воскресенье, 2 февраля 2014 г.

Адам Шиманский. Якутские зарисовки. Ч. 1. Койданава. "Кальвіна". 2012.



 
 
                                                            SRUL  Z  LUBARTOWA
 
 
       Było to w roku... ale mniejsza o rok, dość że było, a było w Jakucku, w początku listopada, w kilka jakoś miesięcy po moim przyjeździe do tej stolicy mrozów.
    Ciepłomierz spirytusowy Reaumura wskazywał 35 stopni zimna. Ze strachem więc myślałem o przyszłym losie mego nosa i uszu, które, jako niedawno przywiezione z zachodu, dotąd zawsze dotkliwie dla mnie znaczyły swój protest cichy przeciw aklimatyzacji przymusowej, a dziś właśnie miały być wystawione na przydłuższą próbę. Groziła im ta próba, ponieważ parę dni temu w szpitalu miejscowym umarł jeden z członków naszej kolonji, Kurp, Piotr Bałdyga i dziś rano mieliśmy oddać mu ostatnią usługę : złożyć w ziemi zamarzłej jego sterane kości.
    Czekałem tylko na jednego ze znajomych , który miał zawiadomić mnie o czasie pogrzebu; czekałem niedługo i zabezpieczywszy najstaranniej nos i uszy, podążyłem za innymi ku szpitalowi.
    Szpital był za miastem.
    W podwórzu, trochę opodal od innycti budynków, stała szopa niewielka — trupiarnia.
    W tej to trupiarni leżało ciało Bałdygi. Otworzono drzwi, weszliśmy i wnętrze na całej naszej garstce przykre wywarło wrażenie; było nas z dziesięciu, może kilkunastu, i wszyscyśmy mimowoli spojrzeli po sobie: staliśmy wobec rzeczywistości zimnej i nagiej, nie okrytej żadnym łachmanem pozoru... W szopie, nie mającej ani stołu, ani stołka, nic okrom ścian, ubielonych śnieżnym szronem, na podłodze śniegiem zasypanej, leżał również ubielony, zawinięty w jakieś prześcieradło czy koszulę, ogromny, wąsaty trup. Był to Bałdyga.
    Ciało zmarzło okropnie i aby łatwiej je włożyć w przygotowaną już trumnę, przysunięto je do drzwi, ku światłu.
    Nigdy nie zapomnę twarzy Bałdygi, którąm ujrzał teraz w świetle dziennem, oczyszczoną ze śniegu. Surowe oblicze nacechowane było dziwnym jakimś, nieopisanym bólem, a z szeroko otwartych oczu wielkie źrenice, zdasię, z wymówką sterczały het daleko ku mroźnemu, surowemu, niebu.
    — Zmarły był chłop zacny, — opowiadał mi tymczasem jeden ze sąsiadów, czując wrażenie, jakie na mnie wywarł widok Bałdygi, — zawsze był zdrów i pracowity, więc zawsze przygarniał i przytulał koło siebie kogoś z biedniejszych; tylko, że to i uparty był, jak Kurp, więc wierzył do końca, że wróci nad Narew. Widocznie jednaka przed śmiercią zrozumiał, że tak nie będzie.
    Włożono tymczasem skamieniałe zwłoki do trumny, postawiono na małe, jednokonne sanki jakuckie, i gdy krawcowa W., pełniąca w danym razie, jako praktyk religijnych świadoma, obowiązki księdza, zaintonowała donośnie: „Witaj Królowo nieba w smutku i radości”, podtrzymując ją urywanemi głosami, ruszyliśmy ku cmentarzowi.
    Szliśmy prędko, mróz krzepł i zachęcał do pośpiechu. Jesteśmy nareszcie na cmentarzu, rzucamy po grudce zmarzłej ziemi na trumnę, kilkanaście wprawnych uderzeń rydlem ... i po chwili tylko mała, świeżo usypana, kupka ziemi świadczy o niedawnem jeszcze istnieniu Bałdygi na świecie. Świadczyć jednak będzie niedługo, kilka miesięcy zaledwie; nadejdzie wiosna, ogrzana słońcem kupka mogilna roztaje; zrówna się z ziemią, porośnie trawą i zielskiem; po roku, dwóch, wymrą lub rozejdą się po świecie szerokim świadkowie pogrzebu i choćby cię matka rodzona szukała, nie znajdzie Już nigdzie na ziemi! Aleć i szukać tu nikt zmarłego nie będzie i pies nawet o cię nie zapyta.
    Wiedział o tem Bałdyga, wiedziehśmy i my i w milczeniu rozchodzihśmy sie do domów.
                                                                           *        *
                                                                                *
    Nazajutrz po pogrzebie mróz stężał jeszcze. Po drugiej stronie dość wąskiej ulicy, przy której mieszkałem, nie było widać ani jednego budynku : gęsta mgła śnieżnych kryształów, jak chmura, nawisła nad ziemią. Z poza mgławicy tej nie wyzierało już słońce ; ale chociaż na ulicy żywej duszy nie było, powietrze, niepomiernie od wielkiego zimna zgęszczone, donosiło ciągle do mych uszu to metaliczne dźwięki skrzypiącego śniegu, to huk rozsadzanych w ścianach domów, grubych bierwion lub pękającej szerokiemi szczelinami ziemi, to podobny do jęku, żałosny śpiew jakuta. Widocznie zaczynały się owe mrozy jakuckie, wobec których bledną najokropniejsze zimna biegunowe, wobec których strach jakiś niewypowiedziany ogarnia człowieka, a każdy organizm żywy, czując swą niemoc zupełną, choć skupia się w sobie i kurczy, jak pies znędzniały, otoczony zgrają ciętych brytanów, wie dobrze, że to napróżno, że wróg nieubłagany prędzej czy później zwycięży.
    I Bałdyga, jak na jawie, coraz częściej stawał przede
mną. Od godziny siedziałem nad rozłożoną robotą; ro-bota jednak nie kleiła mi się jakoś, pióro samo wypadało z ręki i myśl nieposłuszna wyrywała się daleko poza granice śnieżnej i mroźnej ziemi. Napróżnom odwoływał się do mego rozsądku, napróżnom powtarzał sobie po raz dziesiąty rady lekarza; dotąd, trawiącej mnie od kilku tygodni, chorobie stawiłem jaki taki opór, dziś czułem się zupełnie obezwładniony, bezsilny. Tęsknota za krajem pożerała mnie, trawiła nielitościwie.
    Tyle już razy nie mogłem oprzeć się ułudnym marzeniom; czyżbym dziś mógł się ostać pokusie? I pokusa była silniejszą i ja sam słabszy niż zwykle.
    Precz więc mrozy i śniegi, precz rzeczywistość jakucka! Rzuciłem pióro i otoczony chmurami dymu tytoniowego, puściłem wodze rozgorączkowanej wyobraźni.
    Więc i poniosłaż mnie swawolna!..
    Przez tajgi i stepy, góry i rzeki, przez carstwa i ziemie niezliczone, pomknęła myśl lotna na daleki zachód, roztaczając przede mną czary prawdziwe: nędzy i złości ludzkiej pozbawione, piękna i harmonji pełne, moje niwy nadbużne. Ustom mym dziś nie opowiedzieć, pióru nie opisać tych czarów!
    Widziałem łany pozłociste, łąki szmaragdowe, lasy starce, dawne dzieje mi szemrzące.
    Słyszałem szum fal kłosistych, gwar bożych piewców skrzydlatych, howor dębów olbrzymów, hardo wichrom urągających.
    I napawałem się wonią tych lasów balsamicznych i tych pól kwiecistych, ubarwionych dziewiczą świeżością chabrów niebieskich, krasą wiosny — fiołkiem niewinnym.
    ...Każdy mój nerw odczuwał, muskanie powietrza rodzinnego... Czułem ożywcze działanie promieni słonecznych, a choć na dworze mróz zgrzytał jeszcze wścieklej i coraz groźniej szczerzył do mnie na szybach swe zęby,
krew jednak żywo zakrążyła w mych żyłach, zapałała głowa i jak zaklęty, zapatrzony, zasłuchany, nie widziałem i nie słyszałem już nic około siebie...
                                                                           *        *
                                                                                *
    Nie widziałem i nie słyszałem, jak drzwi się otwarły i wszedł ktoś do mnie; nie spostrzegłem kłębów pary, buchających tu za każdem drzwi otwarciem w takiej ilośc, że wchodzącego i nie dojrzysz odrazu; nie czułem zimna, które z jakąś bezczelną, rozmyślną natarczywością wrywa się tu do ludzkiej siedziby; nie widziałem i nie słyszałem nic i dopiero, gdym poczuł blisko siebie człowieka, wprzód zanim go dojrzałem, mimowoli rzuciłem mu zwykłe w Jakucku pytanie:
    — Toch nado? *).
    — To ja, proszę pana, z miełoczem torguju **) — brzmiała odpowiedź.
    Podniosłem oczy. Nie wątpiłem, że przede mną, pomimo wpakowanego nań przeróżnego ubrania, skór bydlęcych i jelenich, stał typowy, małomiasteczkowy żyd polski. Kto go widywał w Łosicach lub Sarnakach, ten pozna go nietylko w jakuckich, lecz i w patagońskich skórach. Poznałem go przeto odrazu. A ponieważ, jak to rzekłem, i pytanie swe, niezupełnie jeszcze przytomny, rzuciłem mu prawie bezwiednie, więc żyd, stojący teraz przede mną, nie przerywał mych dumań zbyt brutalnie, nie był dlań kontrastem zbyt przykrym. Przeciwnie. Z pewną przyjemnością wpatrywałem się w znajome mi rysy; zjawienie się żyda w chwili, gdym myślą i sercem przeniósł się do ziemi rodzinnej, wydało mi się dość naturalnem, parę zaś słów polskich mile pogłaskały ucho. W pewnem tedy jeszcze zapomnieniu przyglądałem się mu przyjaźnie.
    Żyd postał trochę, następnie odwrócił się, cofnął ku drzwiom i pośpiesznie zaczął ściągać z siebie przeróżną swą odzież.
    Wtedy dopiero opamiętałem się i spostrzegłem, żem mu nic nie odpowiedział i że domyślny współziomek, wytłumaczywszy sobie najopaczniej moje milczenie, zechce mi rozłożyć swój towar. Pośpieszyłem wyprowadzić go z błędu.
    — Bój się Boga, człowieku, co robisz?! — zawołałem żywo. — Nic nie kupuję, nic mi nie potrzeba, nie rozbieraj się napróżno i ruszaj z Bogiem dalej!
    Żyd przestał się rozbierać i pomyślawszy chwilkę, wlokąc za sobą napoły ściągniętą dochę ***), zbliżył się do mnie i głosem urywanym, prędko i bezładnie tak mi prawić zaczął:
    — To nic; ja wiem, że pan nic nie kupi. Widzi pan, ja tu dawno już jestem, bardzo dawno... Ja dotąd nie wiedziałem, że pan przyjechał. Pan z Warszawy przecie? Wczoraj mi dopiero powiedzieli, że pan tu już cztery miesiące przeszło. Co za szkoda, żem się tak późno dowiedział! Byłbym zaraz przyszedł. Dziś szukałem pana z godzinę; byłem aż na końcu miasta, a tu mróz taki, niech go djabli wezmą!.. Niech pan pozwoli, ja długo przeszkadzać nie będę, kilka słówek tylko...
    — Cóż ty chcesz ode mnie?
    — Ja tylko chciałbym pęgadać trochę z panem.
    Odpowiedź ta nie zdziwiła mnie wcale; ludzi rozmaitych, przychodzących jedynie po to, aby „pogadać trochę” z człowiekiem niedawno przybyłym z kraju, spotykałem już niemało; byli pomiędzy nimi i żydzi. Przychodzący interesowali się przedmiotami najróżnorodniejszemi; bywali i prości ciekawscy i gadulscy, bywali i ludzie, którzy o krewnych pytali, bywali i politycy, pomiędzy którymi niejednemu już się zupełnie w głowie przewróciło. Wogóle jednak pomiędzy przychodzącymi polityka miała zawsze szczególny mir i poważanie. Nie zdziwiło mnie więc, powtarzam, żądanie nowego przybysza i chociaż radbym był uwolnić mą chatę co prędzej od nieprzyjemnego zapachu, źle zwykle wyprawianych, bydlęcych skór dochy, poprosiłem go uprzejmie, aby się rozebrał i usiadł.
    Żyd, widocznie ucieszony, po chwili już siedział koło mnie i teraz mogłem mu przyjrzeć się uważniej.
    Wszystkie najordynarniejsze rysy plemienia żydowskiego, zdaje się, wcieliły się w siedzącą obok mnie postać: i gruby, pałkowaty, trochę na bok zakrzywiony nos, i przenikliwe, jastrzębie oczy, i broda klinowata, barwy dobrze dojrzałego ogórka, i wreszcie czoło niskie, grubym włosem okolone, wszystko to posiadał mój gość, lecz, rzecz dziwna, wszystko to, razem wzięte, być może, skraszone wyrazem twarzy znędzniałej, tchnącej jakąś szczerą otwartością i przyjaźnią, nie sprawiło na mnie w tej chwili złego wrażenia.
    — Powiedzże mi, skąd jesteś, jak się nazywasz, co tu porabiasz i czego chcesz się dowiedzieć ode mnie?
— Jestem, proszę pana, Srul z Lubartowa, może pan dobrodziej wie, to zara kiele Lublina ; nu, bo u nas wszyscy myślą, że to tak bardzo daleko, dawniej i ja tak myślałem, ale teraz, — dodał z przyciskiem, — to my wiemy, że Lubartów od Lublina bardzo blisko, zara kiele niego.
    — A dawno tu jesteś?
    — Bardzo dawno, trzy lata bezmała.
    — To jeszcze nie tak dawno przecie, są tacy, co po dwadzieścia lat przeszło tu mieszkają, a w drodze spotkałem staruszka z Wilna, co blisko pięćdziesiąt lat tu mieszka; ci rzeczywiście są dawno. — Ale żyd mnie ofuknął:
    — Jak oni, to ja nie wiem, ja wiem, że jestem tu bardzo dawno.
    — Zapewne sam tylko jesteś, jeżeli ci czas tak długim się wydaje?
    — Iz żonem i z dzieckiem — z córkiem; miałem czworo dzieci, kiedy tu szedłem, ale to podróż taka, niech Bóg zachowa, szliśmy rok cały ; pan nie wie, co to etapy ?... Troje dzieci odrazu mi umarło, w jednym tygodniu, to jakby odrazu. Troje dzieci?! łatwo powiedzieć... nawet pochować nie było gdzie, bo cmentarza naszego tam nie ma... Ja chasyd jestem, dodał ciszej, pan wie, co to znaczy... zakonu pilnuję... i Bóg mnie karze...
    I umilkł wzruszony.
    — Mój kochany, w takiem położeniu trudno już o tem myśleć, wszystko to jedno przecie, ziemia Boża wszędzie, — starałem się go choć czemkolwiek pocieszyć, ale żyd skoczył jak oparzony.
    — Boża! jaka Boża! co za Boża! co pan mówisz? To psia ziemia! Tfu! tfu! Boża ziemia? Nie mów pan tak, wstydź się pan! Boża ziemia, co nigdy nie rozmarza? To przeklęta ziemia! Bóg nie chce, żeby tu ludzie mieszkali: żeby On chciał, nie byłaby taką. Przeklęta, podła! Tfu! tfu!
    I zaczął pluć koło siebie i tupać nogami; z zaciśniętemi usty, skurczonemi palcami groził niewinnej ziemi jakuckiej, szeptał jakieś przekleństwa żydowskie, aż zmęczony wysiłkiem, upadł raczej, niż usiadł, na stołku koło mnie.
    Wszyscy zesłani, bez względu na religję i narodowość, nie lubią Syberji; widocznie jednak fanatyczny chasyd nie umiał nienawidzić połowicznie. Czekałem, aż się uspokoi. Wychowany w twardej szkole, żyd prędko przyszedł do siebie, prędko owładnął wzruszeniem i gdym po chwili spojrzał mu w oczy pyiająco, odpowiedział mi natychmiast:
    — Niech pan daruje, ja z nikim o tem nie mówię, bo i z kim tu mówić?
    — Alboż żydów tu mało?
    — Czy to żydzi, panie? To już tacy, jak tutejsi... zakonu nikt nie pilnuje. — Bojąc się jednak nowego wybuchu, nie dałem mu skończyć, postanowiłem skrócić rozmowę i zapytałem wprost, o czem to on chciał ze mną pogadać.
    — Chciałbym się dowiedzieć, co tam słychać, panie? Tyle lat tu jestem i jeszcze nigdy nie słyszałem, co się tam dzieje.
    — Kiedy pytasz trochę dziwnie, nie mogę ci przecież opowiedzieć odrazu wszystkiego; nie wiem, co cię interesuje, polityka może?
    Żyd milczał.
    Sądząc, że gość mój, jak i wielu innych, interesuje się pohtyką, nie rozumiejąc samej nazwy przedmiotu, zacząłem stereotypową już dla mnie, ze względu na wielokrotne powtarzanie, opowieść o polityczneni położeniu Europy, naszem i t. d., ale żyd zakręcił się niecierpliwie.
    — Więc to cię nie interesuje? — zapytałem.
    — Nigdy o tem nie myślałem — odparł otwarcie.
    — A! teraz wiem, o co ci chodzi, pewno chcesz wiedzieć, jak się żydom powodzi, jak handel idzie?
    — Im się lepiej powodzi, jak mnie.
    — Słusznie. W takim razie pewno chcesz wredzieć, czy życie u nas teraz drogie, jakie ceny na targach, po czemu mąka, mięso i t. d,
    — Co mi z tego przyjdzie, kiedy tu nic dostać nie można, choćby tam najtaniej było.
    — Jeszcze słuszniej; ale ostatecznie o cóż u licha ci chodzi?
    — Kiedy ja nie wiem, proszę pana, jak to powiedzieć? Widzi pan, ja tak nieraz miślę, miślę, że aż Ryfka, to moja żopa tak się nazywa, pyta się: „Srul, co tobie?” A co ja jej mam powiedzieć, kiedy ja sam nie wiem, co mi jest. Bo to może nawet i ludzie śmieliby się ze mnie? — dodał, jakby badając, czy i ja zeń śmiać się nie będę.
    Ale ja się nie śmiałem. Byłem zaciekawiony: widocznie gniotło go coś, z czego sam sobie sprawy zdać nie umiał i wypowiedzenie czego w języku, którym władał nadzwyczaj słabo, było dlań jeszcze trudniejszem. Aby dopomóc mu, uspokoiłem go, żeby się nie śpieszył, że robota moja niepilna, nic na tem nie straci, jeżeli pogadamy z godzinę i t. d. Żyd podziękował mi wzrokiem i pokrótkim namyśle rozpoczął taką rozmowę:
    — Kiedy pan wyjechał z Warszawy?
    — Podług ruskiego kalendarza w końcu kwietnia.
    — A czy wtedy zimno tam było, czy ciepło?
    — Ciepło zupełnie, jechałem z początku w letniem ubraniu.
    — Nu, patrz pan? A tu mróz!
    — Cóż to, zapomniałeś, czy co, przecież w kwietniu pola już u nas zasiane, wszystkie drzewa zielone!
    — Zielone? — radość błysła w oczach Srula — a tak, tak, zielone, a tu mróz!
    Teraz już wiedziałem o co mu chodzi; chcąc się jednak upewnić, milczałem; żyd ożywił się widocznie.
    — Nu! niech mi pan powie, czy jest u nas teraz... tylko, ot widzisz pan, nie wiem już, jak się nazywa, już po polsku zapomniałem — tłumaczył się zawstydzony, jak gdyby umiał kiedy — to jest białe takie, jak groch, tylko nie groch, koło domów w ogrodach latem, na takich wielgich kijach?..
    — Fasola?
    — A to właśnie! Fasola, fasola — powtórzył sobie kilkakrotnie, jak gdyby chciał wrazić sobie to słowo na zawsze.
    — Rozumie się, jest i dużo, a tu czyż niema?
    — Tu! Bez całe trzy lata ani jednego ziarnka nie widziałem, tu groch taki, co u nas, z przeproszeniem tylko... tylko...
    — Świnie jedzą — podpowiedziałem.
    — Ny tak! Tu na funty sprzedają i to nie zawsze dostać można.
    — Czy tak lubisz fasolę?
    — Nie to, że lubię, ale to właśnie, ja sobie tak nieraz miślę o tem, bo to ładnie przecie, nieprzymierzając, jakby lasek rośnie wedle domu. Tu nic niema!
    — A teraz, — zaczął znowu — teraz, niech mi pan powie, czy w zimie są u nas jeszcze małe, ot takie — i na palcu pokazywał — szare takie ptaki? także zapomniałem, jak to się nazywa. Dawniej dużo ich było! Bywało modlę się koło okna, a tego maleństwa jak mrowia się nazbiera. No, ale ktoby tam na nich patrzył. Wie pan co, nigdybym nie uwierzył, że o nich kiedy myśleć będę!? Bo tu, tu wrony nawet na zimę uciekają, to maleństwo takie tem bardziej nie może wytrzymać, ale u nas pewnie są jeszcze? Ny, panie, są?..
    Ale teraz ja mu nie odpowiadałem, nie wątpiłem dłużej, że żyd stary, chasyd fanatyczny, tęsknił za krajem tak samo, jak i ja, że obaj byliśmy chorzy na jedną chorobę; niespodziane takie znalezienie wspólkolegi cierpienia rozrzewniło mnie wielce, wziąłem go więc za rękę i sam zkolei zapytałem:
    — Więc to o tem pogadać ze mną chciałeś? Więc ty nie myślisz o ludziach, o swej doli ciężkiej, o biedzie, która cię gniecie, lecz tęsknisz do słońca, powietrza, ziemi rodzinnej?... Myślisz o polach, łąkach i lasach, o ich mieszkańcach Bożych, których w życiu swem biednem nie miałeś nawet czasu poznać dobrze, i dziś, gdy obrazy miłe znikają z twej pamięci, boisz się pustki, która cię otoczy, sieroctwa wielkiego, które cię dotknie, gdy się zatrą drogie wspomnienia? Chcesz, żebym ci je przypomniał, odświeżył, cłicesz, abym ci opowiedział, jaką jest ziemia nasza?..
    — O tak, panie, tak, panie! po to tu przyszedłem — i ściskał me ręce i śmiał się, jak dziecko, radośnie.
    — Słuchajże, bracie!...
..................................................................................................................................................
    I słuchał mnie Srul, cały w słuch zamieniony, z otwartemi usty, wlepionym we mnie wzrokiem; wzrokiem tym palił mnie i podniecał, wyrywał mi słowa, chwytał je spragniony i kładł głęboko, na dnie swego serca gorącego... kładł tam, nie wątpię, bo gdym kończył swą opowieść: „O, weh mir, o wej mir!” — zajęczał żyd boleśnie, zatrzęsła się broda ryża i łzy duże, łzy czyste potoczyły się po znędzniałej twarzy... I długo szlochał chasyd stary i ja płakałem z nim razem.
                                                                           *        *
                                                                                *
    Dużo wody od tego czasu upłynęło w zimnej Lenie i łez ludzkich niemało zapewne spłynęło po twarzach zbolałych. Dotąd jednak, choć to dawno już było, w ciszy nocnej, w czasie nocy bezsennej, często staje mi przed oczyma posągowa, stygmatem bólu wielkiego ożywiona twarz Bałdygi i obok niej zawsze się zjawia zżółkła i pomarszczona, łzami czystemi oblana twarz Srula. I gdy wpatruję się dłużej w te widziadła nocne, nieraz, zda mi się, widzę, jak się poruszają drżące i blade wargi żyda i głos cichy, rozpaczliwy szepcze koło mnie: „O Jehowo, czemuś taki niemiłosierny dla jednego z najwierniejszych Twych synów?..”
    Strielica nad Wietługą
    w sierpniu r. 1885.
 -------------------------------------------------------------
    *) Co potrzeba; pierwsze słowo — jakuckie.
    **) Drobiazgiem handluję.
    ***) Odzież wierzchnia zimowa. Zwykle ze skór podwójnych sierścią nawierzch i wewnątrz zszyta. Dochij szyją się ze skór jelenich, hiedniejsi noszą bydlęce.
    /Adam Szymański. Szkice. Wydanie pośmiertne z portretem autora. Nakładem syna. Moskwa. 1916. S. 36-45./


                                                           ТОСКА ПО РОДИНЕ
                                                       Рассказ Адама Шиманскаго
    Это было в 18.. году... но не все ли равно, в котором году, а дело в том, что это было в Якутске в начале октября, через несколько месяцев после моего приезда в эту столицу морозного царства.
    Спиртовой термометр Реомюра показывал 35 градусов мороза. Вот почему я со страхом думал о будущей судьбе моего носа и ушей, которые до сих пор всегда чувствительным для меня образом выражали свой тихий протест против насильственной акклиматизации, и которые сегодня именно должны были выдержать более продолжительное, чем обыкновенно, испытание.
    Причина угрожавшего им испытания была следующая: два дня тому назад, в местном госпитале умер один из членов нашей колонии Петр Балдыга, и сегодня утром мы должны были отдать ему последний долг и зарыть в замерзлую землю его, сильно потертые в жизненной борьбе, кости.
    Я ожидал только одного моего знакомого, который должен был уведомить меня о времени похорон; ждать мне пришлось недолго и, защитив самым старательным образом нос и уши, я направился вслед за другими к госпиталю.
    Госпиталь был за городом. На дворе немного в стороне от других строений, находился небольшой сарай, в котором складывались трупы.
    Там-то и лежало теперь тело Балдыги. Когда мы отворили двери и вошли в сарай, то внутренность его произвела на всю нашу компанию неприятное впечатлите; нас шло всех человек десять, а может быть, и больше того, и все мы невольно обменялись взглядами; перед нами была холодная и ничем не прикрашенная нагая действительность. В сарае, в котором не было ни стола, ни стула, ничего кроме стен, побелевших от снежного инея, на полу, также покрытом снегом, лежал огромный белый труп с большими усами, завернутый в какую-то простыню или рубаху. Это и был Балдыга. Тело сильно замерзло, и для того, чтобы его легче было вложить в гроб, его отодвинули к дверям туда, где было светлее.
    Никогда не забыть мне лица Балдыги, которое я увидел теперь при дневном свете, когда с него очистили снег. Суровое выражение его носило следы какого-то странного, невыразимого страдания, а бывшие зрачки в широко раскрытых глазах с укором были устремлены куда-то вдаль, к морозному суровому небу.
    — Молодец был покойник, — сказал мне кто-то из соседей, заметив то впечатление, которое на меня произвел вид Балдыги, — всегда он был здоров, и работал за двоих, и всегда около него ютился кто-нибудь из бедняков; правда, что и упрям он был, и, несмотря ни на что, верил в то, что вернется когда-нибудь на свой Нарев. Но, кажется, однако, перед смертью он понял, что этому никогда не бывать.
    Между тем окаменевшее от мороза останки вложили в гроб и поставили на маленькие одноконные якутские сани, и когда жена портного W, исполнявшая в данном случае, как опытный человек в этом деле, обязанности ксендза, занела громко: «Со святыми упокой», мы подтянули ей своими срывавшимися голосами и направились к кладбищу.
    Мы шли быстро, так как мороз крепчал и заставлял нас прибавлять шагу. Вот мы, наконец, и на кладбище, всякий из нас бросает комок замерзшей земли на гроб, затем несколько взмахов лопаты... и все кончено... И только маленькая свеженасыпанная кучка земли свидетельствуете о недавнем еще существовании Балдыги на свете. Но и она недолго будет свидетельствовать о нем, может быть только едва в течении нескольких месяцев; придет весна и разогретая солнцем насыпь растает, сравняется с землей, порастет травой и крапивой; через год или два умрут или разбредутся по широкому свету свидетели похорон, и даже мать родная не сыщет его па белом свете. Но наверное никто и искать не будет умершего, и никто не вспомнить о нем.
    Знал о том Балдыга, знали и мы, и в молчании разошлись по домам...
    На другой день после похорон мороз покрепчал еще больше. По другой стороне улицы, на которой я жил, не возвышалось никакого строения; густая мгла снежных кристаллов, как туча нависла над землею. Из за этой мглы не видно было солнца; и хотя на улице не было ни души, в воздухе, невероятно сгущенном от страшного холода, раздавались и ясно доносились до моего слуха то металлические звуки скрипящего снега, то треск грубых бревен, заложенных в стены домов, то гул от трескающейся широкими расщелинами земли, то похожая на стон жалобная песнь якута. По-видимому, начинались те якутские морозы, перед которыми бледнеют все самые ужасные полярные холода, перед которыми какой-то страх охватывает человека, и хотя всякое живое существо, чувствуя свое полнейшее бессилие, уходит в себя и съеживается, как захудалая собака, когда на нее нападает свора сильных и здоровых псов, но все-таки всякий прекрасно знает, что все это напрасно, и что раньше или позже, но неумолимый враг все-таки победит. И Балдыга, как наяву, все чаще и чаще представлялся мне. Вот уже с добрый час, как я разложил свою работу, но дело не шло на лад, перо само выпадало из рук, и непослушная мысль рвалась далеко, далеко, за пределы этой снежной и морозной земли. Напрасно я призывал на помощь мой рассудок, напрасно повторял себе, по крайней мере в десятый раз, советы врача, и хотя я все это время кое-как держался, и не давал завладеть собой грызущей меня болезни, но сегодня я чувствовал себя совершенно бессильным и обезоруженным. Тоска по родине заполонила все мое существо и разрывала мое сердце на части.
    Как часто бывало, что я не мог противостоять обманчивым мечтам, почему же сегодня именно я должен был устоять от покушения? И искушение было сильнее, и я чувствовал себя бессильное чем когда-либо. II потому, прочь от меня морозы и снега, прочь от меня якутская действительность! Я бросил перо и, потонув в облаках табачного дыма, дал волю своему разгоряченному воображению...
    И далеко, далеко унесся я па крыльях своей фантазии! Несся я через тайги и степи, через горы и реки, через бесчисленные царства и земли на далекий запад, где передо мной развертывались настоящие чудеса; не было там ни бедности, ни злобы человеческой на моих прекрасных надбужских нивах! Не в моих силах ни рассказать, ни описать тех чудес, которые представлялись мне! Я видел золотистые нивы, изумрудные луга, старые леса, шумящие о былых деяниях.
    Я слышал шум колосящихся волн на поле, стрекотанье божиих крылатых певцов, говор огромных дубов, гордо борющихся с вихрем.
    И упивался я ароматом этих благоуханных лесов и цветущих полей, украшенных молодою свежестью даров небесных, красотою весны — невинными фиалками.
    Я не видел и не слышал, как двери отворились и кто-то волош ко мне; не заметил я также и клубов пару, которые врываются в комнату при каждом открыли двери в таком количестве, что сразу и не рассмотришь входящего; не чувствовал я и холода, который с такою бессовестностью врывается при всякой возможности в человеческие жилища; не видел я, не слышал ничего и только тогда, когда почувствовал, что около меня находится какое-то человеческое существо, то прежде чем рассмотреть, кто это такое, невольно вырвался у меня по-якутски обычный вопрос:
    — Тох надо?
    — Это я, к вашей милости, торгую мелочами, — раздался ответ.
    Я поднял глаза. Никогда мне не могло придти в голову, что передо мною, если исключить его разнокалиберную одежду, состоящую из воловых и оленьих шкур, мог находиться в настоящую минуту типический польский жид из маленького местечка. Кому случалось видеть таких жидов в Лозицах или Сарнаках, тот не забудет их никогда и узнает их не только в Якутске, но даже и в Патагонии. И потому я его узнал сразу. А так как и вопрос мой, как я уже говорил выше, был предложен мною почти бессознательно, то присутствие этого жида, стоящего теперь передо мной, не прервало внезапно нити моих мыслей и не находилось с ними в слишком большом противоречии. Напротив того, я с особенным удовольствием вглядывался в знакомые для меня черты лица, и появление жида именно в ту минуту, когда сердцем и мыслью я перенесся в родную землю показалось мне совершенно естественным, а несколько вымолвленных им польских слов приятно ласкали мой слух. Не выходя из своего прежнего состояния задумчивости, я дружелюбно приглядывался к нему.
    Жид постоял немного, наконец повернулся, отошел къ дверям и торопливо стал снимать с себя свое разнокалиберное одеяние. Только тогда я опомнился и заметил, что ничего не ответил на его вопрос, и что мой неглупый земляк, объяснив по своему мое молчание, будет сейчас раскладывать свой товар. Поэтому-то я и поторопился вывести его из заблуждения.
    — Побойся Бога, что ты делаешь? — живо воскликнул я. — Мне ничего не нужно, я ничего не буду покупать, и потому не раздавайся напрасно и иди себе с Богом дальше.
    Жид перестал раздаваться: подумав немного и волоча за собой наполовину сброшенную доху, он приблизился ко мне и начал быстро и бессвязно говорить прерывающимся голосом:
    — Это ничего, я знаю, что вы ничего не купите. Видите ли, я здесь уже давно, очень давно... И до сих пор я не знал, что вы приехали... Ведь вы из Варшавы? Только вчера мне сказали, что вы уже четыре месяца, как живете здесь. Как жаль, что я так поздно об этом узнал! А то бы давно уж пришел! Сегодня целый час искал вас: был на другом конце города, да еще в такой мороз, черт бы его драл! Если вы позволите, мне нужно только сказать вам несколько слов. я вас не задержу...
    — Что же тебе от меня нужно?
    — Я хотел бы с вами поговорить.
    Такой ответ меня совсем не удивил; мне приходилось нередко встречать людей, которые приходили единственно затем, чтобы поговорить с человеком, прибывшим из их края: между ними встречались и жиды. Приходящие интересовались самыми разнообразными вопросами; бывали между ними люди просто любопытные и любящие поболтать, бывали я такие, которые спрашивали только о своих родных; бывали и политики, из которых у многих все перепуталось в голове. Вообще же, однако, у приходящих поговорить политика всегда пользовалась большим уважением и почетом. Поэтому-то я и не был насколько удивлен желанием новоприбывшего, и хотя и рад был бы избавиться от неприятного запаха плохо выделанных воловьих шкур, тем не менее любезно попросил жида, чтобы он раздался и присел. Жид, очевидно, был обрадован моим предложением и сел рядом со мной. Теперь я мог уже подробнее рассмотреть его.
    Все самые ординарные черты жидовского племени, казалось, воплотились в сидящей рядом со мной фигуре; мой гость обладал и толстым прямым, немного скривленным на бок носом и пронизывающими ястребиными глазами и клинообразной бородкой, цвета перезревшего огурца, и наконец низким лбом, окаймленным жесткими волосами; но удивительно, что все это вместе взятое скрашивалось выражением истощенного лица, дышащего каким-то прямодушием и приязнью и потому, может быть, и не производила на меня в данную минуту неприятного впечатления.
    — Скажи же мне, откуда ты родом, как тебя зовут, что ты здесь делаешь, и в чем я могу помочь тебе?
    — Видите ли, я Сруль из Любартова, может быть, вы знаете, это совсем близко Люблина; а у нас все думают, что это очень далеко, прежде и я так думал, ну а теперь, — прибавил он с ударением, — я узнал, что Любартов от Люблина очень близко, совсем тут же.
    — А ты давно уже здесь?
    — Очень давно, скоро будет три года.
    — Ну, это еще не так давно; здесь есть такие, что живут лет по 20-ти, а в дороге я встретился со старичком из Вильны, так он лет пятьдесят уже живет здесь; вот они, действительно, давние здешние жители.
    Но жид меня прервал.
    — Я не знаю, что они думают: я знаю только про себя, что я здесь очень, очень давно.
    — Наверно ты здесь без семьи, если для тебя время тянется так долго?
    — Нет, у меня есть и жена, и ребенок — девочка; было у меня четверо детей, но дорога была такая ужасная, мы шли целый год; вы знаете ведь, что значит идти по этапу?.. Трое детей умерло сразу на одной неделе... Трое детей... легко сказать... и похоронить их негде было, потому там ведь нет нашего кладбища... Я хассыт ,—прибавил он тише, — вы знаете, что это такое... я соблюдаю закон, а Бог меня так наказывает...
    И он замолк в волнении.
    — Знаешь, мой дорогой, видь в таком положении, как ты, незачем себе и голову ломать над этим, к тому же разве не одинакова везде земля Божия, — начал я успокаивать его, как вдруг жид вскочил, точно его ошпарили кипятком.
    — Божья земля! какая божья земля! где эта божья земля! что вы говорите! Это собачья земля! Тьфу, тьфу! Божья земля! Как вам не грех говорить так! Божья земля, которая никогда не оттаивает! Это проклятая земля! Бог сам не хочет, чтобы здесь жили люди; если бы он хотел этого, разве Он сотворил бы ее такою! Проклятая, подлая земля!
    И он стал плевать вокруг себя и топать ногами; стиснув плотно свои губы и скрючив пальцы, он угрожал невинной земле якутской, шептал какие-то жидовские проклятия, пока, наконец, измученный, не повалился на стул, стоявший около меня. Все сосланные, без различия религии и национальности, не любят Сибири; но, очевидно, фанатичный хассыт не умел ненавидеть на половину. Я продолжал выжидать, когда он успокоится. Воспитанный в суровой школе, жид скоро пришел в себя и овладел собой, и когда я через некоторое время взглянул ему вопросительно в глаза, он тотчас же отвечал мне:
    — Извините меня, но я никогда ни с кем не говорю об этом, да и с кем здесь говорить?
    — Разве здесь мало жидов?
    — Какие же это жиды? Ведь из здешних жидов никто не соблюдает закон.
    Боясь, однако, что он разразится снова, я не дал ему докончить речи, так как решил отделаться от него и прямо задал ему вопрос, о чем он хотел поговорить со мной.
    — Мне бы хотелось узнать, что у нас слышно. Столько лет живу здесь и еще никогда не слышал, что творится в наших местах.
    — Ты задаешь такой странный вопрос, что я, право, не знаю, как и ответить тебе; скажи, что тебя интересует, может быть политика?
    Жид молчал.
    Думая, что гость мой, также как и многие другие интересуется политикой, хотя и не знает даже названия этого предмета, я начал свой стереотипный, вследствие частого повторения, рассказ о политическом положении Европы, нашей страны и т. д., но жид стал вертеться и выказывать знаки нетерпения.
    — Верно это тебя не интересует? — спросил я.
    — Никогда не ломал себе голову над такими пустяками, — откровенно отвечал он.
    — А, так, я стало, быть знаю, что тебя интересует; наверное тебе хочется знать, как живется жидам, как идет у них торговля?
    — Им-то лучше живется, чем мне.
    — Совершенно верно. Так, может быть, ты хочешь знать, дорога ли у нас жизнь, какие цены на базаре, почем мука, мясо и т. д.
    — Что мне до всего этого, когда здесь ничего нельзя достать, хотя бы там это и продавалось задаром.
    — И это правда; но чего же ты тогда от меня хочешь?
    — Я и сам не знаю, как это вам объяснить. Видите ли, я часто сижу, сижу, да я задумаюсь, так задумаюсь, что Ривка, так зовут мою жену, начнет спрашивать меня: «Сруль, что с тобой?» А что же я ей скажу, когда и сам не знаю, что со мною. Да, если я расскажу, то, пожалуй, еще смеяться надо мной будут, — прибавил он, как бы спрашивая, не буду ли и я смеяться над ним.
    Но я не смеялся. Меня разобрало любопытство; очевидно, его что-то угнетало, в чем он не умел дать себе отчета, и передача его на языке, которым он владел довольно плохо, — была для него трудной задачей. Чтобы помочь ему, я его успокоил, чтобы он не торопился, что работа моя не к спеху, и что для меня не будет никакой потери в том, если мы поболтаем с часочекъ...
    Жид поблагодарил меня взглядом и после короткого раздумья начал:
    — Когда вы выехали из Варшавы?
    — По русскому календарю, в конце апреля.
    — А что там холодно тогда было или тепло?
    — Совсем тепло, так что сначала я ехал одетый совсем по летнему.
    — Ну, вот видите ли, а здесь мороз!
    — Что же, разве ты забыл, что у нас в апреле уже засеяны поля и все деревья в зелени!
    — В зелени? — и радость блеснула в глазах Сруля, — да, да, там теперь зелень, а здесь мороз!
    Теперь я понял, чего он хотел от меня; желая, однако, убедиться в моем предположении я замолчал; жид, по-видимому, оживился.
    — Вот, пожалуйста, скажите мне, растет ли теперь в наших краях... только видите ли... я не знаю... забыл, как это называется по-польски, — оправдывался он, как будто когда-то и в самом деле умел говорить на этом языке, — видите ли, это такое белое, как горох, только не горох и растет летом, на таких больших палках, около домов в саду?
    — Ты хочешь спросить про бобы?
    — Да, да, бобы, бобы, — повторил он несколько раз, как будто хотел запечатлеть это слово в своей памяти навсегда.
    — У нас везде много насажено бобов, а здесь разве они не растут?
    — Здесь? Вот уже три года, как я не видел ни одного зернышка... Здесь такой горох, что у нас только им...
    — Свиней кормят, — подсказал я ему.
    — Да, да, и то здесь его продают на фунты, и не всегда его можно достать.
    — Разве ты так любишь бобы?
    — Не то, что бы я уж очень любил их, но, видите ли, я часто думаю, как это красиво, как они там растут у нас, густо, густо около дома. А здесь ничего нет.
    — А теперь, — начал он снова, — теперь расскажите мне, видели вы у нас зимой вот таких маленьких, — и он показал у себя на пальце, — сереньких таких птичек? Забыл тоже, как они называются! Прежде их очень много было! Бывало, я молюсь себе около окна, а их налетит много, много... Там и не смотре на них! Да и не поверил бы никогда, что буду теперь о них думать. Ведь здесь даже вороны улетают на зиму, а где же выдержать холод таким крошкам... Но у нас, ведь, они верно не вывелась? Правда?
    Но я ему не отвечал, так как не сомневался больше, что старый жид и фанатичный хассыт тосковал по родине, как и я, что нас обоих мучила одна и та же болезнь; неожиданная находка товарища по несчастью была для меня приятна. Я взял его за руку и сам обратился к нему с вопросом:
    — Так вот о чем ты хотел поговорить со мной? Стало быть, ты не думаешь о людях, о своей тяжелой доле, о постигшем тебя несчастье, но тоскуешь о солнце, воздухе и родной земле? Думаешь о полях, лугах и лесах, о тех божьих созданиях, которые живут в них и которых ты, когда жил там, не имел времени узнать поближе, а теперь когда эти дорогие для тебя образы исчезают из твоей памяти, ты боишься пустоты, которая тебя окружает, боишься той страшной осиротелости, которая выпадет на твою долю, когда сгладятся дорогие воспоминания? Так, стало быть, ты хочешь, чтобы я тебе их припомнил, освежил в твоей памяти, хочешь, чтобы рассказал тебе про наш край!
    — Да, да, я за этим только и пришел к вам... — и жид жал мои руки и смеялся радостно, как ребенок.
    — Так слушай же, брат мой.
...................................................................................................................................................
    И слушал меня Сруль, весь обратившись в слух, раскрыв широко рот и устремив свои глаза на меня; он жег и возбуждал меня своим взглядом, с жадностью ловил мои слова и укладывал их па дне своего наболевшего сердца... я в этом не сомневаюсь, потому что, как только я кончил свой рассказ, жид жалобно застонал: «o wej mir, o wej mir»! Его рыжая борода затряслась, и большие чистые слезы заструились по его истощенному лицу... Долго, долго рыдал старый хассыт, и я с ним вместе.
                                                                             *       *
                                                                                   *
    Много воды уплыло с тех пор в холодной Лене, и не мало слез пролилось по измученным лицам. Однако, и теперь хотя уже много времени прошло с тех пор, часто в ночной тишине, во время бессонной ночи, встает передо мной, как привидение, измученное, страдальческое лицо Балдыги, и около него сейчас же появляется пожелтевшее и сморщенное, облитое чистыми слезами лицо Сруля. И чем дольше я всматриваюсь в эти ночные видения, тем больше мне начинает казаться, как шевелятся дрожащие, бледные губы жида и тихий отчаянный голос шепчет около меня: «О Иегова, отчего же ты не смилостивишься над одним из самых верных слуг твоих?»
    (Перевод с польского В. Т.)
    /Мір божій. № 3. С. Петербургъ. 1893. С. 151-160./


                                                             ТОСКА  ПО  РОДИНЕ
                                                     Рассказ политического ссыльного
                                                                    Ад. Шиманского
    Это было в... но все равно, в котором году это было; достаточно того, что это было, а было это в Якутске, в начале ноября, через несколько месяцев после приезда моего в столицу морозов.
    Спиртовой теплометр Реомюра показывал 35 градусов холода. И я со страхом думал о судьбе, ожидающей мой нос и уши, которые, будучи недавно лишь привезенными с запада, до сих пор всегда довольно чувствительно для меня выражали свой тихий протест против принудительной акклиматизации, а сегодня как раз им предстояло выдержать более продолжительное испытание. А испытание это угрожало им потому, что вот два дня тому назад в местной больнице умер один из членов нашей колонии — ссыльный Курп, Петр Балдыга и сегодня утром мы должны были воздать ему последний долг: сложить в мерзлой земле его изможденные кости.
    Я поджидал только одного из знакомых, который должен был притти уведомить меня о времени похорон; ждать пришлось не долго, и, старательно предохранив нос и уши от мороза, я отправился за остальными к больнице.
    Больница находилась за городом.
    На дворе, несколько поодаль от остальных построек, стоял небольшой сарай — это была мертвецкая.
    В этой-то мертвецкой лежало тело Балдыги. Нам отворили дверь, мы вошли, — и то, что мы увидели, произвело на нас всех крайне грустное впечатление. Нас было человек десять — двенадцать, и все мы невольно переглянулись меж собой: холодная, нагая действительность, ничем не прикрытая, была перед нашими глазами... В сарае, в котором не было ни стола, ни стула, одни только голые стены, покрытые снежным инеем, на усыпанном снегом полу лежал, тоже убеленный инеем, завернутый в какую-то не то простыню, не то рубаху, огромный усатый труп. Это был Балдыга.
    Труп замерз ужасно и, чтобы легче было уложить его в приготовленный уже гроб, его придвинули к двери, поближе к свету.
    Никогда не забуду я этого лица, которое я увидал теперь при дневном свете, очищенным от снегу. На суровом лице Балдыги лежала печать какого-то особенного, невыразимого страдания, а большие зрачки широко открытых глаз как будто с упреком устремлены были далеко-далеко, к высокому, морозному, суровому небу.
    — Покойник был славный парень, — рассказывал мне между тем один из соседей, заметив впечатление, какое произвел на меня вид Балдыги, — он всегда был здоровый и работящий и всегда, бывало, кого-нибудь из беднейших приютит у себя, поможет; только вот и упрямый же был, Курп, — до самого конца верил, что вернется к своему Нареву. Да перед самой смертью, однако, понял, видно, что этому не бывать.
    Меж тем окоченелый труп вложили в гроб, поставили на маленькие, одноконные якутские санки и, когда портниха, исполнявшая в данном случае, в качестве знатока религиозных обрядов, обязанности духовного лица, громко запела: «Слава Тебе, Царица Небесная», — мы все, поддерживая ее отрывистыми голосами, двинулись к кладбищу.
    Мы шли быстро, — мороз крепчал и поневоле заставлял спешить. Вот мы, наконец, на кладбище, бросаем по кому мерзлой земли в могилу, несколько умелых ударов заступом... и через несколько минуть только небольшая, свежая насыпь свидетельствует о недавнем еще существовании Балдыги на свете. Но не долго будет она свидетельствовать, несколько разве месяцев: придет весна, согретая солнцем могильная насыпь растает, сравняется с землей, зарастет травою; через год — два либо помрут, либо разбредутся по широкому свету свидетели похорон, — и хотя б родная мать тебя искала, не найти ей тебя уж нигде на земле! Да и не станет никто тут искать покойника (и собака далее не спросить о тебе).
    Знал это Балдыга, знали и мы и, молча, расходились мы по домам.
    На следующие день после похорон мороз усилился еще больше. По другую сторону довольно узкой улицы, на которой я жиль, не видать было ни одного строения; густая мгла снежных кристаллов, как туча, нависла над землею. Из-за мглы этой совсем не видно было солнца, но, несмотря на то, что на улице не было ни живой души, воздух, непомерно сгущенный от сильного холода, непрестанно доносил до моего слуха то металлические звуки хрустящего снега, то треск стен в домах, толстых бревен, либо трескающейся широкими щелями земли, то, похожее на стоны, заунывное пение якута. Очевидно, начинались те пресловутые якутские морозы, в сравнении с которыми бледнеют самые отчаянные полярные холода, при которых какой-то невыразимый страх охватывает человека, и каждый живой организм, чувствуя свою полную беспомощность, хоть и съеживается весь и скорчивается, как жалкая собачонка, окруженная стаей злых волков, но все же знает прекрасно, что все это тщетно, что неумолимой враг раньше или позже победить.
    И Балдыга, как наяву, все чаще вставал передо мной. С час уже сидел я над работой, но работа как-то не клеилась, перо само выпадало из рук, и непослушная мысль вырывалась далеко за пределы этой земли, вдаль от снегов и морозов. Напрасно обращался я к моему разуму, напрасно повторял я себе в десятый раз предписания врача; до сих пор я еще оказывал кое-какое сопротивление точившей меня уж несколько недель болезни, — сегодня же я чувствовал себя совершенно обессиленным. Тоска по родине томила, точила заедала меня.
    Столько уж раз не мог я противиться томившим воображение мечтам, — неужели же сегодня мог я устоять против соблазна? И соблазн был сильнее и сам я слабее обыкновенного.
    Итак, прочь морозы и снега, прочь якутская действительность! Я отбросил перо и, окруженный клубами табачного дыма, дал волю разгоряченной фантазии.
    И понесла ж она меня, своевольная!..
    Через тайги и степи, через горы и реки, через бесчисленные царства и страны стрелою помчалась мысль на далекий запад, развернув перед взором моим мои нивы родные над Бугом, где ни злобы нет людской, ни нужды, где столько красоты и гармонии! Не передать мне этого речами, не описать мне пером этих чар!
    Видел я дивные золотистые нивы, изумрудные луга, вековые леса, шептавшие мне сказки о давно минувших днях.
    Слышал я шум колосистых волн, щебет Божьих крылатых певцов, говор дубов-исполинов, смело борющихся с вихрями буйными.
    И я упивался нежным ароматом этих лесов, этих полей, усеянных цветами, украшенных девичьи-свежими синими васильками, красой весны — невинной фиалкой.
    Каждым нервом моим чувствовал я прикосновение родного воздуха... Я чувствовал живительную теплоту солнечных лучей, и хотя на дворе мороз становился еще бешеней все грознее скалил ко мне через стекла окна свои зубы, — кровь, однако, живее потекла по моим жилам, голова разгоралась и, как зачарованный, жадно заглядевшись на родные картины, жадно заслушавшись дорогих душе звуков, я уже не видел и не слышал ничего вокруг себя...
                                                                              *     *
                                                                                  *
    Я не видел и не слышал, как дверь отворилась и кто-то вошел ко мне; я не заметил клубов пару, которые тут всегда врываются, когда растворишь дверь, в таком количестве, что из-за них сразу и не увидишь входящего; я не почувствовал холода, который тут с какою-то бессовестной, умышленной назойливостью врывается в людское жилище; я не видел и не слышал ничего, и только, когда я почувствовал вблизи себя человека, прежде чем увидал его, я невольно кинул ему обычный в Якутске вопрос.
    — Тох надо? *)
    — Это я, господин, мелочами торгую, — был ответ.
    Я поднял глаза. Не было сомнения в том, что передо мною, несмотря на то, что он весь был навьючен всевозможными одеждами, воловьими и оленьими шкурами, стоял типичный провинциальный польский еврей. Кто его видывал в Лосицах, либо Сарнаках, тот его узнает всегда, в каких бы он ни был там якутских или патагонских шкурах. И я его узнал сразу. А так как вопрос свой я задал ему почти бессознательно, еще не придя в себя, то этот еврей, стоявший предо мной, не обрывал слишком резко моих мечтаний, не был для них слишком неприятным контрастом. Напротив, я даже с некоторым удовольствием всматривался в знакомые мне черты; появление еврея в такую минуту, когда я весь душою и мыслями перенесся в родные края, показалось мне вполне естественным, а пара польских слов, сказанных им, приятно поласкали слух. И вот, в каком-то еще забытьи, я приветливо поглядывал на него.
    Еврей постоял немного, затем повернулся, отошел к двери и стал быстро стягивать с себя свои разнообразный одежды.
    Тогда только я опомнился и сообразил, что я ничего ему не ответил, и что догадливый земляк, объяснив себе как можно предусмотрительнее мое молчание, захочет разложить передо мною свой товар. Я поторопился вывести его из заблуждения.
    — Побойся Бога, человече, что ты делаешь?!.. воскликнул я живо. — Ничего я не куплю, ничего мне не надо, не раздевайся понапрасну и ступай себе с Богом дальше!
    Еврей перестал раздеваться и, подумав минутку, волоча за собою наполовину снятую доху **), подошел ко мне и обрывающимся голосом быстро и бессвязно заговорил:
    — Это ничего; я знаю, что вы ничего не купите. Видите ли, я уж тут давно, очень давно... Я до сих пор не знал, что вы приехали. Вы ведь из Варшавы? Вчера только мне сказали, что вы здесь уже больше четырех месяцев. Как жалко, что я так поздно узнал! Я бы сейчас пришел. Сегодня я вас целый час искал, — я был уж на самом краю города; а тут еще мороз такой, черт его побери!.. Извините, господин, я долго мешать вам не стану, только несколько слов.
    — Чего же ты от меня хочешь?
    — Я только хотел бы с вами немного поговорить...
    Такой ответь меня совсем не удивил; людей, являвшихся исключительно за тем, чтобы «немного поговорить» с человеком, недавно приехавшим из Польши, я уж встречал не мало; попадались между ними и евреи. Приходившие интересовались самыми разнообразными предметами: были меж ними и просто любопытные и болтуны, были люди, которые расспрашивали только про родных, были и политики, среди которых у некоторых уж совсем в голове помутилось. Но вообще между приходившими политические темы преобладали и пользовались особенным уважением. Поэтому-то, повторяю, меня ничуть не удивило желание нового гостя, и хотя я с удовольствием избавил бы поскорей мою избу от неприятного запаха обыкновенно плохо выделываемых воловьих дох, тем не менее я любезно пригласил его раздеться и присесть.
    Еврей, по-видимому, очень обрадовался; через минуту он уже сидел около меня, и я теперь мог внимательнее приглядеться к нему.
    Все характернейшие черты еврейского племени, казалось, воплотились в сидевшей подле меня фигуре: и толстый, крючковатый, несколько на бок скривленный нос, и проницательные, ястребиные глаза, и борода клином, цвета зрелого огурца, и наконец, низкий лоб, обрамленный густыми волосами — все это было у моего гостя; но, странное дело, все это, вместе взятое, быть может, скрашенное выражением изможденного лица, дышащего в эту минуту какой-то особой искренностью и приветливостью, не произвело на меня теперь отталкивающего впечатления.
    — Скажи же мне, откуда ты, как тебя зовут, что ты тут поделываешь и что хочешь узнать от меня?
    — Я, господин, Сруль из Любартова, — может, вы знаете, это сейчас коло Люблина; ну так у нас все думают, что это очень далеко, прежде и я так думал, ну а теперь, — подчеркнул он: — то мы знаем, что Любартов от Люблина очень близко, сейчас коло него.
    — А ты здесь давно?
    — Давно, три года без малого.
    — Это ведь еще не так давно; есть такие, что живут тут уж лет 20 слишком, а по дороге мне повстречался старичок из Вильны, что живет тут уже почти 50 лет, — вот они так в самом деле давно. На это еврей резко мне ответить:
    — Как они там, так я не знаю; я знаю, что я тут очень давно.
    — Вероятно, ты тут один, раз у тебя время так долго тянется.
    — И с женой, и с ребенком — с дочкой; было их у меня четверо детей, как сюда я шел, да уж эта дорога такая, Боже сохрани! Целый год мы шли. Вы знаете, что такое этапы?.. Трое деток сразу у меня померло, в одну неделю... Трое деток?! Легко сказать... Похоронить даже негде было, потому нашего кладбища там нету... Я хасид ***), — тише добавил он: — вы, господин, знаете, что это значить... закона держусь, и вот Бог так меня наказывает...
    Он смолк, взволнованный.
    — Ну, мой милый, в таком положении трудно уж об этом еще думать, — ведь это уже все равно, земля Божия повсюду, — пытался я хоть чем-нибудь утешить его. Но еврей вскочил как ошпаренный.
    — Божья! Что за Божья! Какая Божья! Что вы говорите такое! Это собачья земля! Тьфу! тьфу! Божья это земля! Не говорили бы так, постыдились бы, господин! Божья земля, что никогда не отмерзает? Это проклятая земля! Бог не хочет, чтобы люди тут жили; ежели бы Он хотел, она бы такою не была. Проклятая! подлая! Тьфу! тьфу!
    И он начал отплевываться и топать ногами; стиснув зубы, сжав кулаки, он грозил ни в чем неповинной якутской земле, шептал какие-то еврейские проклятия, покуда, наконец, изнеможенный, почти упал на стул подле меня.
    Все ссыльные, без различия религии и племени, не любят Сибири; но этот хасид-фанатик не умел, по-видимому, ненавидеть вполовину. Я ждал, покуда он успокоится. Воспитанный в суровой школе еврей скоро пришел в себя, скоро поборол свое волнение, и когда через несколько минуть я вопросительно посмотрел ему в глаза, он мне ответил немедленно:
    — Извините меня, пожалуйста, господин, я об этом ни с кем не говорю, — да и с кем тут говорить?
    — Разве здесь мало евреев?
    — Разве это евреи, господин? это уж такие, как все здешние... закона никто не держится...— Боясь, однако, нового взрыва, я уж не дал ему кончить и, решив сократить разговор, спросил его прямо, о чем он тут хотел со мной поговорить.
    — Хотел бы я узнать, что там слыхать, господин. Я уж тут столько лет и никогда еще не слышал, что там делается?
    — Ты как-то так странно спрашиваешь, — ведь я же не могу так тебе все сразу рассказать... Я не знаю, что тебя интересует, — может быть, политика? Еврей молчал.
    Полагая, что гость мой, как и многие другие, интересуется политикой, не ясно понимая даже ее сути и самое слово даже, я начал уже наскучивши мне, в виду многократного повторения, рассказ о политическом положение в Европе, в нашей стране и т. д.; но еврей нетерпеливо зашевелился на своем стуле.
    — Так это тебя не интересует? — спросил я.
    — Я об этом никогда и не думал, — откровенно сознался он.
    — А! теперь я понимаю, что тебя интересует: ты, верно, хочешь знать, как идут дела у евреев, как торговля идет?
    — У них дела лучше идут, чем у меня.
    — Верно. Ну, так, должно быть, ты хочешь знать, дорога ли у нас теперь жизнь, каковы цены на рынках, почем мука, мясо и т. п.?
    — Что мне из этого будет, когда тут все равно ничего этого не достанешь, хотя бы там совсем дешево было.
    — Совершенно верно, но, наконец, черт возьми, что же тебя интересует?
    — Когда я... видите ли, господин, я не знаю, как бы это сказать. Видите, я так себе иногда думаю, думаю, что аж Ривка — это мою жену так зовут — у меня опрашиваешь: «Сруль, что с тобою?» А что же я могу ей сказать, когда я сам не знаю, что со мной?.. Может, еще люди надсмеялись бы надо мной...— прибавил он, как бы испытывая, не стану ли и я смеяться над ним.
    Но я и не думал смеяться. Меня эта история начинала интересовать: по-видимому, что-то его мучило, давило что-то такое, в чем он сам не мог отдать себе отчета и что выразить на языке, которым он владел чрезвычайно слабо, было для него еще труднее. Чтобы помочь ему, я поторопился успокоить его, говоря, что он может не спешить, что у меня работа не спешная, что я ничего не потеряю, если мы с ним побеседуем с часок и т. д. Еврей поблагодарил меня взглядом и после короткого раздумья повел такой разговор:
    — Когда вы, господин, уехали из Варшавы?
    — По русскому календарю — в конце апреля.
    — Там тогда было холодно или тепло?
    — Совсем уже было тепло; я ездил сначала в летнем костюме.
    — Ну, вот видите! А тут морозы!
    — Еще бы! Ведь у нас в апреле поля уж засеяны, все деревья зеленые.
    — Зеленые? — в глазах Сруля блеснула радость: — Да, да, зеленые! А тут мороз...
    Теперь уж я знал, что именно ему так интересно; но желая удостовериться в этом, я молчал. Еврей видимо оживился.
    — Ну, скажите мне, господин, есть ли у нас там теперь... только, вот видите ли, я уж и не знаю, как это называется, уже совсем по-польски забыл, — сконфуженно оправдывался он, как будто бы когда-либо он знал: — знаете, это такое белое, как горох, — только это не горох, это растет около домов в огородах летом, на больших таких палках...
    — Фасоль?
    — Вот, вот! Фасоль, фасоль, — повторил он несколько раз, как будто бы хотел навсегда запечатлеть у себя в памяти это слово.
    — Разумеется, есть, и много ее, а разве тут нету?
    — Тут? За все три года ни одной фасолинки я не видел; тут горох такой, который у нас, извините, пожалуйста, только... только...
    — Свиньи едят, — подсказал я.
    — Ну да! тут это на фунты продают и то не всегда достать можно.
    — Разве ты так любишь фасоль?
    — Не то что люблю, а только, вот, иногда я так себе думаю про это, потому ведь это так красиво, когда вот, например, такой лесок как будто растет возле дома. А тут ничего нету! А теперь, — начал он снова, — теперь, скажите мне, господин, есть ли у нас еще там такие маленькие, вот такие, — показывал он на пальце, — серые такие птички? тоже позабыл я, как они называются. Прежде много их там было! Бывало, стою у окна, молюсь, а этих маленьких пташек много так наберется, как будто целый муравейник. Ну, да кто там на них смотреть будет? Знаете что, господин, никогда б я не поверил, что когда-нибудь о них буду думать! Здесь, здесь — так вороны И те на зиму удирают так... Такие маленькие пташки уж наверно не могли бы выдержать, но у нас там они верно еще есть? Есть, господин?..
    Теперь уж я ему не отвечал, — для меня уж больше не было сомнений, что старый еврей, этот фанатик-хасид, тосковал по родине так же страстно, как и я, что оба мы были больны одною болезнью; такая неожиданная встреча товарища по страданию сильно меня растрогала. Я взял его за руку и в свою очередь спросил:
    — Так вот ты о чем со мной поговорить хотел? Так ты не думаешь о своей тяжкой доле, о гнетущей нужде своей, а тоскуешь по солнцу, по воздуху родной земли? Ты думаешь о полях, лугах и лесах, об их Божьих обитателях, которых в своей бедной жизни ты не успел даже хорошенько узнать, и теперь, когда милые душе образы начинают исчезать уже из памяти, ты боишься пустоты, которая окружить тебя, боишься глубокого одиночества, которое тебя охватит, когда пропадут дорогие воспоминания? Ты хочешь, чтобы я тебе все это напомнил, чтоб освежил их, ты хочешь, чтоб я рассказал тебе, какова наша земля?..
    — О, да, господин! о, да! я за тем и пришел сюда... — и он сжимал мои руки и смеялся радостно, как ребенок.
    — Ну, так послушай, брат мой!..
..........................................................................................
    И слушал меня Сруль; весь обратился он в слух, раскрыл рот и вперил в меня глаза; этим взглядом он жег меня, возбуждал, как бы вырывал у меня слова, жадно ловил их и прятал далеко, в самой глубине своей горячей души... прятал их там, без сомнения, потому что, когда я кончил свой рассказ, еврей с болью застонал: — О, вей мир! о, вей мир! — его рыжая борода затряслась и крупные, чистые слезы покатились по изможденному лицу... И долго рыдал старый хасид, и я плакал вместе с ним.
                                                                        *     *
                                                                            *
    Много с той поры воды утекло в холодной Лене и немало, верно, людских слез скатилось по лицам страдальцев. Но до сих пор, — хоть и давно уж это было, — в ночной тиши, в бессонные ночи, часто встает перед моими глазами, точно из мрамора вылитое, строгое, запечатленное печатью великого страдания лицо Балдыги и рядом с ним всегда вырисовывается пожелтелое, изборожденное морщинами, облитое чистыми слезами жгучей тоски, лицо Сруля.
    И когда я дольше вглядываюсь в эти ночные видения, мне иногда начинает казаться, что бледные, дрожащие губы еврея шевелятся, и тихий голос с отчаянием шепчет:
    «О Иегова, отчего Ты так немилосерд к одному из вернейших Твоих сынов?..»
-----------------------------------------------------------------------------------------------
    *) Что надо? — первые якутские слова при входе кого-либо.
    **) Верхняя зимняя одежда. Обыкновенно из двойных шкур шерстью вверх, внутри сшитая. Дохи шьются из оленьих шкур, более бедные носят из воловьих.
    ***) Хасиды — секта евреев, строго придерживающаяся всех обрядностей и заповедей своей религии.
    С польского перевела М. Троповская.
    /Тоска по Родинеѣ. Разсказъ политическаго ссыльнаго. Ад. Шиманскаго. Москва. 1907./


    А. Шиманский
                                                      СРУЛЬ  ИЗ  ЛЮБАРТОВА
                                                                        Рассказ



    Было это в тысяча... впрочем, не всё ли равно в котором году. Достаточно сказать, что это было, и было в Якутске, в начале ноября, спустя несколько месяцев после моего приезда в столицу морозов.
    Спиртовой термометр Реомюра показывал 35° мороза. Я со страхом думал об участи моих ушей и носа, которые лишь недавно прибыли с запада и до сих пор всегда очень чувствительно для меня выражали свой пассивный протест против принудительной акклиматизации, — сегодня же им предстояло наиболее серьезное испытание. Несколько дней назад в местной больнице умерь один из членов нашей колонии, литвин Петр Балдыга, и сегодня утром мы собирались отдать ему последний долг: схоронить в мерзлую землю его многострадальный кости.
    Я ожидал лишь одного знакомого, который должен был известить меня о времени похорон; ждать пришлось недолго, и, защитив возможно старательнее свой нос и уши, я отправился вслед за другими к больнице.
    Она находилась за городом.
    Во дворе, несколько в стороне от других зданий, стоял небольшой сруб — мертвецкая.
    В ней-то и лежало тело Балдыги. Открыли дверь; мы вошли, и внутренность мертвецкой произвела на всех неприятное впечатление; нас было человек десять или около того, и мы все переглянулись. Мы очутились здесь перед лицом холодной, голой, ничем хотя бы для виду не прикрытой действительности... В помещении, в котором не было ни стола, ни стула, ничего, кроме серебрившихся инеем стен, на усыпанном снегом полу лежал также весь заиндевевший, закутанный в какую-то простыню или саван, огромный усатый труп. Это и был Балдыга.
    Тело страшно закоченело, и, чтобы удобнее было уложить его, приготовленный уже гроб придвинули к дверям, к свету.
    Никогда не забуду лица Балдыги, каким увидел его в гробу, при свете дня, очищенным от снега. На суровых чертах его лежал отпечаток какой-то необычной, невыразимой словами муки, а зрачки широко раскрытых глаз, казалось, с укором устремлялись к далеким, холодным, неприветливым небесам.
    — Покойный был достойный человек, — рассказывал мне тем временем один из соседей, заметив, какое впечатаете произвел на меня вид Балдыги. — Здоровый, трудолюбивый, он всегда пригревал возле себя кого-нибудь из более несчастных; но и упрям же был, как настоящий литвин, и до конца верил, что вернется на свой Нарев. Однако, перед смертью он понял, по-видимому, что не бывать этому...
    Между темь окостеневший труп уложили в гроб, гроб поставили на маленькие, одноконные якутские сани, и когда жена портного В., исполнявшая в данном случае, как человек, сведущий в религиозных обрядах, обязанности ксендза, громко затянула похоронную песнь, мы стали подтягивать прерывающимися голосами и тронулись к кладбищу.
    Мы подвигались быстро, мороз крепчал и подгонял нас. Наконец мы — на кладбище, бросаем по кому мерзлой земли на гроб... Несколько искусных ударов лопатой, и через минуту лишь небольшая свежевзрыхленная кучка земли напоминала о недавнем еще существовании Балдыги на свете. Недолго, впрочем, будет напоминать она: всего несколько месяцев; настанет весна, растает согретый солнцем могильный холмик, сравняется с землей, порастет травой и бурьяном; через год-другой перемрут или разбредутся по широкому свету свидетели похорон, и тогда пусть хоть мать родная ищет, — не найдет она его нигде на свете! Впрочем, и искать умершего никто здесь не станет!..
    Знал об этом Балдыга, знали и мы все — и молча разбрелись по домам.
    На следующий день мороз еще усилился. На другой стороне улицы, на которой я жил, не видно было ни одной постройки; густая мгла из снежных кристаллов, словно туча, висела над землей. Сквозь эту мглу не проглядывало солнце; хоть на улице и не видать было ни одной живой души, но воздух, необыкновенно сгущенный от мороза, все время доносил до моих ушей то металлический скрип снега, то треск от лопающихся в стенах домов толстых бревен или расседающейся широкими щелями земля, то похожую на стон жалобную песню якута: Очевидно, начинались те якутские морозы, перед которыми ничто ужаснейшие полярные холода, перед которыми человека охватывает какой-то необъяснимый страх, и каждое живое существо съеживается и корчится, как тощая собака, окруженная стаей свирепых волкодавов, хотя и знает она, что напрасно все это, что неумолимый враг рано или поздно победит.
    И Балдыга, как живой, все чаще вставал предо мной. Целый час я сидел уже над начатой работой; работа, однако, как-то не клеилась, перо вываливалось из рук, а непослушная мысль уносилась далеко за пределы снежной морозной земли. Напрасно взывал я к своему рассудку, напрасно десятый раз повторял себе советы доктора; до сих пор я оказывал кой-какое сопротивление мучившей меня уже несколько недель болезни, теперь же я чувствовал себя совершенно бессильным, безвольным. Тоска по родине охватила меня и мучила невыносимо.
    Много раз я не мог противостоять обольстительным грезам, а сегодня и подавно не быль в состоянии противиться искушению, так как и искушение было сильнее, и я чувствовал себя слабее обыкновенного.
    Прочь же снега и морозы, прочь якутская действительность! Я бросил перо и, окутанный клубами табачного дыма, отпустил поводья своего разгоряченного воображенья.
    И помчало же оно меня, своевольное!..
    Через тайги и степи, чрез горы и реки, чрез бесчисленные царства и земли понеслась легкокрылая мысль на далекий запад и раскинула предо мной чарующую картину: свободные от горя и злобы людской, полные красоты и гармонии родные мои поля над Бугом. Словами не выразить, пером не описать теперь этих чар!
    Я видел золотые нивы, изумрудные луга, вековые леса, шумящие мне про дела давно минувших дней.
    Я слышал шум волнующихся колосьев, щебетание крылатых божьих певцов, говор дубов-великанов, гордо противостоящих вихрями.
    И я упивался ароматом этих лесов, и этих цветущих полей, убранных девственно-свежими, голубыми васильками и красою весны — скромной фиалкой.
    Каждый мой нерв ощущал дуновение родного ветерка... Я чувствовал животворную теплоту солнечных лучей, и хоть на дворе мороз скрипел все свирепее и все грознее скалил на меня чрез стекло окна свои зубы, однако кровь быстрее заструилась в моих жилах, голова запылала, и, словно заколдованный, я весь обратился в слух и зрение и уже ничего не замечал вокруг себя...
    Я не видел и не слышал, как отворилась дверь, и кто-то вошел ко мне; не заметил клубов пара, врывающихся всегда здесь в комнату из открытых дверей в таком количестве, что входящего и не увидишь сразу; не чувствовал холода, который с какою-то наглою, обдуманною настойчивостью врывается в жилище: ничего я не видел и не слышал, и лишь когда почувствовал совсем близко возле себя присутствие человека, прежде даже, чем увидел его, машинально бросил ему обычный в Якутске вопрос:
    — Тох надо? *).
    — Это я, господин, торгую мелочным товаром, — послышался ответь.
    Я поднял глаза. Не было никакого сомнения: несмотря на массу напяленной всевозможной одежды из телячьих и оленьих шкур, предо мной стоял типичный обыватель захолустных местечек, польский еврей. Кто видел его в Лозицах, в Сарнаках, тот сразу узнает его не только в якутской, но и в патагонской одежде. А так как и вопрос свой я кинул машинально, не прерывая своих грез, то и стоявший предо мною еврей не явился для этих грез слишком резким контрастом. Напротив. Я с удовольствием вглядывался в знакомые черты; появление этого еврея в то время, как я мыслями и сердцем витал в родном краю, показалось мне довольно естественным, а польская речь ласкала мой слух. Итак, все еще не приходя в себя, я с удовольствием разглядывал его. i
    Еврей постоял немного, затем отступил назад, к двери, и стал поспешно сбрасывать с себя верхнюю одежду.
    Лишь тут я опомнился, и сообразил, что ничего ему не ответил, и что, очевидно, мой догадливый соотечественник объяснил себе мое молчание с наиболее выгодной для себя стороны, и теперь хочет разложить свой товар. Я поспешил вывести его из заблуждения.
    — Побойся Бога, что ты делаешь?! — быстро воскликнул я. — Я ничего не куплю, ничего мне не нужно: не раздевайся напрасно и проваливай с Богом дальше!
    Еврей перестал раздеваться и, подумав минутку, приблизился ко мне, волоча за собой на половину снятую доху, и быстро, беспорядочно заговорить прерывающимся голосом:
    — Это ничего, я знаю, что вы ничего не купите. Видите ли, я здесь давно уже, очень давно... До сих пор я не знал, что вы приехали. Ведь вы из Варшавы? Мне вчера только сказали, что вы здесь уже больше четырех месяцев. Как жаль, что я узнал об этом так поздно! А то сейчас же пришел бы. И сегодня я целый час искал вас, на самый конец города ходил, а мороз такой, чтоб черти его взяли!.. Уж вы мне позвольте... я недолго вас задержу, всего несколько слов...
    — Что ж тебе от меня нужно?
    — Я хотел бы только поговорить с вами немного.
    Ответ этот меня нисколько не удивил; я видел не мало уже различных людей, приходящих лишь затем, чтоб «поговорить немного» с человеком, не давно приехавшим с родины; бывали между ними и евреи. Интересовались они все самыми разнообразными вещами: бывали и просто любопытные болтуны, бывали такие, что спрашивали только о родных, бывали и политики, у которых нередко все уже перевернулось в голове вверх ногами. В общем, однако, среди моих посетителей политика играла всегда выдающуюся роль. Поэтому меня не удивили, повторяю, желание новоприбывшего, и хотя я быль бы рад поскорее освободить свою избу от неприятного запаха по обыкновению плохо выделанных шкур дохи, я радушно попросил его раздеться и присесть.
    Еврей, видимо обрадованный, через минуту уже сидел возле меня, и теперь я мог рассмотреть его внимательнее.
    Все типичнейшие черты еврейского племени, казалось, сосредоточились в сидящей возле меня фигуре: и толстый, торчащий, несколько искривленный на сторону нос, и проницательные, ястребиные глаза, и рыжевато-желтая бородка клином и, наконец, низкий, окаймленный жесткими волосами лоб, — всем этим мой гость обладал. Но, странно, все это вместе взятое, быть может скрашиваемое выражением исхудалого лица, дышащего какою-то открытой искренностью и добродушием, — не производило на меня теперь дурного впечатления.
    — Скажи же мне, откуда ты, как тебя звать, что здесь делаешь и о чем хочешь спросить меня?
    — Я Сруль из Любартова. Может вы знаете, это сейчас возле Люблина; у нас впрочем все думают, что это очень далеко, раньше и я так думал... а теперь, — добавил он с ударением, — мы уже знаем, что Любартов от Люблина очень близко, совсем рядом.
    — А давно ты здесь?
    — Очень давно, без малого три года.
    — Ну, это еще не так давно, есть такие, что до двадцати и больше лет живут здесь, а дорогой я встретил старика из Вильны, так он пробыл здесь почти пятьдесят лет; вот это действительно давно... — Но еврей меня перебил:
    — Как там они, я не знаю, а про себя знаю, что я здесь очень давно.
    — Вероятно, ты здесь совсем один, если время тебе кажется таким долгим.
    — И жена здесь, и ребенок — дочка; было четверо детей, как отправились сюда, но дорога ужасная, шли год целый: вы знаете, что это такое — этапы?.. Трое детей умерло сразу... в одну неделю... все равно, что сразу. Трое детей?! Легко сказать... похоронить даже негде было, потому что нашего кладбища там не было... Я хасид, — добавил он тише, — вы понимаете, что это значить... строго придерживаюсь закона... и Бог меня так тяжко карает...
    И он грустно умолк.
    — В таком положении, голубчик, уж трудно думать об этом. Да, в конце концов, это все равно, земля везде Божья, — старался я его хоть чем-нибудь утешить, но еврей вскочил как ужаленный.
    — Божья! Как Божья! Что вы говорите? Это собачья земля! Тьфу! тьфу! Божья земля? Стыдитесь, как можно так говорить! Божья земля, которая никогда не оттаивает?! Это проклятая земля! Бог не хочет, чтобы здесь жили люди: если бы он хотел, она не была бы такая. Проклятая, подлая! Тьфу, Тьфу!
    И он начал плевать и топтать ногами; то, сжав губы, скорченными пальцами грозил он неповинной, якутской земле, то шептал по-еврейски какие-то проклятая, наконец, измученный, снова уселся, вернее — повалился на скамью возле меня.
    Все ссыльные, без различия религии и национальности, не любят Сибири; но, очевидно, фанатичный хасид не умел ненавидеть наполовину. Я ожидал, пока, он успокоится. Воспитанный в суровой школе, еврей скоро пришел в себя, быстро овладел волнением и, когда я взглянул на него вопросительно, он заговорил:
    — Простите меня, я об этом ни с кем не говорю, да и с кем здесь говорить?
    — Разве мало здесь евреев?
    — Разве это евреи? это все равно, что здешний народ... никто не исполняет закона.
    Боясь, однако, нового взрыва, я не дал ему кончить и, решив сократить наш разговор, прямо спросил, о чем он хотел поговорить со мною.
    — Я хотел бы узнать, что там слышно... Столько лет я здесь и ни разу не слышал, что там делается.
    — Ты так странно спрашиваешь, что я не знаю, как тебе сразу ответить; я не знаю, что тебя интересует; может быть, политика?
    Еврей молчал.
    Думая, что гость мой, как и многие другие, интересуется политикой, не понимая самого названия предмета, я начал привычное уже для меня, благодаря многократным повторениям, повествование о политическом состоянии Европы, о Польше и т. д., но еврей нетерпеливо заерзал на месте.
    — Так это не интересует тебя? — спросил я.
    — Я никогда не думал об этом, — откровенно ответил он.
    — А! Теперь понимаю, в чем дело; ты, вероятно, хочешь знать, как живется евреям, как идет торговля?
    — Им живется лучше моего...
    — Верно. В таком случае ты, вероятно, хочешь знать, дорога ли теперь жизнь, какие цены на базарах, почем мука, мясо?
    — Что мне в том, если здесь ничего достать нельзя, как бы дешево там оно ни стоило...
    — Еще вернее. Но все же скажи, наконец, что тебе от меня нужно?
    — Если же я не знаю, как объяснить это! Видите, я часто так думаю, думаю, что даже Ривка, — это жену мою так зовут, спрашивает: «Что с тобой, Струль? А что я отвечу ей, когда и сам не знаю, что со мной? А, может быть, даже и люди стали бы надо мной смеяться? — добавил он, словно желая выпытать, не стану ли и я насмехаться над ним.
    Но я не смеялся. Я был заинтересован; очевидно, его душу, тяготило что-то, в чем он сам себе не умел дать отчета и о чем рассказать на языке, которым владел очень несовершенно, было для него весьма затруднительно. Чтоб ободрить, я просил его не торопиться, так как работа моя не спешная и ничего не потеряет, если мы побеседуем час, другой и т. д. Еврей поблагодарил меня взглядом и, немного подумав, начал такой разговор:
    — Когда вы выехали из Варшавы?
    — По русскому календарю в конце апреля.
    — А тогда тепло там было, или холодно?
    — Совсем тепло. Я ехал в летнем костюме.
    — Ну подумайте! А здесь мороз!
    — Разве же ты забыл, что в апреле уже все поля у нас засеяны, все деревья стоять зеленые.
    — Зеленые? — и радость блеснула в глазах Сруля. — Да, верно, зеленые; а здесь мороз.
    Теперь я знал уже, что ему нужно; однако, желая увериться, молчал. Еврей видимо оживился.
    — Ну, расскажите же мне, есть у нас теперь... только вот видите, не знаю я, как это называется, забыл уже по-польски, — объяснял он сконфуженно, как будто бы знал когда-нибудь, — оно такое белое, как горох, только не горох, летом возле домов в огородах, на таких больших палках?...
    — Фасоль?
    — Вот, вот! Фасоль, фасоль, — повторил он это слово несколько раз, как будто хотел запечатлеть его в своем мозгу навеки.
    — Конечно, есть, и много... А здесь разве нет?
    — Здесь? За все три года ни одного зерна не видел, здесь горох такой, что у нас, извините за выражение, только... только...
    — Свиньи едят? — подсказал я.
    — Вот, вот! Здесь его продают на фунты, да и то не всегда можно достать.
    — Разве ты так любишь фасоль?
    — Не то что люблю, а все-таки часто думаю об ней; ведь это очень красиво, как она растет возле дома. А здесь ничего нет!
    — А теперь, — начал он снова, — теперь скажите мне, есть у нас еще маленькие, вот такие, — показал он пальцами, — такие серенькие птички? Тоже забыл, как они называются. Прежде их много было! Бывало, молишься у окна, а мелюзги этой, как муравьев соберется. Но кто там на них смотрит? Знаете, никогда бы я не поверил, что стану о них думать когда-нибудь! А отсюда, отсюда даже вороны на зиму улетают, а такая мелюзга тем более не может выдержать. Но у нас они есть еще? Ну, говорите, есть?
    Но теперь я не ответил ему; я не сомневался больше, что старый еврей, хасид, фанатик, тосковал по родине, как и я, что оба мы были больны одною болезнью; такое неожиданное открытие товарища по страданию сильно меня тронуло; я взял его за руку и сам стал спрашивать:
    — Так ты об этом хотел поговорить со мной? Так ты не думаешь о людях, о своей тяжелой доле, о беде, которая душит тебя, а тоскуешь о родном солнце, о воздухе, о родной земле?.. Думаешь о полях, лесах и лугах, об их обитателях, которых за всю свою бедную жизнь ты не имел даже времени узнать хорошенько, а теперь, когда дорогие сердцу картины исчезают из твоей, памяти, ты боишься пустыни, которая окружить тебя, когда изгладятся дорогие воспоминания? Ты хочешь, чтобы я тебе напомнил их, освежил, хочешь, чтоб я рассказал тебе, какова наша земля?
    — Да, да, вот именно! За этим, я и пришел... — и он сжимал мои руки и смеялся радостно, как ребенок...
    — Слушай же, брат!..
    И слушал меня Струль, весь превратившись в слух, с раскрытым ртом, с устремленными на меня глазами. Своим взглядом он жег меня, возбуждал, вырывал из меня слова, жадно хватал их и прятал глубоко, на дне своего горячего сердца. Без сомнения он складывал их там, потому, что, когда я кончил, «о вей мир, о вей мир!» жалобно застонал он, затряслась его рыжая борода, и крупные, частые слезы потекли по измученному лицу... И долго рыдал старый хасид, и я плакал с ним вместе...

    Много воды утекло с тех пор в холодной Лене, и не мало, верно, слез людских скатилось по измученным лицам. Но и теперь еще, хоть давно это было, — в ночной тиши, во время бессонницы, часто встает пред моими глазам окаменелое, с отпечатком тяжкой муки лицо Балдыги, и рядом с ним всегда появляется пожелтившее, сморщенное, облитое чистыми слезами лицо Сруля. И когда я дольше всматриваюсь в эти ночные видения, то часто мне кажется, что шевелятся дрожащие, бледные губы еврея, и тихий, полный отчаяния голос шепчет возле меня: «О Иегова, зачем Ты так немилостив к одному из вернейших сынов Твоих?..»
----------------------------------------------------------
    *) Что надо? — Первое слово якута при встрече.
    Перевод с польского Е. и И. Леонтьевых.
    /Изъ одного русла. Сборникъ съ предисловиемъ Е. Ожешко. Томъ ІІ. Москва. 1911. С. 32-43./
    /А. Шиманскій. Сруль изъ Любартова. Разсказъ. Москва. 1917./
    /А. Шиманскій. Сруль изъ Любартова. Разсказъ. Москва. 1918./


    Адам Шиманский
                                                         СРУЛЬ ИЗ ЛЮБАРТОВА
    Было это в году... да какая разница, довольно того, что было, а было это в Якутске, в начале ноября, несколько месяцев спустя после моего прибытия в эту столицу морозов.
    Спиртовой термометр Реомюра показывал 45° холода, и я со страхом думал о судьбе моего носа и ушей; будучи недавно привезенными с запада, они до сих пор весьма чувствительным для меня образом выражали свой тихий протест против насильственной акклиматизации, а как раз сегодня им предстояло длительное испытание. Грозило им это испытание по той причине, что несколько дней назад в местной больнице умер один из членов нашей колонии, курп Петр Балдыга *, и сегодня утром мы должны были оказать ему последнюю услугу: предать земле его измученные кости.
    Я ждал знакомого, который должен был сообщить мне время погребения; ждал я недолго и, старательно защитив нос и уши, поспешил вслед за другими к больнице.
    Больница была за городом.
    Во дворе, чуть поодаль от других строений, стоял небольшой сарай — морг.
    В этом морге находилось тело Балдыги. Отворили двери, и мы — человек десять или больше — вошли внутрь. То, что открылось нам, настолько всех потрясло, что мы невольно переглянулись: мы стояли лицом к лицу с действительностью, голой, холодной, не прикрытой никакими лохмотьями видимости... В сарае, где не было ни стола, ни табуретки, ничего, кроме стен, выбеленных инеем, на занесенном снегом полу лежал тоже выбеленный, завернутый не то в простыню, не то в рубаху, огромный усатый труп. Это был Балдыга.
    Тело промерзло ужасно, и прежде чем положить труп в уже приготовленный гроб, его пододвинули к двери, к свету.
    Никогда не забыть мне лица Балдыги, которое я увидел теперь в дневном свете, очищенное от снега. На суровом его лике лежал отпечаток странной, неописуемой боли, а огромные зрачки широко открытых глаз, казалось, с упреком устремлены были куда-то далеко, к морозному суровому небу.
    — Умерший славный был человек, — рассказывал мне тем временем один из соседей, заметив, как поразил меня вид Балдыги, — здоровый, работящий, всегда, бывало, опекал, пригревал кого-нибудь из беднейших; но и упрямый был, как все курпы, до конца верил, что воротится на Нарев. Однако перед смертью, видать, понял, что не бывать тому.
    Закаменелые останки положили в гроб, гроб поставили на маленькие одноконные якутские сани, и когда портниха В. **, выполнявшая в этом случае обязанности священника как знаток религиозных обрядов, громко завела: «Хвалим тебя, Царица небесная, в печали и радости», — мы прерывистыми голосами подхватили молитву и двинулись к кладбищу.
    Шли мы быстро, мороз крепчал, побуждая поторапливаться. Наконец мы на кладбище, бросаем по комку смерзшейся земли на гроб, несколько сноровистых ударов заступом... и вот уже только маленькая, свеженасыпанная кучка земли свидетельствует о еще недавнем существовании Балдыги на свете. Свидетельствовать, однако, будет недолго, всего несколько месяцев; наступит весна, согретый солнцем могильный холмик растает, сравняется с землей, зарастет травой и сорняками; через год-два вымрут либо разбредутся по свету свидетели погребения, и даже мать родная не сыщет уж тебя нигде на земле! Да и кто станет искать тут умершего? Последний пес о тебе не вспомнит.
    Знал об этом Балдыга, знали и мы и в молчании расходились по домам.
                                                                         *   *   *
    Назавтра после похорон мороз еще усилился. По другую сторону довольно узкой улицы, на которой я жил, не было видно ни одного строения; плотная мгла снежных кристаллов тучей нависла над землей. Солнце из этой туманности уже не показывалось, но, хотя на улице живой души не было, воздух, необычайно сгустившийся от лютого холода, то и дело доносил до моих ушей то металлические звуки скрипящего снега, то треск распираемых стен, толстых бревен, лопавшейся широкими расщелинами земли, а то и похожее на стон, тоскливое пенье якута. Видно, начинались те якутские морозы, с которыми не идут в сравнение даже самые жестокие полярные холода; при таких морозах невыразимый страх охватывает человека, и всякий живой организм, чувствуя полное свое бессилие, хотя внутренне собирается и съеживается, как жалкий пес, окруженный стаей злых цепных собак, но хорошо знает, что все напрасно: неумолимый враг рано или поздно одержит победу.
    Балдыга, как наяву, все чаще вставал предо мной. Уже час сидел я, разложив работу, однако она как-то не клеилась, перо само выпадало из руки, и непослушная мысль вырывалась далеко за границы этой снежной морозной земли. Напрасно я взывал к своему рассудку, напрасно в десятый раз повторял советы врача; до сих пор я как-то сопротивлялся уже несколько недель терзавшему меня недругу, но сегодня чувствовал себя совершенно изнемогшим, обессиленным. Тоска по родине пожирала меня, безжалостно терзала.
    Столько уж раз я оказывался не в состоянии противится призрачным мечтам, мог ли я сегодня удержаться от искушения? К тому же искушение было сильнее, а сам я – слабее обычного.
    Итак, прочь морозы и снега, прочь якутску действительность! Я отбросил перо и, окутанный клубами табачного дыма, предался разыгравшемуся воображению.
    И понесло оно меня, своевольное!..
    Через тайгу и степи, горы и реки, неисчислимые царства и земли понеслась летучая мысль на далекий запад, простирая передо мной истинные чудеса: не ведающие убожества и злости человеческой, полные красоты и гармонии нивы мои по-над Бугом. Устам моим не рассказать сегодня, пером не описать волшебных этих чудес.
    Видел я золотистые нивы, изумрудные луга, стародавние леса, о былой истории мне нашептывающие.
    Слышал я шорох волнующихся колосьев, гомон Божьих крылатых певцов, говор дубов-великанов, гордо противостоящих бурям.
    И наслаждался я запахом этих целительных лесов и этих цветистых полей, украшенных девичьей свежестью синих васильков, красой весны — невинной фиалкой.
    ...Каждым нервом ощущал я ласковое касание родимого воздуха... Ощущал животворное действие солнечных лучей, и хотя мороз на дворе скрежетал еще свирепее и угрожающе щерил на меня зубы с оконных стекол, но кровь живо заиграла в моих жилах, голова запылала, и, словно околдованный, заглядевшись, заслушавшись, я уже не видел, не слышал ничего вокруг...
                                                                                *   *   *
    Не видел и не слышал, как отворилась дверь и кто-то вошел ко мне; не заметил клубов пара, который каждый раз, когда дверь открывается, валом валит вовнутрь, так что входящего не сразу и увидишь; не почувствовал и холода, который с наглой, умышленной агрессивностью врывается здесь в человеческое жилище; не видел и не слышал ничего, и только почувствовав рядом с собой человека, прежде чем увидеть его, машинально бросил ему обычный в Якутске вопрос:
    — Тох надо? 1
    — Так я, пане, с мелочем торгую, — прозвучал ответ.
    Я поднял глаза. Несомненно, передо мной, хотя и закутанный в самую немыслимую одежду, в яловые и оленьи шкуры, стоял типичный местечковый польский еврей. Кто видывал его в Лосинах или Сарнаках, тот узнает его не только в якутских, но и в патагонских шкурах. Так что я признал его сразу. А поскольку, как я уже сказал, и вопрос свой, не совсем еще опамятовавшись, я бросил ему машинально, то еврей, стоящий сейчас предо мною, не прерывал моих мечтаний, не был им слишком неприятным контрастом. С каким-то даже удовольствием всматривался я в знакомые черты; появление еврея в ту минуту, когда я мыслью и сердцем перенесся на родимую землю, показалось мне вполне естественным, а несколько польских слов приятно ласкали ухо. Не совсем еще выйдя из забытья, я дружелюбно к нему присматривался.
    Еврей постоял немного, затем повернулся, отошел к двери и поспешно принялся стягивать с себя разношерстную свою одежду.
    Тут только я спохватился, что ничего не ответил ему и что сметливый земляк, превратно истолковав мое молчание, захочет разложить передо мною свой товар. Я поспешил вывести его из заблуждения.
    — Побойся Бога, человече, что ты делаешь? — живо воскликнул я. — Ничего я не покупаю, мне ничего не нужно, не раздевайся понапрасну и ступай себе с Богом дальше.
    Еврей перестал раздеваться, минутку подумав, подошел ко мне, таща за собой наполовину снятую доху 2, и заговорил быстро, прерывисто, хаотично:
    —Это ничего, я ж знаю, что вы ничего не купите. Я, видите, туn давно, очень давно... Я раньше не знал, что вы приехали. Вы из Варшавы, да? Мне только вчера сказали, что вы тут уже больше четырех месяцев. Жалко, что я так поздно узнал! Я бы сразу пришел. Сегодня искал вас целый час: аж на краю города побывал, а тут мороз такой, будь он неладен!.. Уж дозвольте мне, я долго мешать не стану, несколько словечек только...
    — Чего же ты от меня хочешь?
    — Только поговорить немножко.
    Ответ его вовсе не удивил меня; я встречал уже немало разных людей, приходивших для того лишь, чтобы «немножко поговорить» с человеком, недавно прибывшим из родной страны; были среди них и евреи. Приходившие интересовались самыми разными вещами: бывали и просто любопытствующие, и болтуны, некоторые расспрашивали только о своих родных, бывали и политики — у многих из них окончательно в голове помутилось. Но вообще приходившие ко мне люди к политике, как правило, относились с особым уважением и почтением. Поэтому меня не удивило, повторяю, желание нового посетителя, и хотя я рад был бы поскорее избавить мою хату от неприятного запаха, исходившего от, как обычно, плохо выделанной яловой кожи, все же я любезно пригласил его раздеться и сесть.
    Еврей, явно обрадованный, через минуту уже сидел возле меня, и я смог внимательней его разглядеть.
    Все самые неприглядные черты еврейской внешности как будто воплотились в сидящей возле меня фигуре: и толстый, палкообразный, слегка искривленный нос, и пронзительные ястребиные глаза, и клиновидная борода цвета сильно перезрелого огурца, и, наконец, низкий лоб, окаймленный жесткими волосами, — всем этим обладал мой гость, но, странное дело, все это вместе, быть может, скрашенное выражением его лица, истощенного, дышащего искренней открытостью и дружелюбием, не произвело на меня отталкивающего впечатления.
    — Так скажи мне, откуда ты, как тебя зовут, что ты тут делаешь и что хотел бы узнать от меня?
    — Я, пане, Сруль из Любартова, вы, сударь, может, знаете: это близенько от Люблина, совсем рядом. Ну, у нас все думают: очень, мол, далеко, и я так раньше думал, а теперь, — добавил он с ударением, — мы-то знаем, что вот он, Люблин, а вот близенько Любартов.
    — И давно ты здесь?
    — Ох как давно, три года без малого.
    — Это еще не так давно, есть такие, что больше двадцати лет тут живут. А в дороге встретился мне старичок из Вильна, так он почти пятьдесят лет тут прожил — вот это в самом деле давно.
    Но еврей меня одернул:
    — Про них не знаю, а про себя знаю, что я тут очень даже давно. - Небось, одинокий ты, раз время таким долгим кажется?
    — С женой я и с ребеночком — с дочком; четверых детей имел; когда сюда шел, так дорога такая была — упаси Боже, год целый мы шли; вы не знаете, что такое этапы?... Трое деток сразу у меня умерли, за одну неделю, все равно что сразу. Трое деток! Легко сказать... даже схоронить не было где, кладбища нашего там ведь нету... Я хусит, — прибавил он тише, — вы же знаете, что это такое... закон соблюдаю... а Бог меня так наказует... Он умолк, разволновавшись.
    — Дорогой мой, в таком положении не до того уж... земля, она везде Божья, — старался я хоть как-то его утешить; но еврей вскочил, как ошпаренный.
    — Божья? Да какая она Божья! Где там Божья! Не можно так сказать! Стыдитесь такое говорить! Чтобы Божья земля да никогда не оттаивала? Проклятая это земля! Бог не хочет, чтобы люди здесь жили, - когда бы хотел, она не была бы такая. Проклятая, подлая. Тьфу! Тьфу!
    И он стал плеваться вокруг и топать ногами Стиснув зубы, он скрюченными пальцами грозил невинной якутской земле, шептал какие-то еврейские проклятья и наконец, уставши, скорее упал, чем сел на табуретку возле меня.
    Все ссыльные, независимо от религии и национальности, не любят Сибири, но фанатичный хасид, очевидно, не умел ненавидеть вполовину. Я пережидал, пока он успокоится. Воспитанный в суровой школе, еврей быстро овладел собой, быстро подавил волнение и, когда я спустя минуту вопросительно взглянул ему в глаза, немедля ответил:
    — Простите меня, я ни с кем об том не говорю, да и с кем тут говорить?
    — Разве тут мало евреев?
    — Да разве ж то евреи? Они всё одно что тутошние... закона никто не соблюдает.
    Боясь нового взрыва, я не дал ему продолжить и, чтобы сократить беседу, прямо спросил, о чем он хотел со мной поговорить.
    — Узнать бы мне хотелось, чего там слыхать. Столько лет я уже здесь, а ни разу еще не слышал, как там.
    — Странно ты спрашиваешь, я же не могу тебе сразу обо всем рассказать, не знаю, что тебя интересует... Может, политика?
    Еврей молчал.
    Решив, что гость мой, как и многие другие, интересуясь политикой, не знает, что она так называется, я начал стереотипный для меня, поскольку многократно уже повторенный, рассказ о политическом положении Европы, о нашем положении и т.д., но еврей нетерпеливо заерзал.
    — Выходит, тебе это неинтересно?
    — Никогда об том не думал, — ответил он прямо.
    — А! Я, кажется, понимаю, в чем дело. Ты, наверно, хочешь знать, как евреям живется, как торговля идет?
    — Им лучше живется, чем мне.
    — Это верно. В таком случае, ты, наверно, хочешь знать, дорогая ли у нас там жизнь, какие цены на рынках, почем мука, мясо и т.д.
    — Что мне с того, коли тут ничего достать не можно, хоть бы там и задарма все было.
    — Тоже верно; но, в конце-то концов, какого лиха тебе надо?
    — Коли и не знаю, как это сказать. Видите ли, я так часом думаю себе, думаю, даже Ривка, это жену мою так звать, спрашивает: «Сруль, что с тобой?» А что я ей скажу, коли сам не знаю, что со мной. А может, и люди с меня смеялись бы? — добавил он, как бы прощупывая, не буду ли и я над ним смеяться.
    Но я не смеялся. Мне было интересно: что-то, как видно, угнетало его в чем он и сам не умел дать себе отчета, к тому же трудно ему был высказать это на языке, которым он едва владел. Чтобы помочь ему, я его успокоил: пускай, мол, не спешит, работа у меня не срочная, ничего с ней не станется, если поболтаем часок, и т.д. Еврей поблагодарил меня взглядом и, немного подумав, начал такой разговор:
    — Вы, пане, когда из Варшавы выехали?
    — По русскому календарю — в конце апреля.
    — А что, тогда холодно там было или тепло?
    — Совсем тепло, я сперва ехал в летней одежде.
    — Ну и видите? А тут — мороз!
    — Ты что, никак позабыл? Ведь у нас в апреле поля уже засеяны, все деревья зеленые.
    — Зеленые? — радость загорелась в глазах Сруля. — Ну да, да, зеленые, а тут — мороз. Теперь я уже знал, в чем дело, но, желая убедиться, пока молчал; еврей заметно оживился.
    — Ну! А скажите-ка, есть ли у нас там теперь... вот видите, уж и не знаю, как называется, уж забыл по-польски, — объяснял он пристыжено, как будто раньше хорошо говорил, — белое такое, как горох, да не горох, возле домов в огородах летом, на больших таких палках?..
    — Фасоль?
    — Ну да! Фасоль. Фасоль, — повторял он, словно хотел навсегда врезать в свою память это слово.
    — Конечно, есть, и много, а тут разве нету?
    — Ай, тут!.. Целых три года ни зернышка не видал, а горох тут такой, как у нас, извиняюсь, только... только...
    — Свиньи едят, — подсказал я ему.
    — Ну да! Тут на фунты продают, и то не всегда достать можно.
    — Ты что, так сильно фасоль любишь?
    — Не то что люблю. Но не раз об ней думаю: красиво-то как, с позволения сказать, словно лесочек возле дома вырос. А тут ничего нету!
    — А теперь, — снова начал он, — теперь вы мне скажите... есть ли у нас еще зимой вот такусенькие, — он показал на пальце, — серые такие птахи? И то забыл, как оно
называется. Раньше много их было! Молюсь, бывало, у окна, а этой мелкоты, что муравьев, насбирается. Кто бы там на них смотрел? Знаете, в жизни б не поверил, что когда-нибудь об них думать буду! А тут... тут даже вороны на зиму удирают, а уж такие малявки, куда им выдержать, но у нас, небось, они есть еще? А? Скажите, есть?..
    Но теперь я не отвечал ему; сомнений не было: старый еврей, фанатичный хасид тосковал по родине так же, как я, мы были больны с ним одной болезнью; столь неожиданное обретение товарища по страданию невероятно растрогало меня, я взял его за руку и сам принялся его спрашивать:
    — Так вот о чем ты хотел поговорить со мною? Значит, ты думаешь не
о людях, не о своей тяжкой доле, не о бедности, которая гнетет тебя, а тоскуешь по солнцу, воздуху, по родной земле?.. Думаешь о полях, лугах и лесах, об их Божьих обитателях, которых ты в своей нищенской жизни не успел даже как следует узнать, и сегодня, когда милые сердцу картины исчезают из твоей памяти, ты боишься пустоты, которая окружит тебя, великого сиротства, с которым соприкоснешься, когда сотрутся дорогие воспоминания? Ты хочешь, чтобы я тебе все напомнил, освежил, хочешь, чтобы я рассказал тебе, какова земля наша?..
    — Ох, так, пане, так! За тем я сюда и пришел... — он сжимал мои руки и смеялся радостно, как ребенок. — Слушай же, брат!
.........................................................................................................................................
    И слушал меня Сруль, весь в слух обратившись, с открытым ртом, вперив в меня взгляд; этим взглядом он разжигал и возбуждал меня, вырывал у меня слова, хватал их, томимый жаждой, и укладывал глубоко, на дно своего горячего сердца... укладывал там, не сомневаюсь, потому что, когда я окончил свой рассказ... — «О, вей мир, о, вей мир!» — горестно простонал еврей, рыжая борода его затряслась, и крупные слезы, чистые слезы потекли по измученному лицу... И долго всхлипывал старый хасид, и я плакал с ним вместе...
                                                                             *   *   *
    Много воды утекло с тех пор в холодной Лене, и слез человеческих, наверно, немало стекло по лицам страдальцев. До сих пор, однако, хоть давно уж это было, в ночной тиши, в бессонную ночь, часто встает у меня перед глазами неподвижное, печатью великой боли одушевленное лицо Балдыги, а рядом с ним всегда возникает пожелтевшее, морщинистое, чистыми слезами облитое лицо Сруля. И, пристально всматриваясь в эти ночные видения, я порой словно бы вижу, как шевелятся дрожащие, бледные губы еврея, и голос, тихий, отчаявшийся, шепчет где-то рядом: «О Иегова, отчего Ты так немилосерден к одному из наивернейших сынов Твоих?..»
    1885
-------------------------------------------
    1 Чего надо; первое слово — якутское. (Прим. авт.) Надо — по-русски в тексте; в следующей фразе курсивом выделено то, что в тексте как бы по-русски. — Ред.
    2 Верхняя зимняя одежда. Обычно из двойных шкур, сшитых мехом наружу и внутрь. Дохи шьют из оленьих шкур бедняки носят яловые. (Прим. авт.).
    * Во 2-й половине 1863 года небольшой повстанческий отряд из местных крестьян в окрестностях Курпьевской пущи, находящейся в Ломжинской губернии Царства Польского Российской империи, организовал Петр Владислав Бранд, уроженец имения Рудаки Вишневской волости Виленской губернии. Это был своеобразный «медвежий угол». Курпы - этнографическая группа мазуров (остатки древних ятвягов), сохраняли свой старый уклад жизни, и отличалась от поляков простотой нравов и не слишком большой набожностью. Курпы, прекрасные охотники, снимали с седел российских казаков, направленных на усмирение восставших, стрелами из луков и были неуловимые в пуще. В 1867 /1868/ году в Якутск был доставлен курп Петр Балтыга (Болтыга, Балтыга, Балтыгин), и водворен во 2-й Одейский наслег Намского улуса. Он получал годовые билеты для работ на золотых промыслах Олекминской системы. 10 сентября 1870 года Балтыга был уволен с золотых приисков Товарищества Трапезниковых «за продажу вина», получив при этим «36 руб. 48 коп.». 9 октября 1870 года он был выслан из города Якутска в Намский улус «без права находиться в городе». Согласно положению комитета министров от 13 мая 1871 г. вышел указ в ознаменование дня рождения великого князя Георгия Александровича (родился 27 апреля 1871 года), об облегчении участи некоторых преступников (политических), коим возвращались «прежние права состояния», в том числе и Петру Балтыге. В 1875 г. он еще находился в Намском улусе. (Прим. А. Б.)
    ** Жена портного Владислава Венцковского - Казимира Венцковская. За участие в восстании Казимира Романовская, в девичестве Манцевич, «жена дворянина» Ромуальда Романовского, шляхтича Ковенского уезда «по распоряжению г. бывшего Главного начальника края была выслана вместе с мужем в административном порядке в Самарскую губернию». После смерти мужа 12 мая 1865 г. Казимира «на основании указа Пермского Губернского Правления была переназначена в Енисейскую губернию, откуда назначена в 1867 г. в Якутскую область». В Якутск она, вместе с дочерью, прибыла 11 августа 1867 года, где вышла замуж за Венцковского, прибывшего с ней в одной партии. Владислав Венцковский, «мещанин г. Варшавы, бывший бессрочно отпускной матрос 8-го флотского экипажа. За участие в восстании был приговорен учрежденным в Варшаве полевым военным судом к лишению всех прав состояния и ссылке в самые отдаленные места Сибири». Молодожены были водворены 11 августа 1867 года в Орсютский наслег Западно-Кангаласского улуса Якутского округа, но уже в 1867 г. Владислав Венцковский жил в Якутске и занимался портняжеством. Умер 10 августа 1887 г.в Якутске. (Прим. А. Б.)
    Перевод Стеллы Тонконоговой.
    Рисунки Piotr (Długi) Gidlewski
    /Новая Польша. Варшава. № 7-8. 2001. С. 83-88./


                                                PAN  JĘDRZEJ  KRAWCZYKOWSKI


    — A niechże go, a niechże go! — powtarzał z uczuciem, jak gdyby dobierając stosownego wyrażenia, wysoki mężczyzna, wchodzący do mego przedpokoju. — Chu, chu! — to chuchał na palce, to trzepał niemi, to przykładał ręce do uszu. „A niechże go drzwi ścisną!” — ulżył sobie nareszcie, ukazując mi jednocześnie i swą twarz, na czerwonem tle której sterczały, podobne do miotełek puchem śnieżnym omszonych, potargane, gdzie niegdzie soplami lodu iskrzące się wąsy. „Pochwalony Jezus Chrystus!” — witał nmie przybyły już w pokoju, poważnie i ceremonjalnie podając mi swą zziębłą rękę. „A toż smali, a toż smali!” — ciągnął, widocznie jedną myślą opanowany i ocierał twarz chustką i dotykał ostrożnie to rozmarzających potrochu rzęs, to nosa, ponsowemi świecącego barwami. „Piętnaście lat mieszkam w Syberji i o podobnym mrozie nie wiedziałem i nie słyszałem nawet; toż gdyby nie wstyd mi było, z drogi byłbym uciekł do domu. Zakrywam się i tak i siak — nic nie pomaga; no, myślę sobie, pójdę prędzej, aleć i dziesięciu kroków nie uszedłem, gdy Jakut, co zmijał się ze mną, krzyczeć coś zaczął do mnie po swojemu; oczy wytrzeszczam i choć zimno, przystanąłem, ale nie rozumiem; dopiero, jak mi wrzasnął: „Nos konczajsia tojon! 1), domyśliłem się; ja za nos, a nos, panie, jak kopyto! No, ale roztarłem, chwała Bogu, spuchł tylko, jakbym z tydzień poniedziałkował. He, he, he! — roześmiał się nareszcie opowiadający, uspokojony dobroczynnem ciepłem mieszkania, — bo to, widzi pan, u nas nad Angara bywają także mrozy dobre, co prawda, nieraz, ale nic podobnego tam niema, a najgorszy ten chijus przeklęty”.
    P. Jędrzej Krawczykowski miał rację.
                                                                            *
                                                             *                             *
    Ogromna ziemia jakucka od dwóch miesięcy zamarła w żelaznym uścisku najsurowszej zimy na świecie: mrozy wielkie, niezmierzone 2) urągały światu i światłu, człowiekowi i słońcu. Zimno, dla oznaczeuia którego nasz język nie ma wyrazu, wionęło na ziemię takiem tchnieniem lodowatem, takim mrozem przejmującym, że zdawało się, życie wszelakie zamrze na ziemi tej nieszczęsnej. Zima jakucka, gdy się rozwinie należycie, nie szaleje już, jak to u nas nieraz bywa, ale z majestatyczną powagą siły, nie znającej oporu, mrozi i zabija spokojnie. Nie stawi jej tamy ni słońce , pokazujące się zaledwie na kilka godzin nad horyzontem, ani ziemia na setki stóp zamarzła i nawet latem nie rozmarzająca głębiej nad dwie stopy. Stopniowo i bezustannie wzrastające mrozy zgęszczają coraz bardziej powietrze, które nareszcie słupem nieruchomym staje nad krainą nadleńską, zdaje się, gniecie i dusi ją swym ciężarem. Zgęszczonej masy powietrznej nie poruszają już chociażby najsilniejsze, zawszeć jednak lżejsze prądy powietrzne ani z morza Lodowatego, ani z oceanu Spokojnego, ani z wielkich przestworów kontynentalnych na zachodzie i południu leżących. Nieruchomy, groźny ciężar odbija od swego, mirjadami iglic śnieżnych błyszczącego cielska najwścieklejsze zapędy wichrów morskich i lądowych, ujarzmia je, ostudza i włącza do wielkiego zbiornika chłodu, który starczyć ma później na całoroczne oziębianie Syberji.
    I mijają dnie i noce, mijają tygodnie i miesiące, a mróz nigdy nie słabnie, nigdy się nie zmniejsza. Przyzwyczajony do zmiennej i pobłażliwej zimy zachodu, człowiek męczyć się zaczyna tą ciągłą, nieskończoną walką z nigdy nie słabnącym, zawsze czujnym wrogiem. Siły bezustannie naprężone wyczerpują się powoli. Człowiek widzi, że pozostawiony sam sobie nie wytrwa w zapasach nierównych.
    I słońca, i ciepła, i dnia, i światła pragnie wtedy dusza stęskniona, jak tylko pragnąć może konający... Nie państwa, nie mienia, życiabyś oddał połowę, krwibyś utoczył za to słońce, ale słońce daleko i coraz da-lej, coraz to prędzej ucieka na zachód, a mróz coraz większy ...
                                                                            *
                                                             *                             *
    Oznaki wielkich mrozów zjawiają się dopiero. Mrozy wyciskają z powietrza wszelką wilgoć, która w postaci delikatnego pyłu śnieżnego formuje gęste śnieżne mgławice, tumanami tu zwane. Księżyc ukazuje się okolony wielkim srebrnym pierścieniem. Słońce, jak gdyby do pomocy w borykaniu się z wrogiem potężnym, wyprowadza ze sobą jakieś nowe światła niebieskie 3) i „wszystko to na mróz, na mróz jeszcze większy” — powtarzają mieszkańcy.
    A gdy jeszcze wystrzelą z lodów biegunowych to mleczne i srebrzyste, a nikłe, jak słabe promienie fosforyczne, to krwawo-czerwone i straszne, jak gdyby ręką Boga niewidzialnego z bezdennej niebios przepaści miotane, ogniste słupy zorzy północnej — mrozy dochodzą zenitu. Wytrwałe psy jakuckie, czy to czując instynktowo zbliżające się zimna jeszcze większe, czy to przerażone wielkiem zjawiskiem przyrody, wyją wtedy przeraźliwie. Z ostatniemi blaskami słupów ognistych, zwalających się w poczerniałą otchłań niebieską, milkną i te jedyne, a tak posępne, głosy żywe i noc czarna, cisza grobowa zalegają nad obumarłą ziemią.
    Cisza to jednak pozorna.
    Czułe na najlżejsze drgnienia powietrze rozbrzmiewa powoli szczególnemi dźwięki. Śnieg nie chrzęści i nie skrzypi już, lecz dźwięczy jakoś przeraźliwie, metalicznie; wydychane powietrze z sykiem wydziela z siebie wilgoć, krzepnącą w mikroskopijne śnieżne kryształy. Wśród ciszy powszechnej rozlega się coraz głośniej okropna muzyka mrozu. Przywykłe do dziękczynnego gwaru stworzenia ucho ludzkie, z osłupieniem przysłuchuje się suchym i ostrym dźwiękom śmierci i zniszczenia, zwycięskiej i ponurej pil śni nocy i zimna.
    I pragnie wtedy od życia i ruchu odcięty człowiek — życia, ruchu i głosu żywego, jak tylko pragnąć może żywcem w mogile złożony, i wsłuchuje się ucho w tę ciszę grobową i w pozgrzyty mrozu nielitościwe do halucynacji, ale nic oprócz tej ciszy, nic oprócz tych pozgrzytów nie słyszy...
                                                                            *
                                                             *                             *
    I zwierzęta i człowiek przyzwyczajają się jednak powoli do wielkiego zimna: zwierzęta porastają długą i gęstą sierścią, człowiek w zinmie samem szuka ratunku i obrony. Jakutka swe dziecię nowonarodzone obciera śniegiem. Domy i jurty obrzucają śniegiem suchym, obmażują mokrym, w okna wstawiają wielkie tafle lodu i życie, choć wyparte z przestworów szerokich, choć zamknięte jak w więzieniach, tętni jeszcze uparcie pod zaspami śniegu, poza oknami z lodu. Biada jednak człowiekowi, biada wszelkiemu stworzeniu Bożemu, gdy się poruszy groźna, bo okropnie oziębiona masa powietrzna, przesuwając się najczęściej ku południowi. Ciepło zwierzęce, ciepło sztucznie podtrzymywane promieniuje wtedy z niesłychaną szybkością przez najgęstszą sierść, przez najgrubsze bierwiona, śniegiem i lodem opancerzone.
    W najcieplejszych mieszkaniach zimno wtedy. Mróz smali i piecze, opalając jak ogniem wysunięte z ukrycia ciało. Zahartowany koń jakucki, odszukujący sobie i w zimie pod śniegiem nędzne pożywienie, ucieka pod opiekę człowieka, pies już nie wyje, lecz skomli żałośnie, zagrzebując się w siano zupełnie. Myśl ludzka już nie pracuje swobodnie, lecz zwraca się ku jednemu wyłącznie: ku ciepłu, ku ogniowi.
    Hardy pan stworzenia dzwoni zębami i jak ów pies łańcuchowy, uciekający haniebnie ze swego posterunku do budy napełnionej dianem, tak i on tuli się do ognia, okrywa skórą i sierścią zwierzęcą. Myśl, spędzana z wyżyn abstrakcji coraz niżej i niżej, schodzi na ziemskie niziny i widzi przerażona, że jest niezem w porównaniu z potęgą przyrod czuje, że jeden, dwa podmuchy i rzekomy władca ducha potężnego zamarznie, jak stoi, jak zamarzły na ziemi tejże świadki życia prastarego — olbrzymie mamuty.
    I widzi wtedy człowiek, że on nie panem przyrody, ale jej niewolnikiem.
    Że jest on maluczki i równy innemu stworzeniu.
    I wstyd i upokorzenie gnębią człowieka, a jego cierpienia moralne są wielkiemi ciepytaniami.
    I drży on od zimna, jak drży liść osinowy wichrem silnym miotany i jak trup, co już zastygł i jest trupem dla świata, ale tleje może jeszcze wewnątrz ostatnią iskrą życia i z przerażeniem ogląda swą nicość, słyszy on wielki głos wewnętrzny, powtarzający nielitościwie: „Na ziemię, nędzarzu, na ziemię! nie na wyżynach iść ci z bogi o lepsze, tu na ziemi obok maluczkich, obok najmniejszych twe miejsce!...”
                                                                            *
                                                             *                             *
    Wszelki, nawet tak lekki ruch wysoce oziębionego powietrza, że i wiatrem go nazwać nie można, zowie się po jakucku chijus 4).
    Gdy w czasie silnych mrozów wionie chijus zabójczy, w mieście i okolicy znajdują zawsze kilka zamarzłych trupów.
                                                                            *
                                                             *                             *
    Rozumie się, gdyby p. Jędrzej był wiedział, co to jest chijus, byłby sobie siedział pod piecem; p. Jędrzej jednak przyjechał do Jakucka niedawno. Poznałem go przed kilku dniami i wiedziałem o nim tylko, że wbrew nazwisku swemu jest szewcem i do Syberji dostał się przed piętnastu laty, ale o tem, co go zagnało teraz do Jakucka, dokładnie nic nie wiedziałem. Przyszedł on dziś do mnie po raz pierwszy, a ponieważ chijus nieznośny już drugi dzień trzymał mnie w oblężeniu prawdziwem, każdemu przeto człowiekowi radbym był niewypowiedzianie, a cóż dopiero rodakowi? Zakrzątałem się tedy, aby ogrzać swego gościa, jak czas i okoliczności pozwalały.
    Po chwili mały, pyzaty samowar piszczał sobie pod piecem przeróżnemi głosy, na stole, obok niezbędnej w Jakucku butelki, tłusty pupok 5) z octem i pieprzem przypominał dawno niewidzianego śledzia. Pod wpływem ciepła i choć kiepskiej, ale dobrą miarą odmierzonej „wody życia”, p. Jędrzej prędko zapomniał o cięgach zadanych mu na dworze i rozgadał się na dobre.
    Szewcem był on oddawna; wysoki i kształtny, zgiął się tylko od pracy wieloletniej na stoiku trój nożnym; muskuliste ręce jego naznaczone były szerokiemi czarnemi kręgami, wyraźnem świadectwem sumiennego dociągania dobrze nasmolonych dratew: prawidłowe, a nawet piękne rysy twarzy, jak należy wąsatej i starannie wygolonej, ożywiała ta widoczna praca myśli, która tak wyróżniała u nas dotychczas członków kunsztu sławetnego z pomiędzy innych cechów.
    To piętno człowieczeństwa, nie zatarte ciężką pracą, pociągało mnie ku memu gościowi i ciekaw byłem teraz podwójnie opowieści szczegółowej o jego życiu dotychczasowem. P. Jędrzej, jak lo nadmieniłem, rozgadał się i ja z przyjemnością prawdziwą wsłuchiwałem się w najdrobniejsze szczegóły jego żywota. Coraz wyraźniej odsłaniał się przede mną człowiek, choć prosty i niewykształcony, lecz pracowity, silny i energiczny; nieprzyjemnie tylko dotykało mnie przebijające niekiedy z opowieści p. Jędrzeja, jak mi się wydało, przesadne hołdowanie pozorom, uwielbienie jakieś dla wszystkiego, co choćby pozornie „porządne”. Ale wrażenie to prędko przemijało pod wpływem szczerego opowiadania i wznowiło się dopiero, a nawet wzrosło, gdym się dowiedział, że p. Jędrzej do Jakucka z miejsca swego pierwotnego pobytu został sądownie wysłany, że obecnie należy on już, jak sam się wyraził, do kategorji grażdańskich zesłanych 6) Syberja przyzwyczaja ludzi do wielu rzeczy, przyzwyczaja przedewszystkiem prędko do zredukowania tej skali moralnej, którą w Europie mierzymy średnego człowieka. Skala ta zniża się tu do minimum. Ja jednak mieszkałem w Jakucku zbyt niedawno, przyjąłem p. Jędrzeja jako człowieka moralnie nieupadłego i dlatego myśl, że być może podejmuję zbója lub złodzieja poprosili, przyznam się, nie sprawiała mi przyjemności. Dopytywać się jednak natarczywie, przyśpieszyć wyjaśnienia nie mogłem, aby nie wzbudzić w gościu swym jakichkolwiek podejrzeń. Wszyscy tacy deportowani są na wszelkie wyjaśnienia skąpi i dowiedzieć się od podobnego zesłanego o prawdziwej przyczynie kary jest rzeczą dość trudną.
    Wypiliśmy już z pół samowara i p. Jędrzej doprowadził mnie dopiero do swego wyjścia z Aleksandrowskiego Zawodu 7); korzystając z przestanków, parę razy nagabywałem go zniechcenia: — No i jakżeż wkońcu dostał się pan tutaj ? — Ale rozochocony wspomnieniami szewc odpowiadał mi zawsze tak stanowczo: — A to, panie, cała historja i będzie na końcu! — i popierał swe słowa tak głębokiem kiwnięciem głowy i znaczącem otwarciem oczu, uśmiechając się przytem dobrodusznie, że nie pozostawało już nic innego, jak czekać i słuchać cierpliwie.
    Czekałem więc i słuchałem, wpatrując się w p. Jędrzeja, który zgięty we dwoje, jakby na swym stołku okrągłym, żywo gestykulując przywykłemu do ruchu rękami, wtajemniczał mnie w warunki swego rzemiosła nad Ąngarą.
    Czy to długa opowieść p. Jędrzeja i zmęczenie fizyczne, czy też niespodziane wyznanie opowiadającego, dość, że słuchałem go teraz daleko obojętniej; świeca łojowa słabo oświecała mieszkanie i przy mgławem jej świetle wyraźne kontury siedzącego przede mną p. Jędrzeja powoli zacierać mi się w oczach zaczęły. Upłynęło jeszcze chwil kilka i nie widziałem już rysów twarzy tak mi sympatycznych z początku, nie napawałem się miłemi uchu dźwiękami mowy ojczystej. Człowiek siedzący przede mną z niepojętą szybkością zamieniał się w jakąś marjonelkę drewnianą, w jakąś istotę bezduszną. Nie rozumiałem go już teraz, nie słyszałem wreszcie wcale.
    Na dworze ciemno było zupełnie, mróz prowadził wytrwale swe dzieło zniszczenia, ale i usłyszany przeze mnie huk pękającego w ścianie domu bierwiona nie wy­rwał mnie z zapomnienia, przeciwnie, pogrążył w nie głębiej.
    To wróg nieubłagany naciera, rozsadza i szturmuje ostatnią ucieczkę człowieka. Jak zwierz w najbłębszem swem legowisku poruszony, nastawiłem ucho ku oknu: nazwy czajony słuch odrazu uchwycił ostre i suche dźwięki.
    Nie widziałem już p. Jędrzeja: widmo śmierci surowej, zimnej, niezwyciężonej stało mi przed oczami.
    I myśli dziwne, myśli natrętne przychodzić mi zaczęły do głowy: a co, jeżeli ten człowiek, który coś tam mówi do siebie, zadał gwałt bezbronnemu i zewsząd uciśnionemu stworzeniu, wydarł mu podle to, co mu i bez niego gwałtem i nielitościwie odjętem zostanie; co, jeżeli był on nie bratem, lecz katem dla jednego z maluczkich?
    I myśl natrętna, instynktowo powtarzała mi: był. był... I wstręt i nienawiść głęboką uczuwałem do gestyklilującego przede mną manekina i odsuwałem się odeń na sam koniec kanapki.
    Ale myśl pracowała dalej: a co, jeżeli ten nieszczęśliwy nie wiedział, co czyni, jeżeli on zatracił poczucie braterstwa nietylko ku stworzeniu wogóle, lecz nawet ku człowiekowi? Jeżeli pomimo swego surduta ten człowiek porządny stoi niżej od Jakuta dzikiego, nigdy nie zabijającego, lecz i nie bijącego nietylko człowieka, lecz nawet bydlęcia i konia swego?..
    I myśl instynktowo podpowiadała mi: zatracił, zatracił... I ból wielki ściskał mi serce i oko łzą zachodziło i bliżej przysuwałem się ku mówiącemu.
    Ale cóż to? drgnąłem; to ccś gorącego dotknęło mej zimnej ręki; przecieram czoło, staram się przyjść do siebie - to ręka p. Jędrzeja dotyka mojej; widzę jego twarz ożywioną, słyszę wyraźnie śmiech wesoły, rozróżniam nareszcie słowa dźwięczne:
    He, he, be! bo proszę pana, co jest mężczyzna bez kobiety? He, he, he! to, bez urazy, jak but bez podeszwy, co z wierzchu niby to jak się patrzy, a jak tylko i stąpisz na ziemię, to i błocisko i paskudztwo różne lipnie do ciebie. Ni to człek zje, ni się ubierze, ni się wyśpi po ludzku. Tak też i ja: mam dom, mam garbarnię, mam czeladzi kilkoro, a wygody i porządku żadnego. Więc kalkuluję sobie, jeżeli Adam, panie tego, nie mógł się obejść bez niewiasty, choć był w raju, więc ja w Syberji bez nej obrazy Boskiej niewiastę wziąć mogę, he, he, he! Racja?
    — Najsłuszniejsza.
    — A no widzi pan... A że wpadła mi tam w oko dziewczyna, panie i szparka i z twarzy gładka, więc bez długich ceregielów...
    — Ożeniłeś się pan?
    — To jest, niby to, bo widzi pan, niezupełnie, a tak sobie sybirskim brakiem 8). Z rodzicami się umówiłem, dziewczyna sienie sprzeciwiała, bo i cóż? Sam, nie chwaląc się, jestem sobie niczego, he, he, he? W domu, panie, jest chleb i do chleba, interes skończyłem w parę tygodni. Anim się obejrzał, jak mi rok zleciał, jakby z bicza trzasnął. Dziewczyna, choć to i roboty było niemało, bo i samego chleba napiec na tylu ludzi, to i to dosyć, ale przy dostatku rozkwitła, panie, jak ta malina prawdziwa, a gdym ją ogarnął jeszcze należycie, to, dalibóg, jak malowana jaka! Ale tu i sęk właśnie! Z początku wszystko szło dobrze i szłoby i dalej także, gdyby licho nie przyniosło tego Goldmana łajdaka. Choć to on z nie-mieckiem nazwiskiem, ale Polak był, więc, rozumie się, znaliśmy się. Prawda, że odrazu zmiarkowałem, iż ladaco z niego, bo, bez przechwałek, mam węch do ludzi, o, mam! Więc byliśmy zawsze zdaleka. ale że to widać, od tego, co przeznaczone, trudno uciec, nie uciekłem więc i ja od zła swego. A zły to był człowiek, niestateczny, choć miał żonę i dzieci, bo wiary pan nie dasz, gdy powiem, kobieciarz, jakich pod słońcem niema. Niech mu tylko jaka w oko wpadnie, na nic nie zważa, nie uszanuje ani siebie, ani ludzi; nic nie widzi, nic nie słyszy. Tfu! przepadnijże raz! prawdziwie, powiadam, jak ten cietrzew na toku. Otóż, jak mi mój Goldmanek Dunię zobaczył, jakby go warem oblało: i już chodzi i zagląda, a krawaty, a fontazie — ot takie wiąże, a czupryna mu aż błyszczy, wąsy codzień szuwaksuje, kołnierzyki aż pod uszy wysadza! i mizdrzy się i szasta, jak ten indyk głupi. Źle będzie, myślę sobie, bo Goldmanek lata, jakby się lubczyku objadł. Aż tu przychodzi raz do mnie, niby to, ma się wiedzieć, lakierki obstalować.
    — Niema czasu! — powiadam.
    — Dobrze płacę, bo potrzebne, — mówi, a miał się nieźle nicpoń.
    — Słowo droższe od pieniędzy; — powiadam — co się rzekło, to, się zrobi i za tanie pieniądze, cudzego nie potrzeba, a i swego nie dam, wara! — I patrzę mu prosto w oczy, a to taki bezczelny był, że roześmiał się tylko i odcina się jeszcze.
    — Naturalnie, naturalnie, boć kijem tego, co nie pilnuje swego. — O! niby to przytyk do mnie, a może i miał rację, bo z Dunią nic nie mówiłem, bo i cóż tu gadać z babą, kiedy na kieł weźmie.
    Ale widzę, w parę dni później zaczyna mi moja Dunia znikać z domu: to za tern, to za owem, całemi wieczorami przepada.
    — Trzeba było rozłączyć się, — wtrąciłem.
    — Rozłączyć się nie mogłem, born się i zatracił, a i ustępować pierwszemu wiercipięcie nie wypadało. Zresztą, gdyby tak na mnie tylko, nieby jeszcze, bo i cóż? Pal cię licho! Polata i przestanie. Ale, że żyłem porzą­dnie, miałem znajomych dużo: i kupcy i mieszczanie i urzędnicy nawet bywali u mnie, więc przekpiwać mnie zaczęli i ciągle tylko: szu, szu! hi, hi, hi! Krawczykowska i Krawczykowska. Jednem słowem, widzę, poniewiera mi baba nazwisko. Szanowali mnie wszędzie i raptem wie-trznica jakaś szargać mi dobre imię zaczyna, a ja nikomu nic nawet powiedzieć nie mogę. A niedoczekanie twoje, myślę sobie, poczekajże, zadam ci pieprzu, lanie sprawię anielskie! Akurat w sobotę to było. Roboty i w warsztacie i po domu, jak to zwykle przed świętem, niemało, ale Dunia moja, panie, jak ta cewka w postawie, boć mówiłem, szparka zawsze była, lekka i zwinna, jak łania, a tu nie to, że sporzy się, ale warczy wszystko w jej ręku, co i gadać zresztą, patrzeć miło było; a co nie spojrzę, to żal serdeczny mnie przejmuje: zmarnieje dziewczyna, odbije się od domu zupełnie. Tylko nie obejrzałem się, a ona: szust! i już jej niema. A no niema, to niema. Szukać cię nie pójdę, a wzięłaś na kieł ty, wezmę i ja... Nigdzie nie idę, siedzę w domu i czekam; ale czekam i czekam, a jej jak niema, tak niema; a od tego czekania to mi te wszystkie przekpiwania przychodzą do głowy; po północku już było, a ja wciąż siedzę; świecy nie zapalam. Pierwsze kury zapiały... przychodzi.
    — Skąd? — pytam. A ona — nic.
    Ja do niej bliżej, a od niej — Jezu Ty mój! — jak od pieca tego... oczy błyszczą, jak węgle, dyszy ni to ogniem na mnie!...
    — Od Goldmana! — zawołałem i zatrzęsło mnie jak w febrze.
    A ona — nic. W oczach mi pociemniało... Zacząłem bić... a ona ? taki upór babski, żeby choć słówko do mnie?..
    W słowach mówiącego zadźwięczała dziwna nuta żalu.
    — Żeby choć słówko do mnie — powtórzył ciszej. — Biłem, biłem i... zabiłem.
                                                                            *
                                                             *                             *
    P. Jędrzej umilkł i pogrążył się w naładowywanie swego nosa olbrzymiemi szczyptami tabaki; nie umilkła tylko wyobraźnia moja, podrażniona już dziś kilkakrotnie i dopowiadali mi teraz żywo to, o czem nie mówił zabójca; dopowiadała i oświecała popełnioną zbrodnię tak jaskrawem światłem, że wszystkie szczegóły strasznej śmierci „lekkiej i zwinnej, a i trwożliwej zapewne jak łani” dziewczyny, stały przede mną w całej swej przerażającej grozie.
    Jakiem prawem ten człowiek, może przeżyty, może na skraju własnej mogiły stojący, zabierał życie młodemu stworzeniu, do którego nie miał żadnego prawa, które kupił poprostu od jej zbydlęconych rodziców? A jam ściskał, jak bratnią, rękę, co zabijała, widziałem człowieka w tem zwierzęciu spodlonem! I wstręt i nienawiść obudziły się we mnie ku temu człowiekowi i, czuję to dziś, gotów byłem wtedy zabić nieszczęśliwego, zabić go moralnie i zabiłbym go; ale w chwili, gdym drżeć zaczynał tą gorączką, którą drżał może i p. Jędrzej, gdy zabijać zaczął, ręka jego spoczęła na mojej i w oczy moje zajrzało dwoje oczu czystych i jasnych jak woda kryniczna, niewinnych i spokojnych jak oczy dziecięcia.
    Zadrżałem, ale zadrżałem teraz nad sobą: ja, tak nienawidżący obecnie wszystkiego, co wrogie życiu, wszystkich, co zabijają, omałom sam nie popełnił zbrodni. Człowiek, patrzący mi w oczy, nie mógł być i nie był winien zabójstwa.
    Zmęczony zakryłem twarz rękami i gdym po chwili drżącym głosem zapytał p. Jędrzeja: — Powiedziałeś mi p. Jędrzeju tyle, powiedzże szczerze, czyś chciał ją zabić? — on, kładąc na piersi obie swe spracowane, bo śladami pracy ciężkiej jak pręgierzem na wieki naznaczone ręce, wyrzekł uroczyście: — Skarż mnie Boże tąż samą śtniercią, jeżelim myślał o tem...
                                                                            *
                                                             *                             *
    P. Jędrzej poszedł. Zamykając drzwi za nim, wyjnałem na dwór; chijus ucichł, ziemia milczała, skuta kajdanami lodu. Na mroźnem niebie iskrzyło się świateł tysiące, świateł zimnych, oczami bogacza patrzących bezdusznie na nędzę ludzką. Myśli smutne i ciężkie rozsadzały mą głowę, a pytanie: któż winien, jeżeli nie winien p. Jędrzej? — przewijało się wśród tych myśli najczęściej.
        Charków
    w lutym r. 1886.
---------------------------------------------------------
    1) Nos umiera panie! Ostatnie słowo — jakuckie.
    2) Pierwszych obserwacji lepszemi instrumentami dokonano nad temperaturą zimy w Jakucku, w latach 1882 i 83. Sami jednak obserwujący byli ludzie niewykształceni. Obserwacje owe zaznaczyły najniższą temperaturę w styczniu 1883 r. — 500 R.
    3) Słońca fałszywe. To, jak i poprzednie zjawiska, jest zwykle następstwem wielkieii mrozów, lud jednak miejscowy uważa je zawsze za przyczynę takowych.
    4) Prawidłowo chijos, wymawiają jednak chijus.
    5) Dosłownie znaczy pępek, a właściwie brzuszek ryby. Brzuszki solone wielkich i tłustych ryb, poławianych przy ujściu Leny, należy do codziennych potraw w Jakucku.
    6) Grażdańskimi zowią w Syberii tych wszystkich deportowanych, którzy nie należą, do kategorji politycznych zesłanych, a właściwie oni sami tak zowią siebie, gdyż ludność i administracja zowie ich ugolownymi.
    7) Aleksandrowskij Zawód — więzienie dla odbywających ciężkie roboty.
    8) Sybirskij brak — dosłownie małżeństwo syberyjskie, a właściwie to, co u nas zowie się życiem na wiarę. Małżeństwa takie we wschodniej Syberji są bardzo rozpowszechnione.
    /Adam Szymański. Szkice. Lwów. 1921. S. 17-30./

                                                           ПАН АНДРЕЙ
                                                 Рассказ Адама Шиманского
                                                                      І
    А чтоб его, а чтоб его! – повторял с чувством, как бы подыскивая подходящего словца, высокий мужчина, входящий в мою переднюю. Фу! фу! — то дул он на пальцы, то потряхивал ими, то прикладывал руки ко рту. — А чтоб его двери прищемили! разразился он наконец, показывая мне в то же время и свое лицо, на красном фоне которого торчали, похоже на метелки, усыпанные снежным пушком, растрепавшееся, кое-где искрящееся ледяными сосульками усы. — Благословен Иисус Христос! — приветствовал меня пришедший уже в комнате, серьезно и церемонно, протягивая мне свою иззябшую руку. — Вот так поджаривает, вот так поджаривает! — продолжал он, очевидно охваченный одной мыслью, и обтирал лицо платком и осторожно дотрагивался то до мало-помалу оттаивающих ресниц, то до светящегося пурпуровыми оттенками носа. — Пятнадцать, лет я живу в Сибири, а о подобном морозе я не знал и не слыхал даже, так, что если бы мне не было стыдно, то я удрал бы домой с дороги. Я кутаюсь и так, и сяк — ничто не помогает; ну, думаю себе, пойду поскорее, но и десяти шагов не отошел, как якут, встретившейся со мной, что-то крикнул мне по своему. Я вытаращиваю глаза и хоть холодно — приостановился, но не понимаю; только как он взвизгнул: «нос помирает, тойон! (барин)», то я догадался; хватаюсь за нос, а нос, сударь ты мой, как копыто! Ну, растер, однако же, слава Богу, вспух только, точно я с неделю понедельничал. Хе, хе, хе! рассмеялся, наконец, рассказывающий, успокоенный благодетельным теплом квартиры, — потому, видишь ли, сударь, у нас, над Ангарой, также бывают морозы, правда, нередко важнеющие, но ничего подобного там нет, а хуже все этот хиюс проклятый.
    Пан Андрей Кравчиковский был прав.
                                                                              -----    
    Громадная область Якутская уже два месяца как замерла в железных объятиях суровейшей в мире зимы; морозы великие, неизмеримые, издевались над миром и светом, человеком и солнцем. Холод, для обозначения которого на нашем языке даже нет выражения, повеял на землю таким ледяным дыханьем, таким пронизывающим морозом, что казалось, что всякая жизнь замрет на этой несчастной земле. Якутская зима, когда она развернется как следует, не безумствует уже, как это бывает нередко у нас, но, с величавым могуществом силы, не знающей сопротивления, морозит и убивает спокойно. Ей уже не сопротивляется ни солнце, появляющееся едва на несколько часов на горизонте, ни земля, замерзшая на сотни футов и даже летом не оттаивающая никогда глубже, чем на два фута. Постепенно и безустанно возрастающее морозы все более сгущают воздух, который, наконец встает неподвижным столпом над областью, находящейся над Леной, по-видимому, гнетет ее и душит своей тяжестью. Сгущенную массу воздуха уже не колеблют, хотя бы и самые сильные, но все же, однако, более легкие воздушные течения, ни с Ледовитого моря, ни с Тихого океана, ни с громадных континентальных пространств, лежащих на западе и на юге. Неподвижная, грозная тяжесть отражает от своей, блестящей мириадами снежных игл, громады самые бешеные порывы морских и континентальных ветров, порабощает их, охлаждает и вносит их в великую сокровищницу холода, которой позднее должно хватить на то, чтобы охлаждать Сибирь в продолжение целого года.
    И проходят дни и ночи, проходят недели и месяцы, а мороз никогда не слабеет, никогда не уменьшается. Привыкший к изменчивой и снисходительной зиме запада человек начинает томиться этой постоянной, бесконечной борьбой с никогда не ослабевающим всегда бодрствующим врагом. Постоянно напряженные силы мало-помалу истощаются. Человек видит, что, предоставленный самому себе, он не выдержит в неравной борьбе.
    И солнца, и тепла, и дня, и света жаждет тогда истомившаяся душа, как только может жаждать умирающий... Не царство, не имущество, а половину жизни отдал бы, кровь пролил бы за это солнце, но солнце далеко и все дальше, все быстрее уплывает на запад, а мороз все крепчает.
                                                                     -----    
    Признаки великих морозов только что появляются. Морозы вбирают в себя всякую влажность из воздуха, которая в форме тонкой снежной пыли образует густую, снежную мглу, называемую тут туманом.
    Луна является окруженной большим серебряным кольцом. Солнце, как бы для помощи в стычке с могучим врагом, выводить с собою какие-то новые небесные светила и «все это к морозу, к еще большему морозу», повторяют жители. А когда еще «выстрелят» с ледяных полюсов, то молочные, серебристые и недолговечные, как слабые фосфорические лучи, то кроваво-красные и страшные, как бы выбрасываемые рукой невидимого Бога из бездонной пропасти небес, огненные столбы северного сияния — морозы доходят до Зенита. Выносливые якутские собаки, чуя ли инстинктивно приближение еще больших холодов, или испуганные великим явлением природы, воют тогда пронзительно. С последним отблеском огненных столбов, сваливающихся в почерневшую небесную пропасть, умолкают и эти единственные и такие унылые, живые голоса, И черная ночь, могильная тишина воцаряется над обмерзшей землей. Однако, эта тишина кажущаяся. Чуткий к самому легкому содроганью воздух постепенно переполняется своеобразными звуками. Снег уже не хрустите и не скрипит, а гудит как-то пронзительно, металлически; выдыхаемый воздух с шипеньем выделяет из себя влажность, застывающую в микроскопические снежные кристаллы. Среди всеобщей тишины все громче раздается музыка мороза. Привыкшее к благодатному говору и гулу живого мира, человеческое ухо с изумлением прислушивается к сухим и резким звукам смерти и разрушения, к победоносной и унылой песне ночи и холода. И жаждет тогда отрезанный от жизни и движения человк жизни и движения и голоса живого, как только может жаждать этого живьем зарытый в могилу, и вслушивается ухо в эту гробовую тишину и в беспощадный скрежет мороза, но ничего, кроме этой тишины, этого скрежета, не слышит...
                                                                         -----    
    И животные, и человек, однако, постепенно приучаются к большому холоду: животные обрастают длинной и густой шерстью, человек в самом холоде ищет спасения и защиты. Якутка обтирает свое новорожденное дитя снегом. Дома и юрты обсыпают сухим снегом, обмазывают мокрым, в окна вставляют большие льдины вместо стекол, и жизнь, хотя и вытесненная из больших пространств, хотя и замкнутая, как в тюрьме, еще бьется упрямо за снежными насыпями, за ледяными окнами. Однако, горе человеку, горе всякому созданию Божию, когда двинется грозная, ужасно охлажденная воздушная масса, чаще всего направляясь к югу. Животная теплота, теплота, искусственно поддерживаемая, тогда испаряется с неслыханной быстротой через самую густую шерсть, через самые толстые бревна, защищенные снегом и .льдом. Тогда в самых теплых квартирах становится холодно. Мороз поджаривает и печет, обжигая, как бы огнем высунувшееся из жилища тело. Закаленная якутская лошадь, отыскивающая себе и зимою под снегом жалкую пищу, прибегает к защите человека, собака уже не воет, а жалобно визжит, совсем зарываясь в сено. Мысль человеческая уже не работает свободно, но поглощена исключительно одним: теплом, огнем. Гордый властелин вселенной стучит зубами и, как цепная собака, позорно удирающая с своего поста в наполненную сеном будку, так и он ютится к огню, кутается в звериную шкуру и шерсть. Мысль, согнанная с высот отвлеченного мышления, спускается все ниже и ниже на плоскую землю и видит с ужасом, что она ничто в сравнении с могуществом природы, чувствует, что один, два порыва ветра и так называемый владелец могучего духа замерзнет там, где стоит, как замерзли на той же земле свидетели древней жизни, громадные мамонты. И видит тогда человек, что он не царь природы, а ее невольник. Что он жалок и равен другим созданиям. И стыд, и унижение угнетают человека, и его нравственные страдания велики. И дрожит он от холода, как осиновый лист, подбрасываемый сильным ветром, и как труп, уже застывший, и он труп для мира, но, может быть, внутри еще тлеет последняя, искра жизни и с ужасом оглядывается он на свое ничтожество, слышит великий внутренний голос, повторяющий беспощадно:
    — На землю, жалкое создание, на землю! Не на высоты тебе взбираться, чтобы состязаться с богами, тут на земле рядом с малыми, рядом с самыми ничтожными, твое место!..
                                                                      -----    
    Всякое даже такое легкое движение сильно охлажденного воздуха, что его нельзя назвать ветром, называется по-якутски хиюсом.
    Когда вовремя сильных морозов подует убийственный хиюс, то в городе и окрестности всегда попадается нисколько замерзших трупов.
    Разумеется, если бы пан Андрей знал, что такое хиюс, то он сидел бы за печкой; но пан Андрей приехал в Якутск недавно. Я познакомился с ним только несколько дней тому назад и знал о нем только, что, несмотря на свою фамилию, он сапожник и в Сибирь попал пятнадцать лет тому назад, но о том, что его загнало теперь в Якутск, я ничего достоверного не знал. Сегодня он пришел ко мне в первый раз, а так как несносный хиюс уже второй день держал меня в настоящей осаде, то я бы невыразимо обрадовался каждому человеку, не говоря уже земляку. Я захлопотался, чтобы обогреть своего гостя, как позволяли время и обстоятельства. Через минуту маленький пузатый самовар пищал под печкой различными голосами, на столе, рядом с неизбежной в Якутске бутылкой, толстый пупок (собственно брюшко рыбы. Соленые брюшки толстых и больших рыб, которые ловятся у устья Лены, принадлежат к числу обыденных блюд в Якутске) с уксусом и перцем напоминал давно невиданную селедку. Под влиянем тепла и хоть мерзкой, но в изобилии подливаемой водки, пан Андрей быстро забыл об ударах, нанесенных ему морозом на улице, и разболтался, что называется, здорово.
    Сапожником он был давно; высокий и стройный, он сгорбился только от долголетней работы на трехногом табурете, мускулистые руки его были испещрены широкими черными шрамами, явным доказательством добросовестного вытягивания хорошо смазанной варом дратвы; правильные и даже красивые черты усатого и с старательно выбритым подбородком лица оживляла та очевидная работа мысли, которая до сих пор так выделяла у нас членов славного ремесла среди других цехов.
    Этот отпечаток человечности, неизглаженный тяжким трудом, привлекала меня к моему гостю, и теперь я вдвойне интересовался подробным рассказом об его прошлом житье-бытье. Пан Андрей, как я уже упомянул, разговорился, и я с истинным удовольствием вслушивался в мельчайшие подробности его жизни. Все яснее вырисовывался предо мной человек, хоть и простой, и необразованный, но трудолюбивый, сильный и энергичный.
    Я услышал, что пан Андрей был сослан в Якутск из своего первоначального место пребывания по судебному приговору, что в настоящее время он уже принадлежит как он сам выразился, к категории гражданских, т. е. не политических, а уголовных ссыльных.
    Сибирь приучает людей ко многому, прежде всего быстро приучает людей к пониженью того нравственного критерия, которым мы в Европе измеряем среднего человека. Критерий этот тут понижается до минимума. Я, однако, жил в Якутске слишком недавно, принял пана Андрея как человека не падшего нравственно и поэтому мысль, что я, быть может, принимаю убийцу или попросту вора, признаюсь, не доставляла мне удовольствия.
    Однако, допытываться назойливо, ускорять признанье я не мог, чтобы не возбудить в своем госте каких-нибудь подозрений. Все такие ссыльные скупы на всякие выяснения и узнать от подобного ссыльного о настоящей причине наказанья довольно трудно.
    Мы уже выпили пол самовара, а п. Андрей только довел меня до своего выхода из Александровского завода; пользуясь передышками, я раза-два спрашивал его невзначай:
    — Ну и как же, наконец, вы попали сюда сударь.
    Но увлекшийся напоминаниями сапожник отвечал мне всегда так решительно:
    — А это, сударь, целая история и будет в конце! - и подтверждал свои слова таким глубоким кивком головы и многозначительным вытаращиваньем глаз, улыбаясь при этом добродушно, что больше было нечего делать, как ждать и слушать терпеливо.
    Ну, я и слушал, вглядываясь в пана Андрея, который, согнувшись в три погибели, как бы на своем круглом табурете, живо размахивался, привыкшими к движенью руками, посвящал меня в тайны своего ремесла над Ангарой.
    Длинный ли рассказ пана Андрея и физическая усталость, или же неожиданное признанье рассказывающего повлияли на меня, но я слушал его теперь гораздо равнодушнее; сальная свеча слабо освещала квартиру и при тусклом ее свете ясные очертанья сидящего напротив меня пана Андрея стали медленно стушевываться у меня в глазах. Прошло еще несколько минут и я уже не видел черт лица так симпатичных мне сначала, не упивался, приятными для слуха звуками родимой речи.
    Человек, сидящий передо мной, с непонятной быстротой превращался в какую-то деревянную марионетку, какое-то бездушное существо. Я не понимал уже его теперь, не слышал наконец вовсе.
    На улице было совершенно темно, мороз устойчиво продолжал свое дело разрушенья, но в услышанный мною треск лопающегося в стене дома бревна не вызвал меня из забытья, наоборот еще глубже погрузил в него. То неумолимый враг наступает, разбивает и осаждает последнее убежище человека, как зверь, встревоженный в самом сокровенном своем логовище, я подставил ухо к окну: навострившийся слух сразу уловил сухие и резкие звуки. Я уже не видел пана Андрея: призрак смерти суровой, холодной, непобедимой явился у меня перед глазами. И мысли странные, мысли назойливые начали приходить мне в голову: «А что если этот человек, бормочущий там что то про себя насиловал какое-нибудь беззащитное и угнетенное создание, подло вырвал у него то, что и без него будет отнято насильно и беспощадно, что если был он не братом, но палачом по отношению к одному из малых сих?» И мысль назойливая, инстинктивная, повторяла мне: был, был... и отвращение и ненависть глубокую чувствовал я к жестикулирующему передо мною манекену и отодвигался от него на самый край дивана. Но мысль продолжала работать: «А если этот несчастный не ведал, что творит, если он загубил в себе чувство братства, не только ко всему живому миру вообще, но даже и к человеку? Если, несмотря на свой сюртук, этот порядочный человек стоит ниже якута дикого, никогда не только неубывающего, но и не бьющего не только человека, но даже и свою скотину, и свою лошадь»... И мысль инстинктивно подсказывала мне: «Загубил, загубил»... И великая скорбь сжимала мне сердце и глаза наполнялись слезами и я ближе придвигался к говорящему.
    Но что же это? Я вздрогнул, что-то горячее коснулось моей холодной руки; я потираю лоб, стараюсь придти в себя – это рука пана Андрея касается моей, я вижу его оживленное лицо, ясно слышу веселый смех, различаю, наконец, звучны слова:
    — Хе, хе, хе! Потому, скажите на милость, сударь, что такое мужчина без женщины? Хе, хе, хе! Это, не в обиду будь сказано, как сапог без подошвы, что сверху поглядеть, так ничего себе, а как вступишь на землю, так и грязь, и различная мерзость так и липнет к тебе. Человек ни поест, ни оденется, ни выспится по человечески. То же приключилось и со мной: есть у меня дом, кожевня, есть несколько человек мастеровых, а удобства и порядка никакого. Ну, размышляю про себя, если Адам, сударь ты мой, не мог обойтись без жонки, хоть в раю был, так и я в Сибири, не взяв греха на душу, могу обзавестись жонкой. Хе, хе, хе! Не прав ли я был?
    — Совершенно.
    — А ну, видишь, сударь... А так как мне приглянулась там девушка, сударь, и на работу бойка и с лица гладка, то без длинных фокусов...
    — Вы женились, сударь?
    — То есть почти что, потому что, видишь, сударь, не совсем, а так себе «сибирским браком». (Собственно то, что у нас называется сожительством на веру. Подобные браки очень распространены в восточной Сибири). С родителями я условился, девушка не противилась, потому и зачем же? Сам я, не хвалясь, ничего себе, хе?, хе, хе! Дома у меня хлеба вдоволь, дело я уладил недели в две. Не умел я оглянуться, как у меня год пролетел, точно бичем хлестнул. Девушка-то, хоть и работы было не мало, потому что одного хлеба испечь на стольких людей, так и того достаточно; но в довольстве расцвела, сударь мой, что настоящая малина, когда же я ее еще приодел, как следует, то ей-ей точно картина какая! Но тут-то и загвоздка! Сначала все шло хорошо и шло бы также и дальше, если бы черт не принес этого негодяя Гольдмана. Хоть фамилия у него немецкая, но он был поляк; значит мы, разумеется, были знакомы. Правда, что я сразу увидел, что он негодяй, потому что, скажу без хвастовства, у меня нюх на людей, о, какой нюх! Значить, мы всегда были в далеких отношениях, но так как видно от судьбы своей убежать трудно, то и я не мог убежать от своего злодея. А скверный это был человек, не степенный, хоть имел жену и детей, потому поверишь, сударь, если я скажу, бабник, каких на свете нет. Как только ему какая бабенка приглянется, ни на что не посмотрит, ни себя не уважит, ни людей; ничего не видит, не слышит; тьфу! сгинь, пропади! правду говоря, что твой тетерев под весну. Вот, как у меня, мой Гольдманек увидел Дуню, точно его варом обдало и уж ходить и заглядывает, а галстухи, а банты — вон какие завязывает, а чуб у него просто сияет, усы каждый день фабрит, воротнички под самые уши поднимает! И увивается, в шмыгает, как глупый индюк! Ну, плохо дело, думаю про себя, потому что Гольдманек шныряет, точно он любчика объелся. Вот приходит он однажды ко мне, как бы для того, чтобы сапожки лакированные заказать.
    — Нет времени — говорю.
    — Хорошо заплачу, потому что нужны, говорить, а дела у него шли недурно, у негодяя.
    — Слово дороже денег, — говорю, — что сказано, то сделается и за дешевую, цену, чужого не надо, а и своего не дам, берегись! И гляжу ему прямо в глаза, а он такой нахал, что только рассмеялся и еще отрезал:
    — Конечно, конечно, потому дубиной того, кто не стережет своего. Точно это он на меня намекнул, а может, и прав был, потому что я с Дуней ничего не говорил; что тут с бабой разговаривать, когда она задурить.
    Но вижу дня через два начинает у меня моя Дуня исчезать из дому, то за тем, то за другим, по целым вечерам пропадает.
    — Надо было расстаться, вставил я.
    — Расстаться я не мог, потому что я и поистратился, да и уступать первому встречному вертопраху не годилось. Впрочем, если бы я тут один был замешан, так еще бы ничего, потому и какая же беда? Но, так как я жил порядочно, знакомых у меня было много: и купцы, и мещане, и даже чиновники бывали у меня, то они начали надо мной издеваться и постоянно только: шу, шу, шу! хи, хи, хи! Кравчиковская и Кравчиковская. Одним словом, вижу, марает баба мою фамилию.
    Везде меня уважали, вдруг какая то ветренница начинает пачкать мое доброе имя, и я не могу даже никому ничего сказать. А дождешься же ты, думаю себе, подожди, задам тебе перцу, отличную трепку задам. Аккурат в субботу это было. Работы и в мастерской и дома, как это обыкновенно перед праздникам, не оберешься, но Дуня моя, сударь, точно веретено на мельнице, потому что я говорил, всегда была бойка, легка и увертлива, как лань, а тут не только что спорится, а кипит все у нее в руках, что и говорить, впрочем, глядеть любо было; а что ни взгляну, сердечное горе меня разбирает: погибнет девка, совсем от дому отобьется. Только я не оглянулся, а она: шмыг! и уже ее нет. А ну нет, так нет. Искать тебя, не пойду, а если ты задурила, задурю и я.
    Никуда не иду, сижу дома и жду, пожду, а ее нет, как нет, а от этого ожиданья все эти издевательства мне в голову приходят; было уже за полночь, а я все сижу, свечи не зажигаю. Первые петухи запели... приходить.
    — Откуда? спрашиваю. А она ничего.
    Я к ней ближе, а от нее — Иисусе ты мой — как от печки этой... глаза сверкают кам уголья; огнем на меня пышет!
    — От Гольдмана! крикнул я и меня затрясло, как в лихорадке.
    А она ничего. В глазах у меня потемнело... Я стал её бить... а она? Таково бабье упрямство, хоть бы словечко мне!..
    В словах говорящего зазвучала странная нота сожаления.
    — Хоть бы словечко мне... повторил он тише.
    — Бил, бил и... убил.
                                                                        -----    
    Пан Андрей умолк и стал нагружать свой нос огромными щепотками табаку, не умолкло только мое воображение, уже сегодня несколько раз раздраженное, и теперь живо досказало мне то, о чем не говорил убийца, досказало и осветило совершенное преступленье таким ярким светом, что все подробности страшной смерти «легкой и увертливой», и, вероятно, и пугливой, как лани, девушки, предстали передо мной во всем их цепенящем ужасе.
    По какому праву этот человек, может быть, отживший, может быть, стояний на краю собственной могилы, отнимал жизнь у юного создания, на которое он не имел никакого права, которое попросту купил у ее огрубевших до скотского состояния родителей? Я пожимал, как руку брата, ту руку, которая убивала, видел человека в этом оподлившемся звере! И отвращенье, и ненависть пробудились во мне к этому человеку, и я чувствую это теперь, я готов был тогда убить несчастного, убить его нравственно и убил бы его; но в ту минуту, когда я стал дрожать той лихорадкой, которой дрожал, может быть, и пан Андрей, когда начал убивать, рука его легла на мою и в глаза мои заглянули два глаза ясных и чистых, как колодезная вода, невинных и спокойных, как глаза ребенка.
    Я задрожал, но теперь я задрожал над собою: я, так ненавидящий в настоящее время все, что враждебно жизни, всех, кто убивает, чуть было сам не совершил преступление. Человек, смотрящий мне в глаза, не мог быть и не был виновным в убийстве.
    Измученный, я закрыл лицо руками и когда через минуту я спросил пана Андрея дрожащим голосом:
    — Пан Андрей, ты уже столько рассказал мне, скажи же откровенно, хотел ли ты ее убить? Он, сложив на груди свой рабочие, как бы навеки заклейменные следами тяжкой работы руки, проговорил торжественно:
    — Покарай меня Боже такой же самой смертью, если я помышлял об этом.
    Пан Андрей пошел. Закрывая за ним двери, я выглянул на двор; хиюс утих, земля молчала, скованная ледяными цепями. На морозном небе искрились тысячи светил, называемых глазами богача, глядящих бездушно на человеческое горе. Мысли печальные и тяжкия сверлили мне голову и вопрос: «кто же виноват, если не виноват пан Андрей» чаще всего мелькал среди этих мыслей.
    /Живописное обозрѣніе. Москва. № 7. 1895. С. 127-131./

 
                                                      STOLARZ KOWALSKI
    Zaznajomił mnie z nim przypadek; ściślej jednak rzeczy biorąc, przypadek ów mógł się zdarzyć jedynie dzięki wiośnie jakuckiej, a więc tej wiośnie, o której wy, szanowni czytelnicy, macie zapewne bardzo niedokładne pojęcie.
    Już od połowy kwietnia słońce w Jakucku 1) zaczyna nieźle przygrzewać, w maju zaś, znikając z horyzontu na kilka godzin zaledwie, przypieka nawet wcale dobrze; dopóki jednak wielka Lena2) nie uwolni się ze swego okucia zimowego, dopóki nie stopnieją śniegi, w tajgach 3) dziewiczych leżące, wiosny tu niema jeszcze. Śniegi nie podgrzewane ciepłem wewnętrznem ziemi, na kilkaset stóp przemarzłej, lód grubości sążniowej, uporczywie walczą z potęgą promieni życiodajnych i po długiej dopiero, nie słabnącej pracy, słońce powołuje do życia i najgłębsze wnętrza tajgi zapadłej i królowę wód tutejszych, babcię Lenę, jak ją zowią Jakuci.
    W ostatnich dniach maja, ku końcowi walki ciepła dobroczynnego z resztkami zimy surowej, człowiek, po raz pierwszy będący w Jakucku, zauważy tu dość ciekawe, w Europie zapewne nigdzie nie obserwowane zjawisko, każdy odległy, niewyraźnie rozlegający się huk jakoś dziwnie działa na ludzi, znajdujących się na ulicy; i dzieci, i starzy, i kobiety, i mężczyźni zatrzymują się wtedy raptownie i zwracając się ku wschodowi, w stronę rzeki, z szyjami wyciągniętemi, w skupieniu głębokiem przysłuchują się czemuś chwilę.
    Jeżeli słyszane odgłosy milkną lub okazują się fałszywemi, ludzie nasłuchujący rozchodzą się spokojnie, ale jeżeli huk pierwotny nie słabnie, lecz powtarzać się zaczyna i wzmaga się i rośnie, napełniając powietrze grzmotem jakby wystrzałów armatnich lub odległych piorunów, którym wtóruje szum podziemny, do ryku zbliżającej się burzy podobny, wtedy ludzie ci, przed chwilą tak spokojni, ożywiają się niezwykle, krzyki radosne: „lód pęka, rzeka ruszyła ! czy słyszycie?” rozlegają się zewsząd i hałaśliwie, pośpiesznie, wszystko to rozbiega się w różne strony, aby co prędzej ludziom, w domach pozostałym, zwiastować nowinę pożądaną. Ale i do znajomych, a nawet mało znajomych, każdy taki człowiek, co tchu zdążający ku swoim, obowiązkowo jednak zastuka, rzucając wszędzie dwa słowa magiczne: „Lena ruszyła!” Po chwili słowa owe, powtarzane i modulowane 4) najrozmaiciej, brzmią po najdalszych domach, jurtach i podwórzach jakuckich i kto tylko chodzić i wychodzić może, ubiera się i pędzi na brzeg rzeki.
    A na brzegu już tłum cały stoi i w zachwycie praw-dziwym przygląda się jednemu z najwspanialszych tutaj zjawisk przyrody.
    Potężne kry, parte siłą wody, płynącej w siedmiowiorstowem korycie, piętrzą się w domy, góry całe, łamią się, trzeszczą, huczą i osypując się tysiącami, miljonami igieł lodowych, grają na słońcu cudownemi blaski.
    Ale dłużej trochę pobyć tu potrzeba, przynajmniej jedną zimę przemieszkać należy, aby zrozumieć, co pcha owe tłumy na brzeg rzeki.
    Nie wspaniałe zjawisko je zwabia.
    To ludzie, którzy w walce z zimnem długotrwałem i mrozami nieludzkiemi wyczerpali już swe siły, którzy z utęsknieniem i niecierpliwością oddawna już oczekują ciepła błogiego, biegną tu teraz, aby ujrzeć ostateczny triumf słońca, ostateczną zagładę zimna nieznośnego.
    I radość serdeczna, radość dziecinna błyszczy na żółtych twarzach jakuckich, usta szerokie, śmiejąc się dobrodusznie, jeszcze szerszemi się wydają, oczki czarne świecą jak węgle. Tłum cały jak pijany zatacza się z radości : „Chwalą Bogu, chwała Bogu”! krzyczą ludzie do siebie i zwracając się ku ogromnym górom lodu, rozbijanym siłą żywiołu przyjaznego, rozkoszują się, napawają kieską wroga nieubłanego, który teraz, naciskany falami rozhukanemi, kruszy się, miażdży i ginie.
    Po ruszeniu i przejściu lodów na Lenie ziemia już prędko odmarza i jakkolwiek odmarza na dwie stopy zaledwie 5), przyroda spiesznie korzysta z trzechmiesięcznego ciepła; w bardzo krótkim stosunkowo czasie rozwija się i rozkwita tu wszystko.
    Wielka dolina, w której leży Jakuck, wygląda wtedy czarująco: żyzna, gdzie niegdzie już uprawna, gajami brzozowemi, mnóstwem jezior, zarośli i łąk bujnych naprzemian pokryta, z okalających ją wzgórzy stromych i dość wysokich przedstawia się jak olbrzymi park, srebrną wstęgą szerokiej Leny przewity. A piękność naturalną doliny, jej powaby przyrodzone zwiększa jeszcze tajga ponura, zewsząd ją otaczająca : wśród ogromnych obszarów kraju dzikiego, niedostępnego, dolina ta podobną jest do oazy, wśród pustyni rzuconej.
    Ale i plemię jakuckie, z pomiędzy wielu innych plemion syberyjskich pod wszelkiemi względami dzielniejsze, umie cenić dary słońca życiodajnego i pełną piersią z nich korzysta; wypuszczone z ciasnych i smrodliwych jurt zimowych 6), napełnia ono swą ziemię surową ruchem i życiem, które bije tętnem zdwojonem, pulsuje głośno i silnie. Po święcie ogólnem, ysechu 7) wiosennym, świąteczny i radosny nastrój ludności nie zmniejsza się wcale. Trawa rośnie jak na drożdżach, krowy i kobyły dają mleka coraz więcej i ambrozja 8) bogów jakuckich, „kumys mocodajny”, nie wysycha w czaronach 9).
    To też sądzę, że i widok pięknej doliny i oglądanie na każdym kroku ludzi, używających rozkoszy lata, działały na mnie podniecająco i doczekawszy pierwszej wiosny w Jakucku, używałem także jej darów całem swem jestestwem: codziennie, wychodząc za miasto, rozkoszowałem się pięknościami ożywionej przyrody, codziennie sprawiałem sobie kąpiel słoneczną.
                                                                               *
                                                                  *                        *
    W przechadzkach swych prawie zawsze odwiedzałem jaką jurtę jakucką. Jurty te, zwykle rozrzucone pojedynczo i jakkolwiek dość daleko jedna od drugiej, spotykają się jednak w każdej stronie i nadają okolicy, przez ludność jakucką nasładłej, pozór więcej zaludnionej, niż to jest rzeczywiście, więcej niż gdyby ludność ta we wsie się grupowała. W każdej jurcie zawsze można dostać zimnego mleka i kumysu. Prawda, że nigdy i jedno i drugi nie są pozbawione pewnego odrażającego zapachu, o którym ludność tutejsza, niejakucka, wyraża się, „że Jakutem trąci», ale w ciągu długiej zimy, w której o mleko niejakuckie dość trudno zwykle bywa, przyzwyczaiłem się do owego specyficznego zapachu na tyle, że i mleko, i kumys pić mogłem i pijałem teraz bez żadnej odrazy w ilości znakomitej.
    Z pomiędzy wielu jurt, które już zwiedziłem, najbardziej spodobała mi się jurta w ślicznem ustroniu, w lesie, na dość wysokim brzegu długiego jeziora leżąca.
    Jurta ta była własnością Jakuta tak starego, że każdy na pierwszy rzut oka bez omyłki mógł go nazwać ohoniorem 10).
    Ohonior mieszkał tu z żoną staruszką i chłopcem wyrostkiem, dalekim swym krewnym, a dwie krowy z jałoszką, para kobył i źrebię składały cały majątek małżonków.
    Wszyscy Jakuci są bardzo ciekawi i gadatliwi. Szanowny ohonior przymioty owe posiadał w stopniu najwyższym, a ponieważ, chociaż kiepsko, mówił jednak po rosyjsku, więc w wycieczkach swych najczęściej ku jego jurcie nawracałem.
    Naturalnie, ohonior przedewszystkiem dowiedział się, kto, skąd i kim obecnie jestem. Względem Rosjanina czy to tutejszego, czy też przyjezdnego, Jakut zawsze zachowuje się podejrzliwie i jest zbyt uniżony; Rosjanin, chociażby oberwany, zawsze jest dlań tojonem 11). Stosunek do Polaków bywa nierównie lepszy. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek Jakut jaki przyjął obojętnie wiadomość o tem, że jestem nie niucza 12), lecz bilak 13).
    Bilak bilak? Yczczygej dohor 14), wołał zwykle najwstrzemięźliwszy. Odrazu tedy stanąłem z ohoniorem na stopie przyjaznej, a gdy jeszcze dowiedział się on, że jestem suruksut 15), że mógłbym być w razie potrzeby suruksutem nasleżnym 16), a nawet ułusnym 17), że umiem napisać prośbę do samego ułochan tojona 18), — zyskałem w jego oczach wiele, unikając zbytniej poufałości. Dzięki temu i mleko i kumys dostawałem zawsze wyśmienite, a staruszka, zdejmując czaron dla mnie, starannie go przecierała palcami, zlizując podejrzane ślady językiem.
    Otóż raz, gdym, wracając z codziennej swej przechadzki, wstąpił do nich na zwykłą porcję kumysu, znalazłem ohoniora w stanie dość niezwykłym; był on nietylko mówny jak zawsze, ale i wesół jak nigdy, język jego plątał się wprawdzie, ale też zato nie czuł wcale zmęczenia. Okazało się, że starzec czcigodny tylko co wrócił z miasta i widocznie argy 19) ognista rozgrzała i ożywiła drętwiejące członki.
    — Bilaki dobrzy ludzie, wszyscy dobrzy — bełkotał niewyraźnie i prędko staruszek, starannie nakładając swą fajeczkę moim tytoniem — każdy bilak jeżeli nie suruksut, to doktór, jeżeli nie doktór, to kowal, jakiego pomiędzy Jakutami nie znajdzie. I ty widać jesteś człowiek dobry, i suruksut musisz być dobry, to też wszyscy my lubimy bilaków i sacha 20) zawsze pamięta, że bilak brat jego...
    — Ale nie uwierzysz chyba, mój bracie, gdy ci powiem, że to od niedawna się stało i ja ot, choć już więcej niż siedemdziesiąt traw zjadły cielęta w moich oczach, przed piętnastu jeszcze laty bałem się bilaków, jak złych duchów się boję. Zobaczyłem biłaka, tom umykał z drogi jak zając, co tchu starczyło, w las, w krzaki, byle dalej. I nietylko ja, wszyscy bali się bilaków, bo źle, widzisz, wtedy mówili o nich: mówili, że rogi mają, że ludzi biją i inne różności...
    A gdym, dowiedziawszy się, że wieści te z miasta przynoszone były, zaczął wyrzucać staruszkowi łatwowierność zbyteczną w przyjmowaniu baśni bezzasadnych, niesprawdzonych, ohonior oburzył się na mnie prawdziwie.
    — Bój się Boga, czyż moglibyśmy tak na słowo puste uwierzyć temu wszystkiemu, co wtedy gadali?! Jak tam już inni gdzieindziej tego nie wiem, ale i ja, i ci, którzy tu w okolicy mieszkali, wierzyliśmy, bo od ojców słyszeliśmy, że bilak każdy — człowiek straszny i niebezpieczny.
    — A było to ot, z czego. — Starzec popił z czaronu, pyknął z fajki kilkakrotnie i tak ciągnął dalej:
    — Ojca mego jeszcze na świecie nie było i dziadek mój był chłopcem jeszcze młodym, bo dopiero kałym 21) dla niego zbierać zaczęto, gdy tu zjawił sią bilak z lódowatemi oczami 22), brodą dużą i wąsami ogromnymi i zamieszkał stąd niezbyt daleko, tylko nie tu w dolinie, ale tam, wysoko, na górze. A była tam wtedy tajga do dzisiejszej wcale niepodobna, zwarta, gęsta, toporem jeszcze nigdzie nie tknięta. W tajdze tej jurta stała opuszczona i jurtę tę zajął ów bilak. Ale jak tylko on tam osiadł, tajga wokół na kiesę 23) dobrą stała się dla ludzi niedostępną. Bilak po tajdze ze strzelbą chodzi i jak tylko człowieka zobaczy, choćdy to i kozak był nawet, bierze na cel, i jeżeli ten nie ucieka, strzela nie na żarty, ale prawdziwie. Z czego i jak on żył? duchy to wiedzą leśne, bo co z ludzi, to nikt tego nie widział. Uciekali od niego wszyscy, jak od prokazy 24). Ci tylko, co go widywali, jak chodził po tajdze do złego podobny, powiadali, że chodził z początku w ubraniu, podobnem do ubrania tojonów i suruksutów ruskich, ale później to już chodził w skórach, które widać już sam sobie zeszywał. I powiadali ci ludzie także, że coraz straszliwszy, coraz dzikszy się stawał; broda do pasa mu urosła, twarz coraz bielszą się robiła, a oczy — to płomieniem gorzały. Takupłynęło lat kilka. Ale w środku zimy jakoś, w czasie mrozów największych zdarzyło się, że chijus 25) rożsrożył się zabójczy i w ciągu dni kilku nikt go nie widział; a że zwykle codzień pokazywał się komuś z daleka, więc da no znać do miasta, aby dowiedzieli się, czy co złego z nim się nie zrobiło. Przyjechali, wchodzą ostrożnie — a bilak leży na łóżku w swych skórach, cały szronem śnieżnym okryty i tylko w ręku krzyżyk mały ściska.
    — Bilak był nieżywy. Może z głodu umarł, może zmarzł, a może i tak wziął go szatan do siebie? Osądźże sam teraz, czy po tem wszystkiem słusznie czy nie baliśmy się bilaków? Przed tamtym, przed jednym wszysćy uciekali, a tu odrazu tak dużo ich najechało!
    — He, he, he! Chociaż suruksut, ale młody jesteś, mój bracie, więc myślałeś, że ludzie bez przyczyny co robią? Wiedzże o tem, żeś się omylił; nie taki sacha głupi, jak ci się wydało!
                                                                               *
                                                                  *                        *
    Podanie o bilaku, który nie znosił nawet widoku człowieka, podanie następnie jeszcze w Jakucku z kilku ust mi powtórzone, wywarło wtedy na mnie silne wrażenie. Więc tu może po tych gajach i łąkach, po których dziś chodzę, biegał kiedyś z bólu wielkiego oszalały i zdziczały człowiek? Czy cierpienia jego były tak wielkie, czy dusza jego na złość i nędzę ludzką tak czułą i wrażliwą? Czy może rozłąka ze swą ziemią, z ludźmi sercu, drogimi, tak złamała nieszczęśliwego? Opanowany myślami podobnemi, wracałem do miasta, nie patrząc już na nic; szedłem prędko, biegłem prawie i biegłem tak, dopókim nie usłyszał krzyku przeciągłego i niezbyt oddalonego:
    — Kaal are, kaal!
    Z początku jak krzyku samego tak i tego skąd on pochodzi — nie rozumiałem; gdy jednak coraz, wyraźniej powtarzać się zaczęło Kaal are, kal, dahor! zrozumiałem: z za gaju, a rączej niewielkich krzaków, przede mną leżących, wołał ktoś po jakucku: Chodź tu, chodź, brącię!
    Idąc przez zarośla, domyśliłem się nawet, kto to! krzyczy. Ani Jakut, ani Rosyanin, czy to tutejszy, czy przyjezdny, nigdy tak nie przekręci słów, które czysto po jakucku wymówione, brzmieć powinny: Kel ere, dohór.
    —Taką samowolą względem, dźwięcznej mowy jakuckiej odznaczają się tylko nasze Mazury. Przez cały czas mego pobytu w Jakucku nie spotkałem chłopa Mazura, któryby śłów, powyższych nie przekręcił, nie przerobił | z mazowiecka; jakby za zmową wszyscy zawsze wymawiali: Kal are.
    Rzeczywiście, tuż za krzakami, za mostem, przerzuconym przez wazkie jezioro czy też zamuloną odnogę Leny, stał człowiek w  zwykłem ubraniu posieleńca 26) i żywo wymachując rękami, w lewo od drogi zwrócony i wykrzykiwał uparcie swoje:' Kaal are, kal dahór!
    Wykrzykiwał zaś tak do Jakuta, widniejącego na skraju zarośli, po drugiej stronie wody leżących, wołał jednak napróżno, bo podejrzliwy Jakut ani myślał podchodzić. Przekonał się widać o tem ostatecznie i sam wołający, bo, gdym już był około samego mostu, krzyknąwszy mu jeszcze raz: Kaal are, psiakrew! przestał wołać, kinąc go tylko półgłosem: „a żebyś penk, psia paro! a żebyś spuch, psi synu!”
    Zobaczywszy mnie, umilkł, ale gdym zrównał się z nim i przywitał go „pochwalonym”, chłop aż przysiadł ze zdziwienia:
    — O Jezusie! a z kiela pan bandzie?
    Zaznajomiliśmy się prędko. Chłop mieszkał gdzieś w ułusie jakuckim i przyszedł do miasta, aby się nająć na robotę do kopalń złota; najął się i iść tam miał wkrótce, jako poganiacz przy partyi bydła. Bydło to pasł on tu obecnie, a ponieważ rozbiegło mu się ono w różne strony, i sam jeden w żaden sposób nie mógł wegnać na most rozbrykanego stada, czekał więc, czy nie nadejdzie kto i nie pomoże mu trochę; w tym to celu wołał on właśnie Jakuta. Naturalnie, chętnie pomogłem mu i, gdy stado, przepędzone przez most, już spokojnie szło dalej, idąc razem, gawędziliśmy sobie po drodze.
    Z rozmowy jakoś wypadło, żem zapytał go, u kogo zatrzymał się po przyjściu do miasta.
    — Ano u Kowalskiego.
    Znałem w Jakucku wszystkich Polaków, o żadnym jednak Kowalskim nie słyszałem.
    — Ano u tygo stolarza Kowalskiego!
    Ale i o stolarzu nie słyszałem.
    — Z kimże on tu zna się, do kogo chodzi? — pytać zaczałem.
    — Adyć to cudok taki, to wszyscy go tu żnajom, no, a co som to do nikogoj nie chodzi.
    — Jakto do nikogo?
    — A jakże, ma chodzić, kiedy ma nogi „jak stępory cystę” bez paliców wcale, do idnego pooblatały. No to jeszcze, jak mu się nie rani, pół biedy, ale jak mu te rany bootwierajom się, to już po izbie łazić nie może.
    — Z czegóż on się utrzymuje?
    — Ze stolarki potrochu; warsztat ma piękny i naczynią różnego dość takoż, tyło, źe powiadom, jak ustać na nogach nie może, no, to już i stolarka nie idzie. Wtedy to lubi bardzo, jak kto przyjdzie i ściotkę obstauje, tyż piękne ściotki robi i do pokojów, i do ubraniów choćby, tyło, że tu pokojów takich niewiela, coby ściotkami zamiatać, a i wedle ubraniów, tyż rzadko kto czyszczone nosi. Tera, widzę, znowu zaniemóg.
    — A nie wiecie, skąd on jest ? czy dawno już tu?
    — Dawno, toć dawno, bo jeszcze ponoć i naszych tu tak dużo nie było, a on już był tutaj, ale co do tego, skąd on, kto on taki, no, to prawdziwie, widno, pan go nic zna, bo żeby to pan znał, toby nie dopytywał mnie o to.
    — Widzi pan, nie tyło mnie, ale choćby i z panów komu, choćby i księdzu, co z Irkucka27) przyjeżdża, jeśli go o to pytajom, zawdy on jedno powiada: „Mój bracie — mówi — sam Bóg wie dobrze, skąd ja i kto jestem, a sensu z tego niema nijakiego, nie będzie tyż z tego niczegoj, kiedy i ty się o tem dowiesz”. Ot, ma pan! więcej nikt się od niego nigdy nie dopytał.
    Pomimo to dokładnie wywiedziałem się od pastucha, gdzie mieszka Kowalski. Chociaż bowiem nie zdawa­łem sobie z tego sprawy dokładnej, dlaczego wówczas tak myślałem, opowieść o bilaku, uciekającym od ludzi, i wiadomość o stolarzu kalece, także kryjącym się przed nimi, odrazu związały się w mym umyśle w jedną całość. Czułem, źe pomiędzy nimi zachodzi tajemniczy związek, że wszystkie rzeczy na świecie, powtarzając się czasów koleją, są zawsze do oglądania na ziemi, że więc być może, i cierpienie wielkie, o którem myślałem przed chwilą, że skończyło się wraz ze śmiercią bilaka, znajduje się tuż obok mnie oddawna, zmienione tylko może, ale nie mniejsze, również wielkie i ciężkie, również bolesne dla dotkniętego.
                                                                               *
                                                                  *                        *
    Odtąd codzień prawie skierowywałem swe kroki ku jurcie, w której mieszkał Kowalski. Strużki stare, leżące około drzwi i okienek niewielkich, zawsze wystawionych ze strony słonecznej, nie odświeżały się nowemi. Czerniały one z dniem każdym, schły coraz więcej, jak czerniał i sechł może i ten, kto zestrugałje niegdyś.
    I brakło mi odwagi wejść do stolarza. I znowu z niecierpliwością czekałem dnia następnego, czy nie zobaczę strużek świeżych, ale ani strużek, ani stuku roboty z wewnątrz nie było słychać.
    Postanowiłem nareszcie nie zwlekać dłużej. Z zamiarem tym wyszedłem z domu i dochodziłem już do węgła jurty, gdy z wewnątrz tejże rozległ się drżący i słaby, ale dźwięczny i sympatyczy śpiew.
    Usiadłem na przyzbie około jurty i przez okna wystawione słyszeć mogłem każde słowo pieśni sentymentalnej 28) trochę, ale smętnej i rzewnej, dość rozpowszechnionej u nas w piątym dziesiątku bieżącego stulecia:
                                                      Gdy się pola zazielenia
                                                      I wiosna wszystko ożywi i t. d.
    Jeszcze smętniej brzmiała druga strofka:
                                                      Lecz kto cierpi w głębi duszy,
                                                      Komu płynie łza źałosna,
                                                      Tego słowik nie poruszy,
                                                      Temu życia nie da wiosna. –
                                                      Ten spokojnej chwili nie ma,
                                                      Rok mu się w pory nie zmienia,
                                                      Niemasz wiosny, gdzie — cierpienia,
                                                      W tesknem sercu — ciągła zima.
    Po krótkiej przerwie zaczęła się i trzecia strofka:
                                                      Kto najdroższą matkę traci,
                                                      A z nią wszystkie swe nadzieje,
                                                      Kto patrzy na łzy współbraci...
    Ale tu śpiew urwał się nagle i głos surowy „Piesiu, — zawołał — piesiu, idź, nawymyślaj Panu Bogu, nawymyślaj mu dobrze.”
    Z początku nie zrozumiałem tego dziwnego rozkazu, ale gdym po chwili usłyszał na dworze cienkie ujadanie psa, ponieważ brama, z ulicy na podwórze wiodąca, była otwarta, wstałem więc i przechodząc koło niej, przystanąłem na chwilę. Przed drzwiami jurty, otwartemi naościeź, piesek mały, czarny i lekki, stając co chwila na zadnie łapki, skacząc i kręcąc się zapalczywie, szczekał i skomlił ku górze, ku pięknemu, pogodnemu niebu. Naturalnie, przeszedłem dalej, znowu odkładając zaznajomienie się z Kowalskim do chwili stosowniejszej.
                                                                               *
                                                                  *                        *
    Zobaczyłem go nareszcie. Wzrostu trochę więcej niż średniego, siwy już był zupełnie i nędzny bardzo. Cera ziemista, którą odznacza się większość deportowanych w Syberyi, rozwinęła sią u Kowalskiego do najwyższego stopnia, i aż przykro było patrzeć na tę twarz żółtą i czarną zarazem.
    Gdyby nie to, że mówił on i ruszał się, trudno byłoby, szczególniej z daleka, poznać, że to człowiek żywy jeszcze. A jednak pomimo to z oczu wielkich, szerokimi, czarnymi kręgami okolonych, wylatały czasami blaski silne, znamionujące, że wewnątrz ów trup chodący nie obumarł zupełnie, że żyje i czuje on jeszcze.
    Gdy siedział, można nawet było po pewnym czasie przyzwyczaić się, do tej twarzy cierpiącej, ale ile razy wstał, odwracać się musiałem: te nogi, do „stęporów” podobne, zdawało się przy kazdem stąpieniu sprawiają mu ból wielki.
    Kowalski mówił po polsku czysto i poprawnie. W rozmowach swych unikał starannie wszystkiego, co mogłoby choć z daleka, choć pośrednio i dotyczyć jego przeszłości; również starannie unikał wszelkich pytań o kraju. Zajęty był wyłącznie teraźniejszością i psem swym, z którym ciągle rozmawiał. W czasie tych kilku tygodni, w ciągu których odwiedzałem go, raz tylko, gdym wspomniał coś o Płockiem, oczy jego błysnęły życiem wewnętrznym, i. Kowalski żywiej zapytał: „To pan zna Płockie.?”
    A gdym odpowiedział, że bawiłem tam rok cały, mówił ni to do siebie ni to do mnie:
    — Wszystko tam zmienić się musiało, bo to przecie czasu już tyle upłynęło! Zapewne pana na świecie jeszcze nie było, kiedy ja już do Syberyi się dostałem. A w których stronach Płockiego był. pan ?
    — Około Raciąża.
    Usta otworzył, ale czy to sam spostrzegł się, że zadużo mówić zaczyna, czy może dostrzegł, że ja zbyt pilnie słuchać zacząłem, dość, że usta już otwarte złożył w „taak" długie i ciche, i umilkł.
    Była to jedyna wskazówka, którą mi dał o sobie. Pytać chciałem i pytałbym jednak dalej, ale i od tego ochronił się delikatnie: psa zawołał i, głaszcząc go pieszczotliwe wyrzekł doń pocichu : „Idź, nawymyślaj Panu Bogu!” I długo pies posłuszny szczekał ku niebu, a jeżeli Kowalski wydawał podobne zlecenie, znak to był niechybny, że o sobie słowa już z ust nie wypuści. Tylko o psie swym w takich razach zwykłybył mówić i wiele, i chętnie.
    Pies ten, jakkolwiek niczem szczególnem nie odznaczał się wcale, wyróżniał się jednak z pomiędzy swych współbraci jakuckich pod wielu względami. Wyróżniało go z pomiędzy nich przede wszy stkiem to, że chociaż, był psem kochanym, miał dom i pana, nie miał nazwiska, zwał się bowiem psem lub piesiem zwykle.
    — Dlaczegóż mu pan nazwiska nie dał? — zapytałem jakoś Kowalskiego.
    — A nacóż mu nazwisko? Gdyby ludzie nazwisk różnych nie powymyślali sobie, a ludźmi zwali się poprostu, może lepiejby o tem pamiętali, że ludźmi i w życiu być powinni.
    Był więc pies bez nazwiska. Był on nadzwyczaj lekki, zwinny i wątły, do krępych, mocnych, gęstym i długim włosem obrołsych psow miejscowych zupełnie niepodobny; sierść jego była krótka, miękka i jak jedwab lśnąća. To też wskutek tej swej odrębności zewnętrznej wiódł on tu życie samotne i opuszczone. Kilkakrotne próby wzięcia żywszego udziału w pśiem życiu tutejszem skończyły się zupełnem niepowodzeniem. Piesio wracał zawsze z prób tych tak pokąsany i zbiedzony, że po kilku niepomyślnych usiłowaniach skwitował ze swych instynktów towarzyskich i nie opuszczał już nigdy własnego podwórza.
    Był on za to nad swój wątły organizm poważny i powaga ta nie licowała zupełnie z jego cienką i ruchliwą figurką; nie była ona spokojną, podobną dp powagi psa sensata, krótkiego lub długiego, ale grubego i mocnego. W oczach piesia widniała gorycz i nienawiść ku wielkim i mocnym stworzeniom, nie umiejącym uszanować praw słabszego. Okrom jak panu, ogon jego nikomu nie okazywał swej przychylności, łask postronnych, nie rozumiał, nie wierzył w nie może i odpowiadał na nie głuchem warczeniem.
                                                                               *
                                                                  *                        *
    Kilka tygodni upłynęło od czasu, jak zaznajomiłem się z Kowalskim, i w zdrowiu jego nie zaszła żadna zmiana na lepsze; przeciwnie, słabł on z dniem każdym, i wszyscy my, cośmy odwiedzali go teraz, przekonaliśmy się, że choroba ta jest już ostatnim aktem jego życia na ziemi. Czy Kowalski wiedział o tem, Bóg to wie, ale wiedział zapewne, przeczuwał może koniec blizki, bo mówić prawie zupełnie przestał.
    Po kilku dniach, w ciągu których chory uporczywie toczył ostatnią walkę ze zwalczającą go niemocą i jeszcze chodził po swej jurcie, a nawet dłubał coś około paru szczotek, niedawno zaczętych, ustąpił nareszcie i położył się do łóżka. Nie pamiętam już dziś dobrze kiedy, ale wkrótce jakoś potem, rano, tylko com usiadł do herbaty, gdy podszedł do mego okna ślusarz, Władysław Piotrowski, najbliższy w Jakucku znajomy Kowalskiego i zapytał, czy nie mogę teraz pójść z nini do chorego, który dziś ma się źle bardzo.
    — Może umrze spokojniej, gdy widzieć będzie, że nie jest zupełnie opuszczony, — objaśniał mnie poczciwiec, — a może też pan weźmie i książkę jaką? — dodał jeszcze na końcu.
    Książki stosownej nie miałem, wziąłem więc z sobą Nowy Testament i wyszedłem natychmiast.
    — Czy już tak źle z nim? — zapytałem po drodze.
    — Myślę, że źle, bo sczerniał zupełnie, a i sam mówił, że dziś już umrze napewno.
    Jurta Kowalskiego była niedaleko ode mnie i po chwili stanęliśmy na miejscu. W jurcie nie czuło się zwykłego przy ciężko chorych zapachu lekarstw, bo Kowalski ani doktora, ani lekarstw żadnych przyjąć nie chciał. Smutno tu było tylko, jak w pustkowiu jakiem: piesio skulony leżał pod łóżkiem, a około łóżka samego, pomimo okienek wystawionych i drzwi otwartych, przykry odór ciężko chorego człowieka przypomniał, że człowiek na niem leżący nie wstanie już więcej.
    I człowiek ten rzeczywiście był już tak niepodobny do żywego, że gdyśmy weszli, a zobaczyli jego oczy zamknięte, sądziliśmy, że umarł już być może. Władysław podszedł do łóżka i wsunąwszy rękę pod kołdrę, dotknął nóg jego. Nogi zimne były zupełnie; ale zaledwie ślusarz ruszył z powątpiewaniem ramionami, „żyję, żyję, jeszcze — odezwał się Kowalski tak głośno i dobitnie, jak nigdy jeszcze dotąd nie słyszałem — żyję, — zaczął znowu, — i dobrze, żeście przyszli, chcę pomówić z wami przed śmiercią”.
    Żywość i gorączkowość, z jaką Kowalski to wypowiedział, jeszcze bardziej utwierdziły nas w przekonaniu, że przyszliśmy w czasie właściwym; spojrzeliśmy więc po sobie, ale chory dostrzegł to spojrzenie i zrozumiał je...
    — Wiem i ja, — odezwał się zaraz, — że umrę prędko, nie skryjecie więc przede mną tego, co jest mi otwartem; powiedziałem wam, że chcę mówić z wami, wiem więc, że umrę niedługo, inaczej nie mówiłbym bowiem. Bałem się, że nikt nie przyjdzie... bałem się, że nikt już mnie nie usłyszy... i że Ten, co go Bogiem nazywacie miłosiernym, zdąży odjąć mi mowę... Dziękuję więc wam za opiekę, obyście i wy, gdy konać będziecie, życiem nieszczęśliwem, jak ja, zgnębieni, nie konali opuszczeni...
    Kowalski umilkł i tylko czoło, sfałdowane w zmarszczki podłużne, to skupiające się bliżej i głębsze, to zmniejszające się znowu, wskazywało, że umierający wysiłkiem ostatnim chwyta myśl ulatującą, wolą silną zatrzymuje wybiegające zeń życie.
    Rano jeszcze było i słońce przez okna, wychodzące ku wschodowi na brzeg rzeki, rzucało na ścianę obok której stało łóżko chorego, dwa ogromne snopy swych promieni złocistych. Z łąk rozległych, z całego archipelagu wysp, bujną roślinnością okrytych, zewsząd życie tryskało i odgłosy tego życia, echa tego ruchu żywego, wywołanego światłem potężnem, dźwięcząc pieśnią melodyjną, składając się w cały hymn dziękczynny, dochodziły aż tu do łoża konającego, tworząc z tem, co się w jurcie znajdowało, kontrast 29) rażący.
    Ironją 30) gorzką, urągowiskiem świętokradzkiem wydawały się owe promienie słoneczne, owo życie, pieśnią radosną rozbrzmiewające, wobec łoża tego nędzarza, tego trupa żywego...
                                                                               *
                                                                  *                        *
    ...Dawno już bardzo, lat pewno ze czterdzieści temu,— zaczął tymczasem Kowalski, — dostałem się do stepów orenburskich 31); młody wtedy byłem i silny; ufałem Bogu, ufałem ludziom i sobie. Słusznie czy nie, dość, że sądziłem, iż nie mam prawa pozostawiać swych sił na łasce losu, lecz winienem sobie wynaleźć pole do działania szersze, niż to, które tam znaleźć się mogło. Tęsknota za krajem popychała także i po dwuletnim pobycie uciekłem stamtąd...
    — Dostałem się za to dalej — do tomskiej gubernji, ale nie upadłem na duchu. Zabrałem się do roboty z energją, chleb i woda bywały pokarmem moim; uciułałem nareszcie grosza, ile potrzeba było i znowu wyruszyłem w drogę...
    — Za tę powtórną ucieczkę, jako recydywista uparty, odpokutowałem dłużej i dopiero po latach kilku ruszyłem odwrotnie, ale teraz jeszcze dalej.
    — Zima była niezwykle surowa, byłem bez grosza, bez odzieży; odmroziłem wtedy nogi i wszystkie palce straciłem. Prawdziwa to klęska dla mnie, tern bardziej że wypadło mi zamieszkać aż za Jenisiejskiem 32).
    — Ciężej mi teraz było, miejscowość głucha i bezludna i o zarobki jakiekolwiek dość trudno także; chociaż jednak okaleczony utratą palców, wyuczyłem się rzemiosł kilku i jeżeli nie z jednego, to z drugiego dochód miałem, wprawdzie niewielki, lecz stały.
    — Sześć lat przygotowywałem się teraz i, nie bacząc na swe nogi, po raz trzeci wyruszyłem w drogę.
    — Widzicie, w siły swe już nie wierzyłem, chory byłem i złamany, więc ciągnęło mnie na zachód już nie to, co poprzednio. Umrzeć tam chciałem... Umrzeć tam chciałem, a już jak o szczęściu, marzyłem o śmierci na grobie matki.
    — Życie moje takiem było, że nikogo oprócz tej matki nie miałem na ziemi: nie miałem kochanki, nie miałem żony, nie miałem dzieci. Od nikogo więcej, od niej jednej tylko doznałem łaski na świecie.
    — To też, gdym uczuł się opuszczonym, bezsilnym, zatęskniłem do grobu tej jedynej kochającej mnie istoty...
    — Wśród nocy bezsennych czułem jej rękę, obejmującą mą głowę, jej pocałunek i jej łzy gorące, któremi raz ostatni mnie żegnała, przeczuwając może wieczną rozłąkę. Dziś nie wiem, do kraju czy do niej więcej tęskniłem.
    — Ale ciężka to już droga była dla mnie: iść prędko nie mogłem, rany w nogach otwierały się ciągle. Jak zwierz dziki tygodnie całe w tajdze kryć się musiałem. Nieraz w puszczy zapadłej sępy i kruki, czując żer pewny 33), zwiastowały mi śmierć bliską; nieraz, głodem wycieńczony, padałem bez sił zupełnie i... niebaczny... zawsze wzywałem ku niebu, błagałem Boga wszechmogącego, Boga miłosiernego, Boga sprawiedliwego, Boga nędzarzy, Boga opuszczonych: ratuj! zlituj się nade mną. Ojcze miłościwy! daj śmierć, o nic więcej, o śmierć tę jak o łaskę proszę, sam ją zadam sobie, ale daj tam...
    — Dwa lata minęło, zanim doszedłem do permskiej gubernji. Tak daleko przedtem nigdy jeszcze nie zachodziłem. Już serce biło mi radośnie, myśl jak u szalonego kołowała w głowie... myśl jedna: ujrzę ją, zobaczę zie-mię rodzoną i umrę na grobie ukochanej. I gdym przeszedł na tamtą stronę Uralu, uwierzyłem w zbawienie swoje, padłem na ziemię i nieprzytomny długo, długo szlochałem, dziękując Bogu za łaskę, za miłosierdzie Jego. A On, miłosierny, gotował mi cios ostatni i tegoż samego dnia...
    — Dostałem się wtedy do Jakucka.
    — Dlaczegom tu żył w nędzy aż dotąd, dlaczegom tu czekał na koniec taki?
    — Dlatego, że wiedzieć chciałem, co Bóg Ten ze mną zrobi.
    — Z człowiekiem, który mu wierzył z ufnością dziecięcia, który nigdy nie zaznał szczęścia na ziemi i szczęścia tego nie pragnął, który nie zaznał łaski ludzkiej oprócz łaski matki, który okaleczony pracował do końca życia swego, który nigdy ręki nie wyciągał, nie kradł, nie pożądał, nie zabijał, mając dwa — oba oddawał — widzicie, co zrobił...
    — Więc nienawidzę Go... nie wierzę Mu... nie wierzę świętym Jego, nie wierzę w sąd Jego, nie wierzę w sprawiedliwość Jego, i, słuchajcie mnie, bracia! za świadki was biorę w śmierci godzinie, abyście i tu wiedzieli i tam, gdy wrócicie, świadczyć mogli...
    — I podniósłszy się gwałtownie, i ręce ku słońcu wyciągając, zawołał głosem wielkim:
    — Ja, nędzarz konający, rzucam Ci w oczy, żeś Ty Bóg sytych, żeś Ty Bóg podłych, żeś Ty Bóg plugawych, żeś krzywdził mnie niewinnie!...
                                                                               *
                                                                  *                        *
    I w oświetleniu słońca jasnego, co wzniósłszy się wyżej, złociło teraz promieniami swemi owo łoże łazarzowe, okropnie wyglądał ten kościotrup żywy, skórą obwisłą powleczony...
    A gdy upadł wycieńczony, przerażeni sądziliśmy, że umrze on natychmiast, a my niczem mu pomóc, niczem ulżyć nie mogliśmy.
    — Módlmy się za niego — wyszeptał ślusarz nareszcie.
    Uklękliśmy obaj; drżącą ręką wyjąłem przyniesioną książkę i otworzyłem ją; i otworzyła się książka w miejscu, kiedyś założonem, na ewangelji św. Jana, rozdziale XV.
    — Jam jest winna macica prawdziwa, a Ojciec mój jest winogradnikiem — głośno czytać zacząłem.
    Pierś konającego wznosiła się gwałtownie, oczy zamknięte były.
    A słońce zalewało go całego światłem swojem i jak gdyby chcąc mu wynagrodzić w ostatniej chwili życie ciężkie, tuląc się doń miłośnie, ogrzewając zastygające ciało, zdawało się, uspokaja go i całuje promieniami złocistemi, jak matka całuje dziecię zasypiające i kapryśne i uspokaja je swem ciepłem, swą obecnością.
    Konający żył jeszcze.
    I gdym czytał dalej pełne siły, wiary i ufności głębokiej słowa Chrystusowe:
    — „Jeśliż was świat nienawidzi: wiedzcież, iż Mnie pierwej niż was znienawidził” — i natchnione słowa Nauczyciela cierpiących i pieszczota światła ożywczego ukoiły konającego; oczy jego otworzyły się i z oczu tych wypłynęły dwie łzy wielkie, dwie łzy ostatnie, co się w tym człowieku ostały.
    I słońce promieniami swemi dotknęło łez tych, na twarzy sczerniałej stojących i oświecając je światłem niebieskiem, zda się, pokazywało Bogu owe ognie wewnętrzne, barwami czystemi iskrzące, a we łzach tych ostatnich skupione, ognie, co życie to spaliły...
    A gdym przeczytał jeszcze:
— Zaprawdę, zaprawdę wam powiadam, iż wy będziecie płakać i narzekać, a świat się będzie weselił; a wy się smucić będziecie, ale smutek wasz w radość się obróci...
    Konający spróbował podnieść ręce, ale gdy opadły one bezwładnie, cicho i wyraźnie wymówił:
    — Przez mękę Twoją, daruj mi. Panie!
    Czytać dalej nie mogłem...
    Klęczeliśmy w milczeniu, a piesio zdziwiony stał pomiędzy nami, panu się swemu przyglądając.
    I gdy zwróciło się ku nam oko konającego, usta jego jeszcze raz otworzyły się i usłyszeliśmy jeszcze wolniej, jeszcze ciszej wypowiedziane słowa:
    — Piesiu, nie wymyślaj Panu Bogu.
    Zwierzę poczciwe, skowycząc żałośnie, skoczyło ku zwisłej ręce pana swego, ale ręka ta była już bezwładną.
    Oczy jego zamknęły się; z ust wydobyło się rzężenie krótkie i stłumione; pierś opadła; ciało wyprężyło się zlekka i człowiek, który wiele wycierpiał, — przestał cierpieć.
                                                                               *
                                                                  *                        *
    ...I dopiero wtedy, gdyśmy oprzytomnieli, usłyszeliśmy zapamiętałe szczekanie piesia przede drzwiami. Napróżno staraliśmy się go uspokoić; nie odbierając nigdy rozkazów podobnych do ostatniego, piesio nie zrozumiał pana swego i spełniał teraz sumiennie to, co tak długo było jego obowiązkiem. Szczekał, ujadał i przybiegał do łóżka, do ręki sztywnej, oczekując zwykłej pochwały.
    Milczał jednak pan jego, nieruchomo leżała ręka zimna i piesio zmęczony, zziajany i ochrypły, biegł znowu przede drzwi.
    Wyszedłszy, ale daleko już będąc od jurty, dokładnie jeszcze słyszeliśmy urywane ujadanie nierozumnego piesia.
   W kwietniu r. 1886.
-------------------------------------------
    1) Jakuck jest miastem, stołecznem wielkiej ziemi jakuckiej, tworzącej we względzie administracyjnym jedną gubernię jakucką. Gubernia, inaczej zwana „oblast”, jakucka zajmuje całą północno-wschodnią część Azyi i jest prawie tak wielka, jak cała Rosya europejska! Ogromny ten kraj jest bardzo słabo zaludniony i niesłychanie zimny, szczególniej w środku kraju na przestrzeni, posiadającej około 600 wiorst długości i tyleż szerokości, zimno dochodzi do najwyższego natężenia. Ta to najzimniejsza część ziemi jakuckiej nazywa się biegunem zimna północnego. Dalej bowiem ku północy, ku właściwemu biegunowi ziemi, mrozy już nie bywają tak silne. Jak wielkie są tu zimna, zrozumie każdy, gdy się dowie, że już na początku listopada i potem w końcu marca mrozy 30 stopniowe są zwykłe, a w środku zimy mróz dochodzi do 52 stopni wedle ciepłomierza Reaumura (czytaj Reomiura).
    Dopiero wiedząc otem, każdy z czytelników zrozumie radość ludzi, witających w tym zimnym kraju zbliżającą się wiosnę.
    2) Lena jest jedną z największych rzek ne świecie, długość jej wynosi przeszło 5.000 wiorst, a wśród mnóstwa wpadających do niej rzek i rzeczek pięć jest większych od naszej Wisły. Szerokość Leny pod Jakuckiem wynosi 7 wiorst.
    3) Tajgą w Syberyi nazywa sią las duży.
    4) Modulować znaczy zmieniać głos, zmieniać ton głosu.
    5) W całej ziemi jakuckiej ziemia jest zmarznięta na bardzo wielką głębokość, w lecie odmarza na dwie stopy tylko w miejscach zupełnie otwartych, zwróconych do południa, w lasach zaledwie na Jedną stopę.
    6) Tylko bardzo biedny Jakut pozostaje na lato w jurcie zimowej, 'jurtą zowie się dom jakucki, inaczej niż nasz budowany. Jurta posiada dach płaski.
    7) Yscch— tak się nazywa święto wiosenne, na którem Jakuci raczą się kumysem i składają ofiary dziękczynne. Wszystkie wyrazy jakuckie wymawiają się z akcentem na ostatniej sylabie.
    3) Ambrozyą starożytni Grecy nazywali pokarm, używany wedle ich wierzenia przez bogów. Pokarm ten miał posiadać taką własność, że, kto go raz skosztował, stawał się nieśmiertelnym. Obecnie wyraz ten używa się nietylko w poezyi, ale i w rozmowie dla żartobliwego oznaczenia jakiegoś pokarmu jako szczególniej smacznego.
    4) Czarón — czasza v. kubek drewniany, wyłącznie do picia kumysu używany. Kumys wyrabia się z mleka kobylego, jest to napój bardzo posilny i jest ulubionym napojem wszystkich plemion tatarskich.
    10) Ohonior — dosłownie starzec, właściwie jednak nazwa zaszczytna, wyrażająca głęboki szacunek dla ludzi wiekowych.
    11) Tojon — pan.
    12) Niucza — Rosjanin.
    13) Bilak — Polak. Dźwięku p niema w języku jakuckim.
    14) Polak, Polak? Doskonale bracie!
    15) Saruksut — umiejący pisać, pisarz.
    16) Najdosłowniej — pisarzem wiejskim.
    17) Pisarzem gminnym. Od słów nasleg i ułus. Kilka rodów jakuckich tworzy we względzie administracyjnym najniższą jednostkę — nasleg. Kilka naslegów tworzy ułus.
    18) Ułochan tojón — wielki pan, tak Jakuci tytułują miejscowego gubernatora.
    19) Argy — wódka.
    20) Sacha — Jakut, tak Jakuci siebie nazywają.
    21) Kałymem, zowie się zapłata za żonę, zwykle w naturze, t. j. bydłem i końmi wypłacana. Zbierać zaczyna się wcześnie, zeby, gdy chłopiec dorośnie, miał za co dostać żonę.
    22) Tak ludność jakucka, jako czarnooka, nazywa nieraz oczy jasne.
    23) Kiesa — miara jakucka, równa się 7—10 wiorstom.
    24) Prokaza — po polsku trąd, lepra borealis — choroba zaraźliwa; chorych pomieszczają w osobnych jurtach.
    25) Chijusem nazywa się wiatr, gdy powieje w czasie wielkich 40-o stopniowych mrozów. Wiatr taki, choćby najsłabszy, potęguje do najwyższego stopnia wielkie zimno, które wtedy staje się wprost zabójczem.
    26) Deportowanego, t. j. zesiańca.
    27) Wszvscy katolicy, mieszkający w Jakucku i całej ziemi iakuckiei należą do parafii irkuckiej, a ponieważ Irkuck jest odległy od Jakucka o 3,000 wiorst, to chociaż ksiądz dojeżdża tn niekiedy dla spowiedzi, chrztów i ślubów, bywa to jednak bardzo rzadko, co rok, czasem co 2, co 3 lub i co 4 lata.
    28) Sentymentalny znaczy to samo co uczuciowy, zwvkle jednak używa się w znaczeniu: zbyt czuły.
    29) Kontrast znaczy sprzeczność.
    30) Ironia znaczy tu szyderstwo.
    31) Stepy orenburskie znajdują się na granicy pomiędzy Rosyą europejską i Syberyą.
    32) Jenisiejsk leży już we wschodniej Syberyi.
    33) Uciekający z Syberji wierzą, że jeżeli nad uciekającym w tajdze zgromadzać się zaczną ptaki drapieżne, śmierć uciekającego jest bliską i nic go już ocalić nie może.
    /Adam Szymański. Szkice. Wydanie pośmiertne z portretem autora. Nakładem syna. Moskwa. 1916. S. 46-65./


    А. Шиманский
                                                          СТОЛЯР КОВАЛЬСКИЙ
                                                                       Рассказ



    Познакомился я с ним случайно, точнее говоря, случай этот мог иметь место лишь благодаря якутской весне, т. е. такой весне, о которой вы, уважаемый читатель, имеете, вероятно, очень слабое представление.
    С половины апреля солнце начинает порядочно пригревать в Якутске, а в мае оно скрывается за горизонтом всего лишь на несколько часов и припекает уже довольно сильно. Но пока великая Лена не освободится от своих оков, пока не стают снега, окутывающие девственную тайгу, весны еще нет. Снега, не подогреваемые внутренним теплом земли и лед саженной толщины упорно борются с силой животворных лучей, и только после долгой, не ослабевающей работы солнце вызывает к жизни и самые сокровенные недра угрюмой тайги, и царицу здешних вод, «бабушку Лену», как зовут ее якуты.
    В последних числах мая, к концу борьбы благодетельного тепла – с последними остатками суровой зимы, человек, впервые находящийся в Якутске. может заметить здесь довольно любопытное и наверно нигде в Европе не наблюдаемое явление: каждый отдаленный, неясно раздавшийся шорох, удивительным образом действует на людей, находящихся на улице: и дети и старики, мужчины и женщины внезапно останавливаются и, повернувшись к востоку, в сторону реки, в глубоком молчании, к чему-то внимательно прислушиваются.
    Если услышанные звуки замолкают, или оказываются ложными, прислушивающиеся люди спокойно расходятся; но если первоначальный шорох переходить в треск, начинает повторяться, крепнуть и расти, наполняя воздух грохотом как бы пушечных выстрелов или отдаленного грома, которому вторит подземный гул, похожий на рев приближающейся бури, тогда люди эти, за минуту перед тем такие спокойные, необычайно оживляются, раздаются радостные крики: «лед взломался, река тронулась, слышите!», все поспешно, шумно разбегаются в разные стороны, чтобы как можно скорее сообщить людям; оставшимся дома, желанную весть. Но каждый из этих людей, изо всех сил бегущих домой, считает своим долгом обязательно стукнуть в окошко знакомым и мало знакомым соседям, всюду бросая два магических слова: «Лена тронулась». Через минуту слова эти повторяемые на разные лады, раздаются уже в самых отдаленных домах, юртах, якутских дворах, и все, кто только может ходить и выходить из дому, одеваются и бегут на берег реки. А на берегу уже целая толпа народа с искренним восхищением любуется одним из величественнейших здесь явлений природы. Могучие льдины, влекомые силой воды, протекающей в семиверстном русле, громоздятся в целые горы, ломаются, трещат и гудят, осыпаясь мириадами ледяных игл, переливающихся на солнце чудными красками и переливами.
    Нужно подольше прожить здесь, провести по крайней мере хоть одну зиму, чтобы понять, что влечет эту толпу на берег реки.
    Не величественное явление природы влечет ее.
    Сюда бегут люди, которые в борьбе с продолжительным холодом и нечеловеческими морозами, истощили все свои силы, люди, которые давно уже с тоской и нетерпением ожидают благодатного тепла и теперь бегут сюда, чтобы полюбоваться окончательным торжеством солнца, насладиться последнею гибелью нестерпимого холода.
    И радость глубокая, радость сердечная, детская радость сияет на желтых лицах якутов; широкие, добродушно смеющиеся рты кажутся еще шире; черные глазки горят, как уголья.
    Вся толпа, словно опьянев от радости качается из стороны в сторону. «Слава Богу, слава Богу!» кричать люди, обращаясь друг к другу и повернувшись лицом к реке, к огромным горам льдин, разбиваемых силой благодатного светила, наслаждаются, упиваются поражением неумолимого врага, который под натиском рассвирепевших волн, дробится, тает, гибнет и исчезает.
    После того, как Лена вскрылась и лед прошел окончательно, земля скоро оттаивает, и хотя она оттаивает всего лишь на два фута, но природа спешит использовать во всю трехмесячное тепло. В сравнительно короткий промежуток времени здесь все распускается и расцветает.
    Большая долина, в которой расположен Якутск, имеет тогда чарующий вид: плодородная, кое-где уже возделанная, покрытая березовыми рощами, множеством озер, зарослей и зеленеющими лугами, она кажется среди окружающих ее крутых и довольно высоких холмов гигантским парком, перевитым серебристой лентой широкой Лены. А собственную красоту и прелесть долины увеличивает еще мрачная тайга, окружающая ее повсюду; среди огромных пространств дикого, недоступного края долина эта, подобна оазису, брошенному в пустыне.
    Но и племя якутское, из многих других сибирских племен, во всех отношениях, самое энергичное и жизненное, умеет ценить дары животворящего солнца и полною грудью наслаждается ими. Выйдя из тесных и душных зимних юрт 1) наполняют якуты свою суровую землю движением и жизнью, которая бьет удвоенным темпом, громко и сильно. После общего весеннего праздника «ысыах» 2) светлое и радостное настроение людей не изменяется.
    Трава растет словно опара на дрожжах, коровы и кобылицы дают все больше и больше молока и амброзия якутских богов «животворный кумыс» не высыхает в «чаронах» 3).
    Я полагаю, что вид прекрасной долины и встречи на каждом шагу с людьми, наслаждавшимися прелестью лета, действовали и на меня возбуждающе. Дождавшись первой весны в Якутске, я всем существом своим упивался ей дарами; каждый день я выходил за город любоваться красотою ожившей природы и каждый день устраивал себе солнечное купанье.
                                                                       ----------------                                   
    В своих прогулках я почти всегда заходил в какую-нибудь якутскую юрту. Юрты эти, хотя и разбросанные довольно далеко одна от другой, встречаются однако повсюду и придают окрестности, занятой якутским племенем, вид более заселенный, чем это есть в действительности, или если бы население это группировалось в деревни. В каждой юрте всегда можно достать холодного молока и кумыса. Правда, что ни то, ни другое никогда не бывает лишено здесь некоторого, довольно отвратительного запаха, про который здешнее, неякутское население говорит: «пахнет якутом». Но в течение долгой зимы, когда трудно достать не якутское молоко, я настолько привык к этому специфическому запаху, что мог пить и молоко и кумыс без всякого отвращения и теперь истреблял и то и другое в изрядном количестве. Среди всех юрт, которые я уже знал поближе, понравилась мне одна уединенная юрта, расположенная в лесу, на довольно высоком берегу длинного лесного озера. Юрта принадлежала такому старому якуту, что, при первом взгляде на него, его безошибочно можно было назвать «охониором» 4). Охониор жил здесь со старушкой-женой и мальчиком-подростком, своим дальним родственником; две коровы с телушкой, да пара кобылиц с жеребенком, составляли все достояние почтенных супругов.
    Все якуты очень любопытны и болтливы. Достойный охониор обладал названными качествами в наивысшей степени. Хотя плохо, но все же говорил он по-русски и поэтому я чаще всего в своих прогулках заходил в его юрту. Понятно, что якут прежде всего выспросил, кто я, откуда и чем теперь занимаюсь. По отношению к русскому, все равно к здешнему или приезжему, якут всегда держится подозрительно и чересчур униженно; русский, хотя бы и оборванец, всегда для него «тоен» 5). Отношение к полякам уже значительно лучше Я не помню случая, чтобы какой-либо якут отнесся равнодушно к известию, что я не «ниуча» 6), а «биляк» 7).
    «Биляк, биляк ыщыгей догор» 8), вскрикивал обычно даже самый сдержанный из них. Поэтому я сразу стал на дружескую ногу с стариком, а когда он еще узнал, что я «суруксут»9), что в случае надобности я мог бы быть «суруксутом наслежным» и даже «улусным» 10), что я сумею написать прошение самому «улохан-тоену» 11), то я еще больше выиграл в его глазах и избежал вместе с тем излишней фамильярности. Благодаря этому, я всегда получал у них в юрте прекрасное молоко и кумыс, а старушка, доставая для меня «чарон», старательно протирала его пальцами, слизывая подозрительные пятна языком.
    Однажды, возвращаясь с своей ежедневной прогулки, я зашел к ним за обычной порцией кумыса и нашел охониора в довольно странном состоянии: он был не только разговорчив, как всегда, но и весел, как никогда, язык его, правда, заплетался несколько, но зато он не чувствовал ни малейшего утомления. Оказалось, что почтенный старец только что вернулся из города и, по-видимому, огненная «аргы» 12) разогрела и оживила его старческое тело.
    — Биляки хорошие люди, все хорошие, — неясно и быстро бормотал старик, старательно набивая свою трубочку моим табаком, — Каждый биляк если не «суруксут», так лекарь, если не лекарь, то кузнец, такой, какого и не сыщешь между якутами. И ты видать человек хороший и суруксут, должно быть, хороший. Мы все любим биляков и «саха» 13) всегда помнит, что биляк брат его. — Ты пожалуй не поваришь, — продолжал старик, — если я тебе скажу, что это только недавно так стало, и я даже, хотя уже больше семидесяти трав съели телята на моих глазах, еще пятнадцать лет тому назад боялся биляков, как боюсь злых духов. Как увижу бывало биляка, так давай Бог ноги, словно заяц, насколько духу хватает, убегал с дороги в лес, в кусты, как можно дальше. И не только я один, все боялись биляков, потому что, видишь ли, плохое тогда говорили о них: говорили, что они с рогами, что людей убивают и разные разности...
    А когда я узнал, что эти вести приносились из города и стал упрекать старика в излишней доверчивости, в том, что он относился серьезно к неосновательным и бессмысленным сказкам, то охониор возмутился и накинулся на меня.
    — Побойся Бога, разве могли бы мы так на ветер поверить всему тому, что тогда болтали?! Как поступают другие люди и в других местах, я там не знаю, но я и все те, кто жил здесь по близости, верили, потому что отцы наши нам говорили: «каждый биляк —человек страшный и опасный».
    — А было это вот отчего. — Старик отхлебнул из чарона несколько раз, затянулся из трубочки и продолжал:
    — Отца моего еще не было на свете и дед мой был совсем юношей, так как ему еще только что начали собирать «калым» 14), как появился ту у нас биляк с ледяными глазами 15), большой бородой и огромными усами и стал жить недалеко отсюда, только не здесь, въ долине, а там, высоко на горе. А там была тогда тайга, совсем не похожая на теперешнюю, густая, непроходимая, не тронутая нигде топором. В тайге стояла покинутая юрта и эту-то юрту занял биляк. Но как только он, там поселился, тайга на добрую «кесу» 16) вокруг, стала недоступна для людей. Биляк ходит по тайге с ружьем и как только увидит человека, хотя бы это был даже казак, прицеливается и, если тот не уходит, то стреляет не на шутку, а по-настоящему. Чем и как он жил? Это знали только лесные духи, из людей никто не видел и не знал. Все от него убегали, как от «проказы». Те, которые видели, как он ходил по тайге, похожий на «злого», рассказывали, что ходил он сначала, в одежде, похожей на одежду русских тоенов и суруксутов, а после ходил уже в шкурах, видать сам себе их сшивал. И говорили эти люди, что он становился все страшнее; борода отросла до самого пояса, лицо его становилось все бледнее, а глаза сверкали и горели, словно огонь. Так прошло несколько лет. Среди одной зимы, во время страшных морозов, случилось, что разразился смертоносный хиус 17), и в продолжении нескольких дней никто не видал биляка, а так как прежде, хоть издалека, видали его каждый день, то дали знать в город, чтобы приехали посмотреть не случилось ли чего с ним. Приехали, входят осторожно, — а биляк лежит на кровати в своих шкурах, покрытый снежным инеем и только в руках держит маленький крестик. Биляк был мертв. Может с голоду умер, может замерз, а может и так сатана взял его к себе. Посуди же сам теперь, справедливо или нет, что после всего этого мы боялись биляков? От того одного все убегали, а тут сразу наехало их так много!
    — Хе, хе, хе! Хоть и суруксут ты, но молод еще, брат мой, думаешь, что люди делают что-либо, так себе, зря, без всякой причины? Знай же теперь, что ты ошибся; не такой «саха» уж глупый, как тебе сначала показалось!
                                                                   -------------------                            
    Предание о биляке, который не переносил даже вида человека, — предание неоднократно, слышанное уже мною в Якутска, произвело на меня на этот раз сильное впечатление. Значить тут, по этим рощам и лугам, по которым теперь хожу я, бегал когда то человек, одичавший и обезумевший от великого горя? Неужели страдания его были так велики, или душа его была так впечатлительна, так чувствительна к злобе людской? Или разлука с родиной, с дорогими сердцу людьми, так надломила, искалечила несчастного? Охваченный подобными мыслями, я возвращался в город, ни на что не обращая внимания; я шел скоро, почти бежал, до тех пор, пока не услышел протяжный и по-видимому недалекий крик:
    — Кааль аре, кааль!
     Сначала я не понял ни самого крика, ни того, откуда он раздавался, когда однако крик этот стал раздаваться все яснее: «Кааль аре, кааль догор», то я разобрал, что кто-то по-якутски, звал из рощи, или вернее, из-за невысоких кустарников, находившихся передо мною: «поди сюда, поди брат!»
    Пробираясь через заросли, я даже догадался, кто это кричит. Ни якут, ни русский, будь он местный житель, или приезжий, никогда не перевирают так якутских слов, которые на самом деле, должны звучать: «Кель ере догор»!
    Таким произвольным произношением звучной якутской речи отличаются только наши мазуры. За все моё пребывание в Якутске я не встретил ни одного мазура, который бы не коверкал на свой лад приведенных слов; все как бы сговорившись выговаривали: «Кааль аре».
    Действительно за кустами, за мостом, перекинутым через узкое озеро, или занесенный илом рукав Лены, стоял человек в обычной одежде поселенца и, живо размахивая руками, настойчиво выкрикивал свое: «кааль аре, кааль догоръ»! Крик его очевидно относился к якуту, который виднелся на краю заросли, по другой стороне озера. Но кричал он напрасно, потому что подозрительный якут и не думал подходить. Убедился в этом наконец и сам зовущий, потому что, когда я был уже у самого моста, он крикнул еще раз: «Кааль аре, сукин сын»! а потом уже, только ворчал вполголоса: «а чтоб ты лопнул, собачья душа! а чтоб ты вспух сукин сын»! Заметив меня, он замолчал, но когда я поравнялся с ним и приветствовал его по-польски, мазур даже присел от изумления:
    — О Иисусе! Да откуда же вы будете?
    Мы быстро познакомились. Мазур жил где-то в якутском улусе и пришел в город, чтобы наняться на работу, на золотые прииски; работу он нашел и вскоре должен был отправиться в путь, в качестве погонщика партии скота. Стадо это он пас теперь здесь, но оно разбежалось у него в разные стороны; он никак не мог один вогнать его на мосте и потому ждал, не подойдет ли кто-нибудь и не поможет ли ему; с этой-то целью он и звал якута. Понятно, что я охотно помог ему, и когда, переправленное через мост стадо уже спокойно шло дальше, мы пошли вместе, разговаривая дорогою. В разговоре как-то вышло, что я спросил его, у кого он  становился в городе.
        — А у Ковальского.
    Я знал в Якутске всех поляков, но о Ковальском не слыхал ничего.
    — Да, у столяра Ковальского.
    Но я не слыхал и о столяре.
    — С кем он тут знаком, к кому ходить? – спросил я.
    — Да он такой чудной, его все тут знают, а сам он ни к кому не ходит.
    — Как ни к кому?
    — А как ему ходить, когда у него ноги, словно «толкачи от ступ», совсем без пальцев, все до одного пооблетали. Но это еще полбеды, пока раны не откроются, а как раны откроются, так и по избе ползать не может.
    — Чем же он живет?
    — Столярничает понемногу; верстак у него хороший и инструмента всякого довольно, только, скажу вам, как на ногах устоять не может, то и ремесло идет ни шатко, ни валко. И вот, как заболеет, то любит, если кто-нибудь придет и щетку ему закажет. Делает он на заказ хорошие щетки платяные и половые, только мало здесь таких комнат. чтобы их щетками выметали, да и одежду редко кто носит чищеную. Теперь он снова заболел.
    — А не знаете, откуда он и давно ли здесь?
    — Давно-то давно, почитай наших еще и в помине не было, а он уже здесь жил. Ну, а что до того, откуда он, да кто он такой, — то это видать, что пан его не знает, а то бы и вы не спрашивали меня об этом. Видишь ли пане, не только мне, но и всем панам, даже и ксендзу, приезжающему из | Иркутска, если его спросят об этом, то он всегда отвечает: «Брат мой. Бог хорошо знает откуда я и кто я такой, а смысла в этом нет никакого и толку никакого не будет, если и ты об этом узнаешь». Вот и все пане, большего никто никогда не мог добиться от него.
    Я подробно расспросил мазура, где живет — Ковальский. Хотя я не отдавал себе ясного отчета в своих мыслях, но предание о билеке, убегавшим от людей и известие о  калеке-столяре, который также чуждается их, слились в моем уме в один образ. Я чувствовал, что между ними есть какая-то таинственная связь. На земле ничто не исчезает бесследно и все вещи снова повторяются через известный промежуток времени и великое страдание, о котором я думал за минуту перед этим, что оно окончилось уже со смертью биляка, давно живет тут же рядом со мной, может быть несколько измененное, но не меньшее, равно великое и тяжелое, равно мучительное для страдающего.
                                                                       ---------------                           
    — А. не знаете, откуда он и давно ли здесь?
    С тех пор почти ежедневно я направлял свои шаги к юрт, в которой жил Ковальский. Старые стружки, лежавшие около дверей и небольших окошечек, всегда открытых с солнечной стороны, не освежались новыми. Они чернели и сохли с каждым днем все более и более, как чернел и сох может быть человек, когда-то строгавший их.
    У меня не хватало смелости войти к столяру и снова с нетерпением я ждал следующего дня: не увижу ли свежих стружек. Но стружек новых не появлялось и стука работы не слышалось изнутри.
    Наконец я решился не откладывать дольше своего посещения. С этим намерением я вышел из дому и уже подходил к юрте Ковальского, как вдруг оттуда послышался дрожащий, слабый, но симпатичный и приятный голос, напевавший какую-то песню. Я присел на завалинке и через открытые окна, мне слышно было каждое слово немного сентиментальной, но задушевной и грустной песни, распространенной у нас в пятидесятых годах текущего столетия
                                                  Лишь поля зазеленеют
                                                  И весна все оживить и т. д.
    На третьей строфе пение вдруг оборвалось и суровый голос заговорил: «Песик, песик, иди полай на Бога, полай на него хорошенько!»
    Сначала я никак не мог понять это странное приказание, но когда через минуту я услышал на двор звонкий лай собаченки, то встал и, проходя мимо распахнутых ворот, задержался несколько. Перед настежь открытыми дверями юрты, маленькая, черная, юркая собаченка, поминутно становясь на задние лапки, прыгая и кружась с запальчивостью тявкала и лаяла, глядя наверх, на прекрасное, ясное небо. Конечно я прошел мимо, снова отложив свое знакомство с Ковальским до более благоприятной минуты.
                                                                               -------                                                           
    Наконец, я увидел его. Роста немного выше среднего, седой уже совершенно и очень истощенный. Землистый цвет лица, которым отличается большинство ссыльных в Сибири, доходил у Ковальского почти до черноты, так что неприятно было смотреть на это изжелто-черное лицо.
    Если бы он не говорил и не двигался, то трудно было бы, особенно издалека, узнать, что это еще живой человек. И все-таки глаза его, окаймленные большими черными кругами, иногда загорались таким огнем, вспыхивали такими молниями, что по ним видно было, как глубоко чувствует и переживает этот, по внешности ходячий труп.
    Пока он сидел, то можно было еще кое-как привыкнуть к его изможденному и измученному лицу, но каждый раз, когда он вставал, я принужден был отворачиваться: казалось, что эти ноги, эти «толкачи от ступ», при каждом шаге причиняют ему невыносимую боль.
    Ковальский говорил по-польски чисто и правильно. В разговорах своих он тщательно избегал всего, что могло бы, хоть издалека, хоть намеком, коснуться его прошлого; также тщательно избегал он всяких вопросов о Польше. Он исключительно был занят настоящим и своей собачкой, с которой подолгу разговаривал. В течение тех нескольких недель, пока я был с ним знаком, однажды только, когда я что-то вспомнил о Плоцке, глаза его загорелись и Ковальский быстро спросил: «Так вы знаете Плоцк?» — А когда я ответил, что прожил там целый год, то он произнес, не то мне, не то самому себе:
    — Все там, должно быть, изменилось, столько лет уже прошло с тех пор! Вас наверно еще на свете не было, когда я уже в Сибирь попал. А в каком месте около Плоцка были вы?
    — Около Раценжа.
    Он уже открыл рот, чтобы сказать что-то, но или сам спохватился, что начинает слишком много говорить, или заметил, что я слишком внимательно его слушаю, но только он протянул «та-ак» и умолк.
    Это было одно единственное указание, которое он дал о себе. Мне хотелось расспросить его подробнее, и я сделал это. Но он деликатно отклонил все мои вопросы, подозвал собаку, и с нежностью гладя ее, тихо промолвил:
    — Иди, полай на Бога! И долго послушный песик лаял на небо, а если Ковальский отдавал такое приказание, то это был верный знак, что о себе он не скажет больше ни слова. Только о собачке своей в такие минуты он говорил много и охотно.
    Собачка эта хотя не отличалась ничем особенным, но во многих отношениях совсем не походила на своих якутских собратьев. Прежде всего она выделялась среди них тем, что хотя она была и любимой собачкой, был у нее дом и хозяин, но клички у нее не было: звали ее обыкновенно «собачкой» или «песиком».
    — Почему вы не дали ей никакой клички? — спросил я раз у Ковальского.
    — А зачем ей имя? Если бы люди не выдумывали себе разных имен, а назывались бы попросту людьми, то, может быть, они лучше помнили бы о том, что и в жизни нужно быть людьми.
    Итак это была собака без клички. Была она удивительно тонка, слаба и проворна и совсем не похожа на крепких, сильных, местных собак, обросших густой и длинной шерстью; шерсть у нее была короткая, мягкая и блестящая, как шелк. И благодаря этой своей исключительной внешности вела она жизнь одинокую и отчужденную. Несколько раз повторявшиеся попытки принять более живое участие в местной собачьей жизни кончались для нее полным фиаско.
    Собачонка возвращалась всегда из этих опытов такою искусанною и истерзанною, что после целого ряда напрасных усилий ей пришлось распрощаться со своими товарищескими инстинктами и она уже более никогда не покидала собственного двора. Была она зато для своего слабого организма не в меру серьезна и серьезность эта совершенно не гармонировала с ее тонкой, подвижной фигуркой; серьезность ее не была спокойной степенностью пса сенбернара —кроткого, но толстого и сильного. В глазах собачки виднелись горечь и ненависть к большим и сильным созданиям, не умеющим уважать прав слабого. Никому, кроме хозяина, хвост ее не выказывал своей благосклонности, ласк посторонних она не понимала, возможно, что не верила им и отвечала на них глухим ворчанием.
                                                                               ------                           
    Прошло уже несколько недель с тех пор, как я познакомился с Ковальским, а в здоровье его не произошло никакой перемены к лучшему; напротив, с каждым днем он слабел все более и более, и все мы, навещавшие его теперь, убедились, что болезнь эта является последним актом его земной жизни. Знал ли Ковальский об этом? Бог его знает, но, вероятно, предчувствовал свой близкий конец, так как почти совсем перестал говорить.
    Спустя несколько дней, в течение которых больной упорно боролся с побуждавшей его немочью, он еще ходил по своей юрте и даже возился около двух щеток, начатых им недавно; но, наконец, все-таки должен был уступить болезни и слечь в постель. Не помню уж теперь, когда именно, но вскоре после этого, раз утром, когда я только что собрался пить чай, подошел к моему окну слесарь Владислав Пиотровский, самый близкий знакомый Ковальского в Якутске, и спросил, не могу ли я сейчас пойти с ним к больному, которому сегодня что-то очень плохо.
    — Может быть он умрет спокойнее, когда увидит, что еще не всеми и не совсем покинут, — объяснял мне Пиотровский. — Да не возьмет ли пан с собой какую-нибудь книжку? — добавил он.
    Подходящей книжки у меня не было и я, захватив с собой Новый Завет, вышел вместе со слесарем.
    — Разве уж так плохо ему? — спросил я дорогою.
     — Думаю, что плохо, почернел совсем, да и сам говорит, что сегодня уже умрет наверно.
    Юрта Ковальского была недалеко от меня, и через несколько минут мы были уже у него. В юрте не было обычного у тяжело больных запаха лекарств, потому что Ковальский не хотел ни звать доктора, ни принимать лекарств. Грустно было и запустело только, словно в покинутом доме: собака, съежившись, лежала под кроватью, а вблизи кровати, несмотря на выставленные оконца и открытые двери, неприятный запах тяжело больного человека, говорил нам, что человек, лежачий на кровати, уже больше не встанет никогда.
    И, действительно, человек этот до того не похож был на живого, что когда мы вошли и увидали его закрытые глаза, то подумали — не умер ли он уже. Владислав подошел к кровати и, засунув руку под одеяло, дотронулся до ног больного. Ноги были совершенно холодные, но едва только слесарь с сомнением пожал плечами, «живу, живу, живу еще», — отозвался Ковальский таким громким и звучным голосом, какого я еще никогда не слыхал от него. «Живу еще, — начал он снова — и хорошо, что вы пришли, я хочу поговорить с, вами перед смертью».
    Живость и горячность, с какою Ковальский проговорил это, убедили нас еще больше в том, что мы пришли вовремя; мы обменялись взглядами, но больной заметил это и понял их.
    — Я знаю, — заговорил он, — что скоро умру, вы не скроете от меня того, что для меня уже вполне ясно. Я сказал вам, что хочу говорить с вами, значить я знаю, что скоро умру, иначе я не стал бы говорить... Я боялся, что никто не придет... Я боялся, что никто уже меня не услышит... и что тот, кого вы называете милосердным Богом, успеет отнять у меня язык... Спасибо вам за ласку. Желаю вам, чтобы и вы, когда будете умирать, загубленные, надломленные, как и я несчастною жизнью, не умирали покинутыми...
    Ковальский замолчал, и только по лбу его, над которым продольные складки то глубоко врезались, то разглаживались, видно было, что умирающий последним усилием сдерживает покидающую его мысль, сильною волей сдерживает улетающую уже жизнь.
    Было еще довольно рано, и через окна, выходившие на восток. на берег реки, солнце бросало на стену, около которой стояла кровать больного два огромных снопа своих золотистых лучей. С обширных лугов, со всего архипелага островов, покрытых роскошной растительностью, отовсюду веяло жизнью, и отголоски этой жизни, эхо этого могучего движения, вызванного мощным светилом, звуча мелодичною песнью, складываясь в целый благодарственный гимн, доносились и до кровати умирающего. составляя поражающий контраст со всем тем. что происходило в юрте.
    Горькой иронией, кощунственной насмешкой казались и солнечные лучи и жизнь, звучащая радостной песнью, перед ложем этого несчастного, этого живого трупа...
                                                                            --------------                         
    — Давно уже, очень давно, лет сорок тому назад, — начал Ковальский, — выслан я был в Оренбургские степи. Я был тогда молод и силен, верил Богу, верил людям, верил в самого себя. Правильно или нет, но я решил, что не имею права тратить своих сил понапрасну и покоряться судьбе, но обязан найти для себя более широкое поле деятельности. Тоска по родине тоже была одной из причин и после двухлетнего пребывания, я бежал оттуда...
    Меня сослали дальше — в Томскую губернию, но я не пал духом. Энергично я принялся за работу, хлеб и вода были моей пищей; скопил я, наконец, денег сколько мне было нужно и снова тронулся в путь... За этот вторичный побег, как упорный рецидивист, я поплатился дороже, и лишь через несколько лет тюрьмы меня сослали опять, на этот раз еще дальше...
    Зима была необычайно суровая; у меня не было ни денег, ни одежды... Я отморозил себе ноги и лишился всех пальцев... Это было для меня ударом, тем более страшным, что мне пришлось жить за Енисейском...
    Тяжело мне было... местность глухая безлюдная, заработок достать трудно. Однако я, хоть и лишенный пальцев, выучился нескольким ремеслам, и если не одним, то другим зарабатывал хоть немного, но постоянно... Шесть лет готовился я и, несмотря на свои больные ноги, пустился в третий раз в путь...
    Но, видите ли, в силы свои я уже не верил, я был болен, искалечен... это уже было не то, что раньше... Я хотел умереть там... Только умереть там...  как о счастье мечтал я о смерти на могиле матери... Моя жизнь сложилась так, что у меня не было никого на свете, кроме матери; не было у меня возлюбленной, не было жены и детей. От одной только матери, ни от кого больше, видел я ласку на свете... И потому, когда я почувствовал себя покинутым и бессильным, я затосковал по могиле этого единственного, любившего меня, существа... В тиши бессонных ночей я чувствовал ее руку, обнимавшую мою голову, ее поцелуи и горячие слезы, которыми она обливала меня прощаясь, предчувствуя вечную разлуку... Теперь я не знаю по ком больше тосковал я: по родине, или по ней...
    Ах и тяжела же была эта дорога для меня: скоро идти я не мог, раны на ногах открывались постоянно... Как дикий зверь по целым неделям должен был я скрываться в тайге.
    Не раз в лесной глуши ястребы и вороны, чуя верную добычу 18) возвещали мне близкую смерть. Часто истомленный голодом я падал совершенно без сил и... неосмотрительный... всегда взывал к небу. Молил Бога всемогущего, Бога милосердного, Бога справедливого, Бога несчастных, Бога покинутых: спаси! сжалься надо мной, милосердный Отец! Пошли мне смерть, ничего больше, только смерти прошу у Тебя, как милости, сам покончу с собой, но только там...
    Два года прошло, прежде чем я добрался до Пермской губернии. Так далеко я еще ни разу не заходил. Сердце радостно билось в груди, одна только мысль наполняла мою голову... одна единственная: я увижу родную землю и умру на могиле моей любимой, моей родимой. И когда я перешел Урал, я поверил в свое спасение, упал на землю и, почти без памяти — долго-долго рыдал, благодаря Бога за Его доброту и милосердие. А Он, милосердный, готовил мне в этот же самый день последний удар...
    Меня выслали тогда в Якутск. Зачем я жил до сих пор здесь, в нищете, в убожестве, зачем ждал такого конца? Оттого, что я хотел узнать, что этот Бог еще сделает со мной. С человеком, который верил в Него, как верит дитя, никогда не знал счастья на земле и не жаждал, не добивался этого счастья, не знал ничьей ласки, кроме ласки матери... С человеком, который, искалеченный, работал до конца своей жизни, никогда не протягивал руки, просящей о милостыне, не крал, не посягал ни на что, не убивал, а имея что-нибудь свое — все отдавал другим... видите, что он сделал...
    А потому я ненавижу Его... не верю Ему... не верю святым Его... не верю в суд Его, не верю в справедливость Его. Но слушайте же меня, братья мои! Я беру вас в свидетели, что в годину смерти вы видели здесь, и свидетельствовали бы там, когда вернетесь назад...
    Стремительно поднявшись на постели и протягивая руки к солнцу, он закричал громким голосом:
    — Я, жалкий умирающий, бросаю в лицо Тебе, что Ты Бог сытых, Бог подлых, Бог ничтожных, что Ты обидел меня несправедливо!..
                                                                               ----------                                 
    И в блеске ясного солнца, высоко поднявшегося на горизонте, заливавшего своими лучами это ложе Лазаря, страшно выглядел этот живой скелет, еле обтянутый обвисшею кожей.
    И когда он в изнеможении упал на постель, мы с ужасом думали, что он сейчас умрет, а мы ничем не можем помочь ему, ничем не можем облегчить его.
    — Помолимся за него — прошептал слесарь наконец.
    Мы стали на колени. Дрожащей рукой я вынул принесенную книжку и наудачу открыл ее. Книга открылась на когда-то заложенном месте, на евангелии святого Иоанна, глава XV.
    — «Я есмь истинная виноградная лоза и Отец Мой виноградарь» — громко начал читать я.
    Грудь умирающего стремительно подымалась, глаза были закрыты.
    Солнце заливало его всего своим светом, словно желая вознаградить его в последние минуты тяжкой жизни. Казалось, что ласково касаясь его и согревая остывшее тело, оно успокаивало его и целовало своими золотистыми лучами, как мать целует засыпающего и капризного ребенка.
    Умирающий жил ещё.
    И когда я читал дальше полные силы, веры и глубокого самоотречения слова Спасителя:
    — «Если мир вас ненавидит; знайте, что Меня он прежде вас возненавидел» — вдохновенные слова Учителя страждущих и ласки живительного светила успокоили умирающего. Глаза его широко открылись и из них выкатились две крупные слезы, последние слезы,
которые были еще у этого человека.
    Солнце коснулось своими лучами слез, неподвижно стоявших на почерневшем лице и, осветив их небесным светом, казалось показывало Богу эти внутренние огни, сияющие чистым блеском и спалившие эту угасавшую жизнь...
    А когда я читал дальше:
    — «Истинно, истинно говорю вам: вы восплачете и возрыдаете, а мир возрадуется; вы печальны будете, но печаль ваша в радость будет»...
    Умирающий попытался поднять руку, но когда она упала бессильно, тихо и ясно вымолвил:
    — Во имя мук Твоих, Господи, прости меня!
    Я не мог читать далее.
    Мы молча стояли на коленях, а песик в удивлении стоял между нами, внимательно присматриваясь к своему хозяину.
    Глаза умирающего обратились к нам, губы его раскрылись и мы услышали совсем тихо, медленно произнесенные слова.
    — Песик никогда больше не лай на Бога.
    Верное животное, жалобно визжа, подскочило к недвижной руке своего хозяина.
    Глаза Ковальского закрылись, из уст вырвался короткий сдавленный хрип, грудь опала, тело слегка вздрогнуло. И человек, так много страдавший — перестал страдать...
                                                                     ----------------                                     
    ...И лишь тогда, когда мы немного опомнились и пришли в себя, мы услышали отчаянный лай собачонки перед дверями юрты. Напрасно мы старались успокоить ее. Не получая никогда приказаний, подобных последнему, песик не понял своего хозяина, и теперь добросовестно исполнял то, что так долго было его обязанностью.
    Собачонка лаяла, визжала и снова подбегала к закостеневшей руке своего хозяина, ожидая обычной похвалы и ласки... Но молчал ее хозяин, недвижно лежала холодная рука, и усталый, задыхающийся, охрипший песик снова бежал к дверям и снова лаял.
    Мы вышли и, отойдя уже далеко от юрты, все еще слышали прерывающийся лай неразумного песика.
---------------------------
    1) Только очень бедный якут остается на лето в зимней юрте.
    2) Весенний праздник — новый год, приходится обычно в Петров день, во время которого якуты приносят, благодарственные жертвы богам и упиваются кумысом.
    3) Чаша или деревянный кубок; употребляется исключительно для питья кумыса.
    4) Охониор — дословно старик; почетное название для людей, достигших глубокой старости.
    5) Тоен господин.
    6) Ниуча русский.
    7) Биляк — поляк, звука п нет в якутском языке.
    8) Поляк, поляк хороший брать.
    9) Суруксут — писарь.
    10) Писарем волостным. Несколько якутских родов составляют самую низшую в административном отношении единицу — наслег, нисколько наслегов — улус.
    11) Улохан-тоен — великий господин, так якуты называют местного губернатора.
    12) Аргы — водка.
    13) Саха — якут, так якуты называют себя.
    14) Калымом называется плата за жену, отдаваемая обыкновенно натурою, т. е. рогатым скотом и лошадьми. Калым, начинают собирать заранее, чтобы мальчик, как только подрастет, мог уже взять жену.
    15) Так якуты, как черноглазые, называют светлые глаза.
    16) Кеса — якутская мера равняется 7-10 верстам.
    17) Хиус — ветер.
    18) Беглые в Сибири верят, что если над беглецом в тайге собираются хищные птицы, то смерть беглеца неизбежна и ничто уже не спасет его.
    Перев. С. Штерн.
    /А. Шиманскій.  Столяръ Ковальскій. // Безплатное приложение къ журналу За7дней. № 115. СПб. 1914./