырнадцать лет, любил я ее искренно, и она, вероятно, любила меня, по крайней мере любовью сестры, как обыкновенно может любить дитя. Отец в, то время ходил помолодевший, с лихорадочным румянцем на лице, не спал он совсем, учил меня день и ночь, что и как во всяком деле нужно делать. Но его невольно омрачала мать, потому что дня не проходило, чтоб не снились ей дурные сны, в которые она свято верила, всегда предвещая смерть кого-либо из близких в родне. Тогда не обращал я на это внимания и лишь позднее, раздумывая о последних днях своего пребывания в доме, понял, каким обоюдоострым ножом пронзали грудь моего отца эти предчувствия и сновиденья матери. И каждый день крепились мы, чтобы наконец поведать матери о моем отъезде, и всякий день, с утра храбрые, мы теряли к вечеру отвагу и снова откладывали все до следующего дня. Ведь, видишь пан, и в голову ей никогда не приходило, чтобы, после потери двух старших сыновей, и меня еще могла она потерять, и месяца не проходило, чтобы она при подходящих условиях не повторила отцу: отдала я тебе жизнь двух тех, но Костя — мой... И хотя тучи грозно нависали над нами, мать надеялась... И потрясло же ее жестокое известие, как гром небесный ее не потряс бы, и почернела она за один день, точно из гроба вынутая, и смотреть на ее страдания не хватило у нас мужества. В два дня я уехал из дома, уехал навсегда, и несмотря на то, что живо помню наше прощание, подробно рассказать все, наверное, никогда не хватит духу. Если даже кто и видел, как прощалась мать с единственным умершим детищем, тот еще не может знать, как благословляет мать последнее дитя, положенное заживо в могилу... Вот она слабеющая упала на мою  руку!..
    Ехали мы скоро, со взгорья у соседнего леса оглянулся я на наше старое гнездо: на высоком плетне, с обнаженными головами, с развевавшимися снежными волосами, стояли они оба, а перед ними бедняжка Ганя. И когда я увидал двух этих стариков, осиротевших, стоявших провожая меня в непогоду, сильная скорбь стиснула мое сердце... — Перевозчик прервал свой рассказ.
    — И листик за листиком, — продолжал он после весьма долгой паузы, — жизнь начала обрывать с дерева, взлелеянного так заботливо. Уж вскоре после отъезда из дому глаза мои открылись с удивлением и с небольшими перерывами остаются открытыми до сего дня, не будучи в состоянии перенести блеска, сверкавшего на медных головах людских. Чем я мог, я действовал против неправды света, но круг моей деятельности все более и более суживался. Сузился он до такой степени, что я мог только то с последствием, то без всякого, пускать в  ход силу своего кулака. Не жалел я этого кулака никогда. Я бросался вначале на разные дороги, попробовал и науки, и различные занятая, но быстро убедился, что нигде удержаться не могу, компромиссов с совестью в самых мелких делах никогда не делал, а если где уступал, — то среди людей, которым нет места у стола жизни. Ложь бывает догадлива, она понимает свою порочность, знает, что не следует требовать от всех людей, чтобы ей содействовали, она рада и адептам, умеющим хотя бы только молчать. Но и с молчанием я не мог примириться; когда при  мне грабили, я предостерегал, что грабят; когда при мне клеветали, я открывал правду; когда производили насилие, я отвращал напасть насилием. Часто мне удавалось, как и теперь временами удается, защитить какого-нибудь бедняка, стонущего от оскорбления, и хоть принесло мне это множество столкновений и неприятностей, но благодаря тому, что здесь боятся все моей физической силы, которой не раз удивлялись, никто и не допускает даже, чтобы человек сильный не был мстителен; разные обиралы здешние не очень преследуют меня. Теперь, впрочем, смотрю спокойно на повседневные явления и мелкую безнравственность людей. В начале было не так. Возвратился я тогда к своим, но после нескольких попыток я оставил и здесь поиски. Среди простых людей то там, то сям чаще попадался человек дельный, но образованного, развитого лица, которое бы, надломленное в конце концов, не гнулось никогда под тяжестью, достающеюся ему, было уже далеко трудней найти. В глазах как-то, в один миг, люди преобразились до не узнаваемости. Только те, что видели эти превращения, могут понять всю важность их, зная, что громкие лозунги повторяли мы, невидимому, без смысла, что довольно было — одного холодного вихря, чтобы заморозить пышные цветы и доказать, что вытянулись мы вверх сверх сил своих и что родные нам деревья своим обыкновенным цветком, обыкновенным листом не в силах теперь нам помочь. А тут так холодно, холодней, чем где-либо! И дрожали молодые и высокие порывы, прячась за мшистые здешние пни, стелясь и ползя по земле, проникая в чащу, чтобы, приняв будничные вид и образ, найти в затишье человеческого муравейника покой и гарантию для своего растительного существования. Не сомневаюсь я, что непорочных, незапятнанных людей оставалось между нами немало, но все это как-то сжалось, замкнулось исключительно в себе. Теперь этих людей, у которых была смелость остаться такими, можно сосчитать па пальцах, нужно со слезой разыскивать их.
    — Здесь был между нами благородный старик, по уже ослабевший и обессиливший, а кроме него в нашей стороне я слышал только об одном таком человеке. Где-то здесь около Тулуна, кажется, жил этот образованный человек, собственноручно обрабатывая кусок земли. Он вел чистую жизнь, никакими излишествами не обременял своей суровой судьбы. Я остался здесь совсем одиноким, без опыта, без дружеского совета; слишком пылкий, весьма впечатлительный, я не мог удержаться на должности, на которую мне давало право мое образование. Шло обыкновенно так, что не успею я еще занять должности, как уже вылетаю с поста и редко тихо, чаще же всего громко, с шумом. Скоро убедился я, что я не могу пользоваться привилегированным занятием и тогда бросился я к самым простым, где от работающих, кроме физической силы, не требуется ничего более, но и тут не вдруг нашел я точку опоры.
    Всю жизнь окруженный попечением любивших меня людей, я привязался к родине, я думал, что отдам свой добросовестный труд трудолюбивой деревенской жизни, которая в обмен отплатить мне хоть небольшой душевной теплотой; человек с иным характером, наверное, достиг бы такой скромной цели, для меня же и это оказалось недостижимым. Знает пан, как деморализовано здешнее крестьянство и не нужно говорить, как кончились мои наивные попытки. Я даже имел с одним кулаком такую безобразную ссору, что не будь здешним исправником в то время человек гуманный и разумный, я наверное, был бы обвинен в уголовном преступлении. Тогда то я взялся за пилку; платят мне поштучно: никто от меня, ни я от кого не зависим. Работаю ли медленно или скоро, никому это не интересно, не так как я силен и всегда здоров, могу получать хороший заработок. Вздохнул я полной грудью, когда после нескольких лет лихорадочного метания из одной стороны в другую, нашел, наконец, занятие, которое, давая мне недурный заработок, позволяло мне избегать здешней грязи. Скопив прежде всего те полтораста рублей, о которых я говорил, благодаря тому, что на себя не много нужно было тратить, я употреблял большую часть своих заработков на снабжение и призревание той невыразимой бедноты, которую только возможно встретить в здешнем кабаке. Вечером я работал над собой. Несмотря па очень многие предостережения, я мечтал о внутреннем спокойствии и равновесии Злые люди всюду одолевают, думал я про себя, что же удивительного, что здесь их так много! То, что я и полуземляки мои кажутся здесь довольно серыми, я объяснил себе различным образом, но веры в людей не терял. Ходили у нас вести о человеке светлом, жившем около Тулуна; здесь былъ несчастный Здарский, в другом месте найдется другой, там третей; сколько есть таких о которых свет не знает, и сколько чистых сердец бьется там, далеко? И пиля доски, я не чувствовал боли, которую приносила моему сердцу тупая пила жизни, и хотя в это время умерли мои родители, Ганя вышла замуж вскоре после смерти, а наследство захватили родственники, я не падал духом, я забывал о действительности, закрывал глаза на разочарование и огорчения, чувство любви переполняло меня, чувство виры в людей билось в моей груди, и не один раз, когда я стоял высоко на бревне, песнь веры и надежды вырывалась из моих уст, и, как мать моя в те годы более счастливая, я верил в будущее...
                                                                                     *
                                                                                 *       *
    — Но в это время начали доходить сюда первые вести, ударом обуха поражавшие меня. Первый удар я помню подробно. Было это летом, день клонился к закату, красивое пурпуровое солнце, как будто стыдливо зарумянившись, что оно должно отступить пред ночью, виднелось еще на горизонте. Полгода тому назад, как собралось нас несколько зимним, холодным вечером проводить старого Здарского, о котором я упоминал, неожиданно возвращавшегося домой на родину; здесь, ведь, он быль с давних пор, детей на родине не оставил и дома там не имел. С каким он глубоким и торжественным экстазом говорил о земле, которую столько лет не видел! Как окрылял он нас надеждой, обещаясь писать нам о своем счастье! Стоя на своем обычном возвышении и смотря на необыкновенно прекрасный закат солнца, я вспомнил нашего отца — все мы его отцом называли здесь. Едва я подумал об этом, как гляжу, что такое: приведение или поразительное сходство?
    В расстоянии шагов десяти самое большее от меня, стоит старый Здарский и глядит на меня, но грустный, переменившийся, похудевший, не то измученный. Я не суеверен и в духов не верю, но перекрестился, а уста мои совсем невольно проговорили: «Иезус Мария». Присматриваюсь пристальней к нему, прекратив работу, и вижу, что из глаз его плывут слезы и тихим, пристыженным голосом несмело говорит он:
    — Как поживаешь, Костюша?
    — Что такое, как, зачем? осыпал я его вопросами.
    — Как видишь, — вернулся я.
    — Как? сам? добровольно?
    — Гм. да так... то есть... видишь... — лепетал нелепо старик, и слезы, как град полились снова по его изнуренному лицу. Вижу, что дело — плохо, бросил я работу и потащил его в свою избенку. Но здесь мое удивление еще возросло, когда, усадив его, я спросил «ну, что же, отец?» Здарский молчал сначала, а потом потребовал водки. Ушам своим не верил я, так как раньше он никогда не пил, — но я толкнул парня и, когда он принес бутылку — сам я в то время не пил — в доме не оказалось рюмки. Я поставил на стол стакан. Здарский налил себе полные, выпил и, покраснев до ушей, поднял, наконец, на меня глаза, говоря тихо но ясно:
    — Вернулся я, потому что не хотел протягивать руки, а умереть так с  голоду было бы для меня слишком большим страданием.
    — А работа, отец, какое-нибудь занятие, говорил я, забывая, что этот человек всю жизнь прожил работой рук своих.
    — Работы и занятия там для меня нет никаких.
    — Как это нет работы? кто же не найдет ее среди людей? спрашивал наивно я.
    — Я ее не нашел. Но выслушай меня терпеливо — продолжал он дальше. — Старые знакомые не узнали меня, родственники сбыли скоро с рук. Да, Бог с вами, подумал я, найду работу и без вас! И задетый за живое, я начал искать. Где я не был в течение этих четырех недель. Бог мой милосердный! Ходил, расспрашивал, делал объявленья, но напрасно. Сначала ничего себе, по когда дело дойдет до объяснений, когда случится сказать о себе не много больше, положение сразу меняется, лице работодателя преображается и принимает... принимает... выражение?.. брат, я не умею даже назвать тебе это, но если б ты увидел, как в один миг изменяются человеческие черты, то румянец стыда вспыхнул бы у тебя на лице, как он пробился па моем морщинистом; если б ты видел это, заплакал бы, как заплакал я, и если б видел столько же раз, сколько я, то убежал бы назад, чтобы не умереть на земле, которая носит людей с такими лицами. Понимаешь меня теперь? Там нет работы для меня, не будет и для тебя. Не будет, понимаешь, несчастный! И зарыдал он, как дитя. Но я не понял его, не мог, не хотел понять и, ухватив его плечи своей железной рукой, бросил ему укоризну в глаза — уличил его во лжи.
    Но старик спокойно поднял на меня заплаканные свои глаза и еще спокойней сказал: «мой сын, то же самое полугодом раньше я сделал бы с отцом своим родным, если б встал он из  гроба и дерзнул сказать мне то, что я тебе сейчас говорю; верь — закончил он — махнувши рукой, в которой держал уже бутылку — не страшна мне теперь никакая укоризна на свете.» —
    Тогда я в первый раз в жизни напился. Здарский быстро гибнул, пил совершенно без перерыва, и чрез несколько месяцев умер на моих руках в полном беспамятстве.
    Здарский не заблуждался. Я был поколеблен. Напивался я теперь чаще с каким бы ни было из возвращавшихся, но отчаяние еще совсем не овладело мной. Я сомневался во всем. И Здарский, и другой, и десятый видели отдельных людей, думал я в душе; может быть, не умели они понять друг-друга. И хоть издалека, я прикладывал ухо к сердцу родной земли. Не замечая того, что обманываюсь ударами собственного сердца, я скоро успокоился и, как мать моя верила в те дни пред бурей, верил еще и я.
                                                                                    *
                                                                                 *       *
    Теперь уж не то. Когда найдет па меня минута сомнения и я гляжу вдаль и переношусь духовными очами к Висле, где у ворот старинного города, сердца нашей земли, вижу ряды трупов, людей с голоду умерших среди детей и братьев, с виновным равнодушием проходящих рядом с умирающими, ухо мое, приложенное к сердцу народа, уже не обманывается. Пане мой! мне кажется, что народ наш в своих сказках и повествованиях не стоит уже со своими гуманными сомнениям на стороне обиженных судьбой, но преклоняется пред золотым тельцом преходящего успеха, оказывает уважение бездушным мудрецам. Мне кажется, что черные рабочие руки, не осеняют уж там грудей, покрытых сермягой, знаком креста, не молятся за несчастных, а молятся каждый за свое только благоденствие... мне кажется, что малые дети не плачут уж там над чьим-нибудь горем, и если всплакнут когда, так над одним своим... И когда гляжу я на это дальше и всматриваюсь очами души своей в душу народа, холодно мне делается, горит голова, румянец стыда, виденный мной на изнуренном лице Здарского, пробивается на моем лице...
    Бегу я тогда в кабак, но борьба с мыслью — повторяю — нелегка, и хоть я заливаю ее водкой, чтобы потерять сознание, прежде, чем отчаяние в своей неумолимой логике может довести меня до последних заключений, но часто не удается во время лишиться ее сознания, не смотря на сжигающий мои внутренности спирт. Обращаюсь я тогда к заходящему солнцу и, как когда-то сетовала на Бога мать моя, я сетую на него, и отчаяние чернее ночи затемняет тогда последние лучи надежды в моей душе...
    Перевозчик замолчал, чтобы вздохнуть воздухом, которого не доставало ему, и чрез минуту начал снова измененным, каким-то надорванным голосом:
     — Тяжело мне говорить об этом, — есть на свете вещи, называть по имени которые всегда бывает неприятно, которых в головах честных людей никогда не может быть. Столько раз я говорил себе о том, что это какие-то люди странные. Правда, немного было таких, которые бы смеялись надо мной, но больше, чем смех идиотов поражает меня их равнодушие, пх деревянный покой. Здарский был исключением. Иные видят в этом вещь обыденную, естественную. Это поразительно страшно! Правда? Но, видишь, пан, как утопающий хватается за соломинку, так для моих глаз за этим равнодушием, за этим деревянным спокойствием людей блестит бледный и угасающий луч... луч... — повторил он, точно стыдясь слова, которое ему приходилось сказать, — луч надежды... прошептал он. И снова не доставало ему воздуха.
    — Может, может быть, думаю себе, они не понимают этого ... перетолковывают самый факт... может... — и перевозчик вдруг крикнул:
    — Неправда это! — Но пан скажет мне правду? Богом умоляю тебя! Пан, ведь, понимает меня?
    — Я слышал, продолжал он шепотом, как будто бы боясь, чтобы его кто-нибудь не услыхал — среди тех, которые отсюда повыехали, когда их много собралось на Праге... тиф, тиф... голодный... царствовал... Правда ли это? Правда ли? — повторил он резче, и хотя я его не видел, но чувствовал, как впился он в меня глазами и, не смотря на то, что соединяло нас только мертвое дерево лодки, я ощущал, как он весь выпрямился и конвульсивно стиснул руки.
    — Правда ли? повторил он еще тише и острей, и лодка упираясь на весла, невидимому, глубоко погруженные в воду, остановила на минуту свой бег. И не было у меня смелости сказать ему истину, а глубина страдания, стоявшего передо мной, не давала мне права утаивать ее.
    — Правда ли? спросил он наконец с такой силой, что я задрожал и совсем невольно прошептал: «правда». И с горечью я пожалел о своей слабости. Не успел я еще замолчать, как тот дикий смех, который уже однажды потряс мои нервы, раздался кругом меня. «Ха, ха, ха, ха!» Холодный и резкий, он несся ко мне со всех сторон. Из воды, со степей, из далекой тайги, казалось мне, поднялись тысячи сумасшедших и разразились сразу безумным смехом. И не стихло еще эхо этого неприятного хохота, как звук, который уже сегодня ущипнул грудь мою, ударял снова в мои уши, только продолжительней и гораздо больней, и глубже, чем прежде и, как тот смех сначала, этот звук, подхваченный теперь сильным ветром, несся ко мне отовсюду. Подавляя меня своей глубиной, этот протяжный звук, слившись с безумным смехом, звучал у меня в ушах бесконечным, безнадежным страданием. Короткая минута показалась мни длинной, бесконечной. Силы начали покидать меня. Уж я, думалось мне, теряю волю и, подавленный, засмеюсь и застону вместе с перевозчиком, как вдруг нечеловеческий крик заглушил и вой ветра, и последнее эхо недавних звуков, предвещая мне ту черную ночь, которая закрывала последние лучи надежды для несчастного. Глаза мои широко раскрылись. С руками, простертыми к западному небу, раздирающим душу голосом, перевозчик отчаянно закричал: «Отдайте мне, злодеи, мать мою, которая для вас заживо положила в могилу единственное дитя свое!»...
                                                                                     *
                                                                                 *       *
    Плыли мы в молчании и плыли уже недолго; едва прошло несколько минут, как перевозчик быстро повернул к берегу. Еще минута и разбежавшаяся лодка врезалась глубоко в береговой песок; она стала, ничуть не качаясь, — когда я поднялся, ноги зашатались подо мной. Я приблизился к перевозчику, стоявшему на другом конце, лодки и обнял его за шею, привлекая его к себе. Он стоял в начале недвижимый, как будто окаменевший, я потянул его сильней к себе и дрогнул страдающий человек; сильные руки опоясали меня кругом, как кольцом; голова склонилась на мою грудь; я услыхал громкое биение его сердца, почувствовал горячее дыхание, и когда наклонился, чтоб поцеловать его, увидал слезы, катившиеся из его глаз. Но это продолжалось с минуту; перевозчик, стыдясь, может быть, своей чувствительности, быстро прервал их; горячо обняв меня, поднял меня как дитя и, поставив на землю ухватился за весла.
    Один, два удара... и лодка исчезла из моих глаз.
----------------------------------------------------
    1) Водка, приготовляемая домашним способом у бурят.
    В. Сем...
    /Сибирскій сборникъ. Приложеніе к «Восточному обозрѣнію» 1891. Вып. 1-й. Москва. 1892. С. 66-98./